#fQBWF
Z różnych względów, od paru krótkich miesięcy stałem się dumnym pracownikiem popularnej sieciówki z zielonym płazem w logo. Mimo że do pracy zdążyłem się przyzwyczaić, to pojawił się jeden problem, jakim jest brak asertywności. Ciężko mi zwyczajnie sprzeczać się z klientem, ze strachu, że a nuż będę nieuprzejmy czy coś, pójdzie zgłoszenie, punkty polecą na weryfikacji i szef będzie musiał bulić zielone a ja dostanę rykoszetem.
O ile większość klientów jest wspaniała - da się pożartować, porozmawiać czy pośmiać - to jest parę osóbek z którymi mam problem.
Z racji że sklep jest naprawdę miniaturowy - nie mamy zwyczajnie gdzie trzymać butelek po piwach. Dodatkowo, nasz sklep to spożywczy jest chyba tylko z nazwy, bo alkohol zajmuje tyle samo miejsca co reszta produktów. Na drzwiach wejściowych wisi, więc jak byk formułka - BUTELKI TYLKO NA WYMIANĘ. Nie dlatego, że my za nie płacimy - lecą do mycia przy dostawie i koszt odlicza się od następnej dostawy - ale dlatego, że wolnego miejsca w skrzynkach mam tylko tyle, ile zejdzie piw. O ile większość osób to rozumie (jak ktoś nie przesadza to też nie robię problemów, kupując przykładowo 4 piwa, a oddając 6 butelek, nikt by się na nikogo nie krzywił), to w bezpośredniej bliskości mojego sklepiku, mieszka pani X.
Koleżanki przestrzegają, że kradnie (od towaru przez prywatne papierosy sprzedawców, które nieopatrznie znalazły się w zasięgu jej rąk i poza zasięgiem naszych oczu), ma się za sympatyczną i uczciwą (mimo że kamery w jej poprzedniej pracy pokazują co innego). Do niedawna, żeby mieć spokój - pozwalałem jej czasem jakąś jedną butelkę czy te złotówkę donieść jak jej zabrakło. Szef mnie wyśmiewał, koleżanki patrzyły z niesmakiem wręcz (wspominałem o braku asertywności?). Jak dla mnie jednak, łatwiej było przymknąć oko, otworzyć własny budżet i czekać aż tylko nadejdzie dzień, gdy ze słowa się nie wywiąże. Parę tygodni temu, czas wreszcie nastał - miała donieść ze dwa złote do końca mojej zmiany, co jej się nie udało. Niby jestem 2 orzełki do tyłu, jednak uzyskałem w końcu coś czego wyczekiwałem.
Od tamtej wizyty minęły niemal dwa tygodnie, po których myślała chyba że już zapomniałem. Wchodząc radośnie do sklepu z pełną reklamówką butelek, układa parę produktów ma ladzie i bierze trzy piwa - ja zaś kulturalnie ją kasuję. Jej miny gdy ze smutkiem kiwałem głową mówiąc iż zawiodła moje zaufanie więc moralność nie pozwala dłużej iść jej na rękę, jej rymowanki wyzwisk i gróźb że narobi mi kłopotów u szefa itd. po tym jak z ogromnym uśmiechem zapytałem czy oddać jej naście butelek czy bierze tyle piw więcej - nie zapomnę. Pierwszy raz w życiu miałem to wspaniałe uczucie, że pomogłem karmie wrócić.
Nic nie uczy bardziej asertywności niż praca polegająca na kontakcie z klientem.
u mnie w pracy (salon z meblami) mamy teraz do kupienia bombki. Które namiętnie są zbijane przez dzieciaki, które łap nie trzymają przy sobie. Tylko ja jestem ( na zespół koło 5 osób) na tyle asertywna by powiedzieć klientowi, że za zbite też musi zapłacić. Bo się boją, że dostaną skargę do kiero i będą zwolnieni. Ja jako studentka, gdzie pracuje z braku laku to zwisa czy mnie zwolnią. To, że muszą zapłacić jest ustalone odgórnie i no bez jaj, nie umiem upilnować dziecka to muszę zapłacić za szkody.
hugme- gorzej jakby pracownicy odpowiadali finansowo za straty, pewnie motywacja by sie znalazla
Chciałabym mieć tyle asertywności co Ty. Ja kiedyś jak klient się na chama ze mną targował (dodatkowo był wczorajszy) powiedziałam mu, że jak nie ma pieniędzy to nie ma przymusu kupowania. Dodam, że pracuję w sklepiku w muzeum, a on nie kupował niewiadomo czego tylko magnes za 8 złoty.
Też swego czasu dorabiałam w sklepie z pamiątkami i co drugi kikent targował się o jeden magnes... Tłumaczyłam już jak debilom, że ja tu tylko pracuję i nie mogę sobie ot tak zmieniać cen każdemu, kto o to poprosi, ale nie docierało. On chce za 5zł i koniec, stoi i kolejkę blokuje. Jeden typ kazał mi do właścicieli dzwonić, żebym zapytała, czy mogę cenę obniżyć, ale się nie dałam, no bez przesady, będę właścicielom dupę zawrać o taką pierdołę xD.
w wiezieniu mialam typa, kt zamordowal zone i przyszedl jeczec, z ego z mieszkania komunalnego wywala. i tka marudzil pol godziny jakby mnie to obchodzilo
w koncu powiedzialam- panie Adamie ja zapewniam, ze prze znajblizsze 25 lat nie bedzie mial pan zadnych problemow mieszkaniowych
Ja zaś mam bardzo dobre wspomnienia z klientami za stacji paliw.
1. Dziadzio zapomniał pieniędzy a zaczął już tankować. Przyszedł i powiedział, że jedzie za granice i czy może oddać za 3 tygodnie. Oddał i dostałem czekolade.
2. Inny facet zgubił portfel. Pozwolilem mu przyniesć za kilka dni. Przyniósł i dostałem 4pak złotego trunku.
3. Stały klient miał zaraz mieć transport do pracy. Nie miał gotówki, poprosił o zakupy na "zeszyt". Zniknął na 3 miesiące. Zero kontaktu. Aż tu nagle przyszedł i oddał + dycha dla mnie za zaufanie.
Też mam brak asertywności, ale nie raz wyszedłem z pracy dumny, że ludzie są dobrzy i uczciwi i żadna kanalia z pyskiem do pępka mojego zdania nie zmieni. Czasem nie rezygnuję z tej pracy tylko po to, zeby zobaczyć uśmiech pana, który wstaje do pracy o 3 rano i wpada na kawe. Ten facet zaraża dobrym humorem! Do mnie w ten sposób dobro wraca.
Dlaczego zamiast "popularnej sieciówki z zielonym płazem w logo" nie można napisać po prostu "żabki"?
Współczuję pracy. Moja mama prowadziła też żabkę. Dłużej niż rok raczej Pani tego biznesu niestety nie poprowadzi. Długi niestety po tym też nie małe zostaną :-(
Może po prostu Twoja mama się do tego nie nadawała? Mam znajomą która prowadzi taki sklep ponad 5 lat i jakoś żyję i bez długów :)
"Pani"? Autor to mężczyzna. O szefie pisze per "szef", "musiał".
Więc gdzie Ty tu widzisz jakąś PANIĄ?
I długi? Jakie długi? Dwójka moich znajomych prowadziła Żaby. Jeden do dziś to robi, drugi po trzech latach zrezygnował, jednak i tak nigdy nie narzekał.
Jestem płci brzydkiej jak coś :D
Co zaś Żaby, to jak wcześniej ktoś napisał - trzeba mieć do tego głowę i szczęście. O ile szef i szefowa radzą sobie dobrze, to co rusz zjeżdżają z towarem z upadłych sklepów. Raz mi opowiadali jak samego alko w jednym sklepie przy podliczeniu brakowało na chyba 200 tysięcy. No ale jak liczna rodzinka traktowała sklep jak spiżarnię to co się dziwić.
@Pasteletka Żabki to temat rzeka zarówno dla franczyzobiorców jak i dla pracowników. Na powodzenie tego biznesu składa się wiele czynników, najważniejszym jest, według mnie, lokalizacja, a następnie zdolność do kombinowania. Jeżeli lokalizacja jest słaba to kombinatoryka franczyzobiorcy musi być na naprawdę najwyższym poziomie wysiłku umysłowego (nie idzie za tym jednak troska o interes klienta).