Piętro niżej mieszka wścibska sąsiadka. Zawsze starałam się jej unikać, ale tego dnia akurat schodziłam z roczną córką i nie miałam jak jej ominąć. Sąsiadka nachyla mi się nad dzieckiem i "och, jaka ona słodka, a jak pięknie się uśmiecha"... Po całej serii komplementów wyjmuje z torebki lizaka i wręcza go córce. Na to ja delikatnie wyjęłam tego lizaka i oddałam sąsiadce mówiąc, że nie daję dziecku słodyczy i bardzo dziękujemy, ale niech da to komuś, kto z tego skorzysta. A sąsiadka w szoku. Jak mogę nie dawać dziecku słodyczy, zepsuję jej dzieciństwo, dziecko nie będzie wiedziało co dobre itp. Po całej litanii w końcu udało mi się przejść i zapomniałam o całej sprawie.
Po dwóch tygodniach przyszły panie z MOPS-u z donosem, w którym było napisane, że głodzę dziecko, a ono wyje nocami z rozpaczy. No cóż...
Dodaj anonimowe wyznanie
Ok, jest jeszcze mała, ale nie krzywdź jej, kiedy dorośnie nie dając jej ŻADNYCH słodyczy. Pamiętaj matko, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Miałam taką koleżankę w liceum, której rodzice przez całe życie mówili co może, a czego nie może jeść. W efekcie, kiedy już miała swoje pieniądze i mogła kupować sobie co chce, zaczęła sobie "odbijać" za te wszystkie lata i zaczęły się maki, kfc, kebaby codziennie, a na deser ciastka, czekolady, batoniki, itp. Przez rok dziewczyna przytyła ponad 10 kg i nabawiła się jedzenia kompulsywnego. Wszystko z głową - jak najbardziej, ale zakazywanie dziecku wszelkich słodyczy normalne nie jest.
@matriarchat w dzieciństwie dobrze jest tłumaczyć dziecku, że słodycze, fastfoody itp. są bardzo niezdrowe. jak się czegoś nie spróbuje to nie ciągnie do tego tak bardzo. rodzice twojej koleżanki z liceum według mnie o tyle przesadzili, że w wieku powiedzmy nastoletnim ZAKAZALI, a wtedy powinni byli po prostu pozwolić czasem na coś słodkiego.
MA7BEUGL7 właśnie do tego zmierzam - wszystko z umiarem. Sama mam już 20 parę lat i już od dawna ustalone, że raz w tygodniu pozwalam sobie na cheat day. Natomiast permanentne zakazywanie dziecku słodyczy czy fastfoodów może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego, np. taki jaki opisałam wyżej.
Mi rodzice zabraniali mi jeść chipsów, teraz nie mogę bez nich żyć i mogłabym zjadać całą paczkę każdego dnia. To moje największe uzależnienie.
Za to pozostałych słodyczy mogłam jeść ile i kiedy chciałam, a teraz nie jadam ich w ogóle, bo zwyczajnie nie lubię.
a moim zdaniem maluchy roczne nie powinny znac smaku slodyczy. a dzieci do lat kilku- smaku fast foodow.
ja pierwszy raz do macdonalda poszlam malajc lat 10-12 i nie umarlam z tego powodu
slodycze byly wydzielane, czasem guma, czasem kilka cukierkow i tyle, nikt sie tym nie zazeral
natomiast syn kumpeli w wieku 3-5 lat potrafil grzebac mi po plecaku w poszukiwaniu slodyczy, pierwsze pytanie jak weszlam- co masz dla mnie? wpierdzielanie 3/4 czekolady 300 gram samemu, albo 2 kilo mandarynek. no kurde no nie.
aceofspades jak ja cie rozumiem... jak skonczylam 8 klase zrobilam sobie nagrode, kupowalam codziennie duza paczke chipsow i zjadalam na pryzstanku, bo w domu nie moglam... ale ile satysfakcji... kasa skonczyla mi sie po tytgodniu, ale bylo warto :)
a teraz przez te slabosc do chipsow mam nadwage :/ ale coz, chipsy to zloto :) nadal
Nie przesadzajcie z tym "krzywdzeniem". Każdy rodzic wychowuje według swojego pomysłu i z określonych powodów. Tylko u jednego dana metoda sprawdzi się, u innego nie. Moi rodzice pozwalali nam na słodycze w rozsądny sposób, a ja i tak miałam z nimi olbrzymi problem w wieku dziecięcym. Zresztą nadal muszę nad tym pracować. Dla mnie byłoby lepiej, gdybym nie dostawała ich w ogóle ;)
SamoH - tego nie wiesz, równie dobrze, gdybyś nie dostawała w ogóle, mogłabyś mieć teraz jeszcze większy problem ze słodyczami ;)
Owszem, każdy może wychowywać dzieci jak chce, ale to nie znaczy, że każdy sposób jest dobry.
Uzależnieni od chipsów - łączmy się.
Jedyny plus moich zarobków jest taki, że nie stać mnie zbyt często na zachcianki...
ace - właśnie na mnie działa tylko brak słodyczy, dlatego zakładam, że skoro ten system działa od czasów nastoletnich to wcześniej też byłby skuteczny. Ale kto ma prawo oceniać, czy dany sposób wychowawczy jest dobry, skoro to jest indywidualna sprawa? Jedna metoda działa na jedne dzieci, na inne znowu wcale. To dość logiczne i normalne.
Dokładnie tak jest, od urodzenia miałem zakaz picia alkoholu, rodzice mówili że jeszcze za młody jestem, aż zaczęła się szkoła średnia i do teraz (klasa maturalna) przytyłem 20 kg, z patyczaka zrobiłem się kawał chłopa i brzuch piwny wysuwa się dumnie przed szereg.
Tak więc pamiętajcie drodzy rodzice, nie ograniczajcie tak bardzo swoich dzieci, a takie 1 piwko (najwyżej 8) bardzo dobrze nerki oczyszcza,
Whiskey leczy gardło, a wódka zatrucia pokarmowe, winko pomoże jak dziecko nie chce spać.
Rocznemu dziecku lizka? Chyba żeby się udławiło.
Można było wziąć od sąsiadki, oddalić się i wyrzucić/schować/oddać komuś innemu. Wredota zadowolona, autorka ma spokój.
grzejniczek, ale po co? jeszcze sasiadka zaczelaby sie spoufalac
Mam koleżankę, która wyszła z założenia, że jej dziecko będzie miało niezdrowego jedzenia w opór, na życzenie. Chcesz? Masz, i to ile zeżresz. Efekt jest taki, że w ogóle go nie kusi i praktycznie nigdy nie je słodyczy ani fastfoodow.
Moja matka zrobiła tak z typowymi sprawami nastolatków, tj. dała mi wolną rękę. Chcesz wypić piwo - okej, ale nie po kryjomu, w granicach rozsądku ci kupię i wypij w domu, chcesz wrócić późno - okej, daj znać smsem.
W efekcie miała bardzo grzeczne dziecko, które nigdy nie rozumiało, co takiego "cool" jest w "zakazanych rzeczach". To są akurat plusy takiego wychowania.
Ale nie zadziałało to tak w przypadku jedzenia, może dlatego, że miała inne podejście. Miałam słodycze i fastfoody ile chciałam, ale też komentarze na temat wyglądu i wagi, z czego wynikły zaburzenia odżywiania.
Więc różnie może być, a czynników jest sporo.
Kochani ale ja nigdzie nie napisałam, że przez całe jej życie nie dam jej nic słodkiego. Słodycze zawsze zje a nawyki żywieniowe kształtuje się od małego.
Chcecie końca tej opowieści?
Poszłam do sąsiadki z ptasim mleczkiem w celu pogodzenia się. Zamknęła mi drzwi przed nosem.
Cicho! Oni wiedzą lepiej co się w Twoim życiu dzieje na podstawie opowiadania o sąsiadce :D.
Nie przekupisz jej teraz ;)
Ja bym wzięła i sama zjadła :P
Bo oczywiście wszyscy wiedzą lepiej od rodziców, jak wychowywać dziecko...
Mam 17 miesięcznego syna, też nie dostaje słodyczy.
Znajomi się dziwią jak tak można. Ano można. Jacy są zachwyceni jak mały je obiad, (słyszę tylko, że ich dziecko to tak słabo jadło) nie wybrzydza, domaga się zdrowych posiłków, ma niesamowity apetyt! Z tzw słodyczy dostaje nieraz biszkopty, serki homo prawie codziennie, nie szczędzę mu naturalnych słodyczy. Czekolad nie dostaje, chyba że jak jest w gościach i o tym nie wiem (co się zdarza bo znam moją rodzinę).
Hm. Są w sumie rzeczy które całkiem nieźle mogą zrekompensować brak słodyczy. Szczególnie u ROCZNEGO dziecka.
Ja dostawałam serki homogenizowane i soczki w dużych ilościach. (uważam to za mega zbliżone do słodyczy przez zawartość cukru)
I to było złe
A dlaczego wogóle pozwoliłaś żeby ktoś obcy zaglądał Ci do wózka?
To po pierwsze. Jasna granica.
ja nie rozumiem w ogole jak matki moga pozwalac na zaczepianie wlasnego dziecka w miejscu publicznym, od razu bym babe przyhamowala. nie jej rodzina to niech sie nie interesuje
Bo może nie jest aspołeczną histeryczką, która robi wrzawę z tego powodu, że sąsiadka zajrzała do wózka?
Najlepiej ubierzcie dzieci w burki, żeby nikt na nie chociaż nie spojrzał.
feniksd, ala, nie raz i nie dwa bylam swiadkiem sytuacji, kiedy calkiem OBCA baba pchala lapy do CUDZEGO pierwszy raz napotkanego dziecka a matka nic. szczytem bylo, gdy babsko zaczelo dzieciaka wyciagazka, uniemozliwily to pasy
a potem dramat bo poszlo za pedolilem obiecujhacym male kotki albo cukierki
Sąsiadka zdecydowanie przegięła, ale odmawiania dziecku słodyczy też nie popieram. W umiarkowanych ilościach jest to przecież przyjemność jak każda inna - wszystko jest dla ludzi. To musi być bardzo przykre dla dziecka patrzeć, jak wszyscy rówieśnicy dookoła dostają batoniki czy cukierki, a jej jednej nie wolno. I wbrew pozorom wątpię, by była to metoda na wpojenie człowiekowi zdrowego stylu życia od najmłodszych lat. Gdy będzie na tyle duża, by samemu móc kupić sobie słodkości, może zacząć kompensować sobie ich wieloletni brak i jeść ich po prostu za dużo. Wiem to po sobie i po swoich żywieniowych wyczynach po zakończeniu rygorystycznej, dwumiesięcznej diety odchudzającej. Przecież nic się nie stanie, jak dostanie kilka ciastek czy kostek czekolady raz na dzień lub dwa. Ani od tego nie zachoruje, ani nie przytyje.
Oczywiście ostatecznie decyzja należy do Ciebie, bo to Twoje dziecko, tylko sugeruję. :)
A lizaka bardzo dobrze, że oddałaś, od obcych lepiej mimo wszystko nie brać.
Hola hola, przecież to dziecko ma dopiero rok. Skąd założenie że autorka będzie radykalnie zabraniać córce wszelkich słodyczy nawet gdy ta podrosnie?