Gdy byłem mały, nie ogarniałem zasady działania windy. Pierwszy raz, gdy miałem z nią styczność był dla mnie traumatycznym przeżyciem. Wracaliśmy do domu z odwiedzin u cioci u wujka. Gdy wsiedliśmy do windy, drzwi się zamknęły, a ja obserwowałem przez okienko (pamiętacie ten stary typ wind z szybą i kratami) jak ciocia i wujek, którzy nas odprowadzili są powoli miażdżeni... Zabiłem ciocię i wujka! A przynajmniej tak to widział mały ja. Wszyscy krewni mieli niezły ubaw z mojej fobii odnośnie korzystania z windy i na siłę mnie do niej wciskali. A największym szokiem było spotkanie się z nimi na jakiejś imprezie. Nikomu nigdy się nie przyznałem.
Dodaj anonimowe wyznanie
Ja boję się wind do tej pory ale to ze względu na delikatną klaustrofobie. Nie lubię być w pomieszczeniach, w których nie mam 100% pewności, że uda mi się wyjść. ;-; A krewnych idiotów współczuję, nie ma to jak nabijać się z fobii dzieciaka zamiast wytłumaczyć, że to nic strasznego i nikomu się krzywda nie dzieje.
Mnie te stare windy też przerażały jak byłam dzieckiem. Zawsze stawałam z dala od drzwi bo bałam się że mi wciągnie stopę.
To było niezłe ;) nie przepadam za horrorami ale ta scena też mi utkwiła w pamięci :D
ja zawsze zapierdzielalam z buta na 10 pietro na korki z matmy. cale zycie mieszkalismy w domu jednorodzinnym, nigdy nie musialam korzystac z windy, wiec przerazal mnie sam fakt, ze bylabym zamknieta w malym pomieszczeniu z obcymi ludzmi.
Ja od zawsze mieszkałam w bloku z windą a i tak jak byłam mała to byłam przekonana, że ruszają się całe piętra, a winda stoi w miejscu. Zastanawiało mnie tylko czemu nigdy w kuchni (czemu w kuchni? nie wiem) nic się nie rusza jak w końcu całe piętro jedzie w górę albo w dól. Ach ta dziecięta logika...
Aż mi się coś przypomniało... Stare windy to zło. Dawno temu, kiedy mieszkałam przez kilka lat w wielkim mieście, w bloku na szóstym piętrze, zdarzyło się coś, po czym na jakiś czas odeszła mi ochota na jeżdżenie rozklekotaną windą. Miałam wtedy jamniczka. Zawsze jeździłam z nim tą przeklętą windą, bo jamniki nie powinny zasuwać po schodach, tym bardziej kilka razy dziennie. Pewnego dnia, rano, podeszłam z nim do windy, nacisnęłam przycisk i stałam tak, zamulając w oczekiwaniu na piekielne ustrojstwo. Coś tam poskrzypiało upiornie, potrzeszczało złowieszczo, postukało ostrzegawczo i drzwi się otworzyły. Szkoda, że za mini nie było windy, tylko pusty, ciemny szyb i sześć pięter w dół. Całe szczęście, że pies był na smyczy i, że nauczyłam go, żeby nie pchał się pierwszy przez drzwi tylko czekał aż ja wejdę. Oboje popatrzyliśmy w czeluść na dole i od tamtej pory, przez jakiś czas, nosiłam psa na rękach na 6 piętro. Z czasem trauma mi przeszła do tego stopnia, że zaczęłam korzystać z tego piekielstwa, ale nigdy na tyle, żeby się tego nie bać.
Współczuję niepoważnych krewnych. Jak można na siłę wciskać dziecko do pomieszczenia, którego sie boi? Aż mną trzęsie ze wściekłości.
debil i tyle
Też się za młodu bałam wind. Moja stara winda w bloku była przerażająca. Nie sama winda, w sumie to lubiłam patrzeć na przesuwające się do góry drzwi (były tylko od zewnątrz, takie z małym okienkiem, sama winda nie miała drzwi). Przerażające w niej było to, jak często się zacinała. To był koszmar, jak zatrzymywała się w połowie piętra albo choćby kawałek wyżej niż powinna. Zawsze wyobrażałam sobie, że albo ktoś zostanie zmiażdżony przez spadającą windę, jeśli zajrzy w tę czeluść lub po prostu tam wpadnie. A najgorsze było to, że zacinała się najczęściej dlatego, że taka jedna stara sąsiadka zawsze ciągnęła za klamkę drzwi windy na parterze (chyba po to żeby szybciej przyjechała, nie wiem, ale to tylko ją spowalniało przez to ciągłe zatrzymywanie w drodze ._. )