#UZrkf

Przed ślubem wielokrotnie rozmawialiśmy z już mężem na temat dzieci, modelu rodziny jaki chcemy stworzyć. Byliśmy jako tako świadomi, że wyobrażenia i rzeczywistość to odległe światy, ale w takich podstawach jak chcemy budować rodzinę byliśmy bardzo jednomyślni.

Jakiś czas po ślubie powiedziałam mężowi, że ja już jestem gotowa na dziecko. Informacja bez spiny jak sam będzie chciał to możemy działać. Żadnych nacisków. Po kilku tygodniach mąż cały happy przyszedł do mnie, że na niego też już przyszedł czas.

Ogólnie poszło nam szybciej niż myśleliśmy, w życiu mieliśmy jeszcze troche bajzel typu moja obrona, jego długa praca, mieszkanie kątem u rodziców, potem nasz remont i przeprowadzka. Ogolnie działo się dużo, ale do porodu zdążyliśmy ze wszystkim. Moja ciąża przebiegała różnie typu ogromne mdłości = kilka tyg wyłączenia, potem powrót do pracy, potem kilka tyg infekcji (nie ma jak możliwości leczenia w ciąży), ale ogólnie jakoś dawałam radę. Mąż mnie bardzo wspierał przez cały ten czas, nawet jak normalnie do gin chodziłam sama to zawsze zainteresowany co i jak, ale przede wszystkim miałam w nim ogromne wsparcie psychiczne, a w ciąży przy huśtawce hormonalnej, do której dochodzi strach o dziecko jest to mega ważne.

Dziecko jest zdrowe, mój mąż jest świetnym ojcem. Zaczęliśmy przebąkiwać o kolejnym dziecku. Na początku bardziej mąż podsuwał temat jeszcze bez konkretnych deklaracji, potem ja stwierdziłam, że to już ten czas, że jestem gotowa i znowu bez nacisków czekałam na decyzję męża, a gdy ta nadeszła znowu poszło nam szybko.

Obecnie jestem blisko połowy ciąży, mój mąż dużo mniej pracuje, mieszkanie 100% zrobione, dyplomy w szafie leżą.

Ja ciąże przechodzę zdecydowanie gorzej, praktycznie całą spędzam w domu. Z dzieckiem jest ok, ale u mnie niekoniecznie i nie jest to moje widzimisię, tylko decyzja lekarza. Jak mam lepszy dzień to posprzątam, ugotuję, pranie robie na bieżąco, bo to nie jest duży wysiłek, wszystko co da się załatwić zdalnie ogarniam - zakupy, rachunki, różne zapytania, do tego mamy zmywarkę, więc talerze też nie stoją. Starszak chodzi do żłobka, mimo, że ja jestem w domu, bo nie zawsze byłabym w stanie zapewnić mu opiekę, czy posiłek na czas, już nie mówiąc o spacerach. Po prostu taka ciąża.

Do tego wszystkiego jestem w tej ciąży sama. Mam wrażenie, że mój mąż ma mnie za wariatkę, czy hipochondryka. Wiecznie słyszę, że nic nie robię, że mam wziąć się w garść, czy, że o czymś mogłam pomyśleć. Tyle, że po domu naprawdę widać kiedy się dobrze czuję, a kiedy nie, na badania jeżdżę sama, nie potrzebuję nańki, na sor pojechałam raz kiedy zdecydowanie źle się czułam - tak kazał mi mój lekarz. Psychicznie jest mi mega ciężko, nasze małżeństwo jest zimne jak nigdy, a ja się nawet nie mam komu wygadać.
anonimowe6692 Odpowiedz

To może niech zacznie jeździć z Tobą do tego ginekologa. Wszyscy faceci, których znam jeździli ze swoimi partnerkami na wizyty u ginekologa, wydawałoby się, że to raczej standard. Niech usłyszy od lekarza, że to nie przelewki.

HansVanDanz

Jej jest potrzebne codzienne wsparcie. Żeby mąż odciążył ją w codzienności, kiedy ona ma gorszy dzień (i nie tylko). Oboje są małżeństwem i oboje rodzicami. Don też jest wspólny.
To że ktoś pracuje, nie znaczy, że jest wolny od domowych obowiązków.

tramwajowe Odpowiedz

Druga ciąża to czas kiedy statystycznie małżeństwa sie oddalają. Bo: maja oczekiwania ze wiedza jak to jest i bylo spoko.
A nie jest tak samo. I ona czuje ze on ją zawodzi. I on czuje ze ona go zawodzi.
Zazwyczaj da się to obgadac i wyjaśnić.
Po porodzie bedzie duzo trudniej, bo jeszcze trzeba dobrze zająć sie starszakiem, który bedzie dawał wyraz jakim szokiem są dla niego zmiany.
Tyle "norm".
Da sie na to przygotować, tzn: bedzie ciężko, spróbujmy być w tym razem, a nie naprzeciw.

Dodaj anonimowe wyznanie