Za małolata byłam z tatą w kościele. Nic dziwnego. Siedzimy, siedzimy... I kiedy ksiądz powiedział: "Przekażcie sobie znak pokoju", jakiś starszy chłopak zaczął chodzić po kościele i z każdym się witać. Widziałam, że coś z nim nie tak. Tata do mnie szepnął "On ma zespół Downa". Ja zdziwiona, ale nic się nie odzywam.
Ale całą drogę do domu mnie to zastanawiało, aż w końcu, kiedy wjeżdżaliśmy w podwórko zapytałam taty "W jakim zespole ten chłopak gra?!!". Nie wypada się śmiać z takich rzeczy, ale tata nie mógł się powstrzymać...
Dodaj anonimowe wyznanie
Twój tata nie śmiał się z chorego, tylko z twojego pytania, więc nie ma co się martwić :)