#a9DPJ
Baaardzo dawno temu uczęszczałem do liceum ogólnokształcącego w swoim niewielkim, rodzinnym mieście. Byłem raczej słabym uczniem, acz ambitnym i mającym przebłyski mobilizacji do nauki. Znajomi i rodzina powtarzali mi, że bardziej nadaję się na prawnika niż na lekarza. Ja jednak chciałem być lekarzem, uważałem, że taka jest moja misja.
Miałem też wychowawcę - a dokładniej panią, która powtarzała mi, że ze mnie nic nie będzie. Po skończeniu ostatniej klasy LO - przez chwilę - uwierzyłem jej. Nie dostałem się na kierunek lekarski. Postanowiłem wtedy pójść i porozmawiać z nauczycielami.
Znalazła się jedna nauczycielka - nazwijmy ją panią Ewą. Powiedziała mi, że tak naprawdę jeśli sobie coś postanowię, to przezwyciężę wszystko i jeśli będę się uczył, to dostanę się za rok. Wierzyła we mnie, tak naprawdę, od pierwszej klasy. Razem z nią kibicowała mi moja rodzina - chociaż rodzice od zawsze mi powtarzali, że mam robić to co lubię. W końcu podszedłem drugi raz do egzaminu i dostałem się na medycynę. Ciężko pracowałem na to, by być tym, kim jestem teraz.
Jednak oto historia właściwa:
Niespełna dwa tygodnie temu na ostry dyżur do nas trafiła pani Ewa, z bólem zamostkowym, pytam ile boli już w klatce: "wczoraj wieczorem się zaczęło", im dłużej naczynia wieńcowe zamknięte, tym większe ryzyko zgonu, zatem na szybko zrobiliśmy EKG, troponinę, CRP - w EKG i badaniu krwi: rozległy zawał mięśnia sercowego. Serducho niestety nie wytrzymało, wpadło w niebezpieczny dla życia rytm i tak reanimowaliśmy przez 15 minut. OK, rytm powrócił, serce bije, adrenalina podana, ustabilizowaliśmy, szybko na hemodynamikę. Tam żyłki odetkali, a ja udałem się w odwiedziny do pani Ewy. Czego się dowiedziałem ciekawego? Otóż podczas rozmowy pani Ewa powiedziała mi, że uratowałem jej życie, że od zawsze we mnie wierzyła, a moja "ukochana" pani wychowawczyni została źle zdiagnozowana, co doprowadziło do jej śmierci - przez mojego kolegę z klasy, nefrologa, tak bardzo faworyzowanego przez wychowawcę.
Karma wraca.
Faworyzowany mówisz... Mam podobnie z koleżanką. Fajnie by było gdyby mi się udało, lecz może bez tak makabrycznego końca :D
Też chcesz być lekarzem? :D
Ja przeważnie jestem faworyzowany, więc mam nadzieję na inne zakończenie.
Mój brat sie słabo uczy i mama porównuje go do mnie (nie jestem kujonem i nie wiedzę przy książkach), ale jak ja dostanie jedynkę to wtedy wielka tragedia ;_; xD na pasek w tym roku nie mam co liczyć ;)
Nie ale też coś związanego z medycyną :)
Nie xD na widok krwi robi mi się słabo.
Dietetyk moi drodzy ;)
Była* :)
Dziękuję
Super, że ci się udało :D
Anonimowi są dumni z Ciebie ;)
Oby więcej lekarzy z powołania! 😘
Ja nie jestem dumna z autora. Zakończenie historii jest bezduszne i nie świadczy dobrze o autorze.
Lekarze muszą być przyzwyczajeni do tematu śmierci, bo w tym zawodzie się to zdarza i postrzega się ten temat nieco inaczej. Przypuszczam, że autor nie miał nic złego na myśli, jedynie podsumował zdarzenia.
Brawo on
Kurcze to, że był faworyzowany nieoznacza, że na medycynę został przyjęty za ładne oczy.
* nie oznacza
Na medycynie są niekiedy tacy studenci, którzy są "faworytami", zgarniają nagrody za konkursy, zdają za 1 podejściem ciężkie egzaminy, mają zwolnienia itp. a lekarzy z nich nie będzie dobrych. Prawda jest taka, że nie każdy co się ultrazajebiaszczo uczy staje się dobrym lekarzem. Więc to, że się dostał to się dostał za wiedzę, a nie ładne oczy (chociaż powiem szczerze, jak patrzę na niektórych studentów tego kierunku to się zastanawiam "jakim cudem? na ładne oczy przecież nie biorą"), ale lekarzem świetnym być nie musi.
"Więc to, że się dostał za wiedzę, a nie ładne oczy" miało być. Nie wiem skąd jakieś takie dziwne powtórzenie ;)
Zauważmy, że był faworyzowany w liceum a nie na studiach. Na studiach mógł być słabym uczniem, tego nie wiemy. Częściej jednak dzieje się tak, że błędy lekarskie popełniają te osoby, które zdają coś za entym podejściem lub ściągają.
Błędy popełnia zmęczony lekarz. Słaby student medycyny (o ile o takich można mówić) kończy jako lekarz rodzinny w pipidówie małej. O ile zda egzamin lekarski czy jak to się tam nazywa.
Ja się spotkałam raczej z tym, że osoby, które zdają coś za n-tym podejściem są właśnie dobrymi lekarzami. Chociaż jak dla mnie to czy ktoś zdał za 1 czy za 4 razem nie ma takiego znaczenia. Co do tego ściągania to powiem Ci tak @MarlaDurden i tak 90% wiadomości, których uczą się studenci przez te 6 lat po egzaminie lekarskim są już przestarzałe. Kiedy kończą specjalizację, czyli po kolejnych 6 latach (rok stażu po egzaminie i ok 5 lat specjalizacji) 99% wiedzy zdobytej na studiach jest g... warta, bo najnowsze badania wykazały coś innego. Poza tym, tak naprawdę po studiach, gdy idzie się już do pracy okazuje się, że całą ta wiedza już wyleciała z głowy. Młody lekarz uczy się i tak wszystkiego na nowo, ale już w praktyce. Więc ściąganie na studiach ma bardzo mało związku z popełnianymi później błędami. Błędy popełnia lekarz, który jest niedbały albo zmęczony jak zostało to wspomniane przez @SpacMiSieChce. I tak, są słabi studenci medycyny. Niekoniecznie trafiają do pipidówek. Bo egzamin lekarski można poprawiać wielokrotnie, żeby się dostać na specjalizację. I gdy pracują (jak już wspomniałam) lekarze uczą się na nowo, tego co jest im potrzebne do pracy. W pracy lekarza nie są ważne wyniki na studiach, powiem więcej, te wyniki nie raz są g warte, bo można wykuć się i umieć, a i tak nie zaliczyć, bo pytania będą tak sromułowane, że Cię zmylą. A można nie umieć nic, a przejrzeć tzw bazy z poprzednich lat i zdać na 80%. W pracy lekarza ważniejsza jest wiedza w głowie i zdolność użycia jej w stresowej sytuacji oraz podejście do pacjenta. A studia i wyniki, one są po to, żeby zdać i mieć jakąś wiedzę, ale wyznacznikiem są beznadziejnym ;)
Jeśli to rzeczywiście jest karma, to jest bardzo okrutna.
Ok czyli wszyscy co powiedzieli komuś że w nich nie wierzą to powinni umrzeć?
Aż zaklaskałam. Zresztą zazdroszczę Ci takiej pani Ewy. :) Moja mówiła że nic mi się w życiu nie uda... tylko że ona cholera jasna, miała racje.
Piękne wyznanie! Niesamowite, że po tylu latach Pani Ewa została uratowana przez swojego ucznia, którego tak wspierała. To prawda, że kobiety mają "kobiecą intuicję":)
Pozdrawiam Ciebie i Panią Ewę :)
Co tu dużo mówić. To wyznanie spadło mi z nieba. Ja także marzę o medycynie, a moja sytuacja w liceum była dokładnie, ale to dokładnie taka sama, jak Wyznawcy. Były ambicje, były przebłyski, był brak wiary otoczenia, byli i ulubieńcy nauczycieli, itd, itd. Nie było lekko, ale ludzie wierzący we mnie znaleźli się poza szkołą i co najważniejsze- ja sama zaczęłam w siebie wierzyć.Wiem czego chcę- teraz jestem na etapie próbowania po raz kolejny, już za niecałe 3 tygodnie matura. :) Wierzę w to, że mi się uda, a to wyznanie naprawdę bardzo podniosło mnie na duchu. Dziękuję za nie z całego serca.
Trzymam kciuki. Masz już wprawę w zadawaniu czegoś po raz kolejny, wiec może będzie Ci łatwiej na tych studiach (żeby nie było, to nie przytyk, nie raz trzeba coś zdawać po 3 - 4 razy ;/)
Los ma wredne poczucie humoru 😛. Ale gratki że Ci się udało
Wyznanie może byłoby wzruszające gdyby nie ostatnie dwa zdania. Naprawdę w Tobie aż tyle jadu? Kobieta zmarła, to jest bardzo przykre. Została źle zdiagnozowana przez swojego ucznia, którego lubiła? To jest przykre, że lekarz popełnił błąd, ale póki nie będą nas leczyć maszyny, takie rzeczy się będą zdarzać.
Aż taka karma, że ktoś Cię nie lubił? Nie wierzę, że pisze to ktoś tak wykształcony, elita tego narodu!
Wielki minus.
Niekoniecznie musi to być jad. Wielu lekarzy jest już oswojonych z tym, że ludzie umierają. Jak dla mnie to było po prostu beznamiętne stwierdzenie. Chociaż kompletnie nieadekwatne.
Tak, tak, tutaj nawet nie chodziło mi o stwierdzenie, że człowiek umarł. Ludzie umierają, tylko chodziło mi bardziej o to, że pani umarła, bo karma wraca za nielubienie autora w wieku szkolnym (tutaj jest skrót myślowy, nie chcę być źle odebrana, ale inaczej nie umiem tego opisać). To jest dla mnie szokujące.
Wiesz, niektórzy ludzie czasami tak nam zajdą za skórę, że nie bardzo przejmujemy się ich tragediami. Wiem, że może lekarz nie powinien tak patrzeć na drugiego człowieka. Ale lekarz też człowiek.
Ja sądzę, że ta pani umarła przez zrządzenie losu. A karma akurat tutaj nie miała nic wspólnego. Możliwe, że autor po prostu dopisuje to sam sobie, albo po prostu chciał to jakoś podsumować i nie miał nic lepszego.
Ogólnie mieszanie tutaj jakiejś karmy to głupota, bo ona podobno jest sprawiedliwa. Więc za brak wiary, czy nawet złośliwości nikogo nie pokarałaby śmiercią.
"Ogólnie mieszanie tutaj jakiejś karmy to głupota, bo ona podobno jest sprawiedliwa. Więc za brak wiary, czy nawet złośliwości nikogo nie pokarałaby śmiercią."
Bardzo trafny komentarz. O to dokładnie mi chodziło :)
Jaka karma, aż tak źle zyczyles tamtej kobiecie?