#XZ1cN

Nie umiem żyć dla siebie. Nie sprawia mi przyjemności nic, co mogę zrobić dla siebie, myślę tylko o tym, jak zadowolić innych: rodziców, pracodawców i kolegów, partnerkę.
Cały czas w mojej głowie pojawiają się pytania typu: co oni o mnie myślą? Co zrobić, by myśleli o mnie dobrze?

Jak byłem jeszcze uczniem i studentem, to uczyłem się głównie dla rodziców. Czułem dumę, gdy mnie chwalili w domu.
Teraz w pracy też mam podobnie, tylko zamiast rodziców mam przełożonych i kolegów. Nie chcę ich zawieść i ciągle zastanawiam się, jak jestem przez nich postrzegany, co powinienem zrobić, by wyglądać na lepszego specjalistę niż jestem.
Jak już przy pracy jesteśmy, to nie narzekam na zarobki, zarabiam całkiem dobre pieniądze. Niestety, ciężko jest mi je wydawać na jakieś większe rzeczy, bo boję się, że rodzina mnie skrytykuje, że wydaję pieniądze niepotrzebnie.

Najgorzej jednak było z moją partnerką. Na początku związku miałem to w miarę opanowane, nie było zaburzonej równowagi i oboje staraliśmy się tak samo bardzo, by druga osoba była zadowolona. Jednak po kilku latach w niej coś wygasło i już głównie ja się starałem. Im ona mniej się starała, tym mocniej ja czułem, że powinienem postarać się bardziej, że pokocha mnie wtedy na nowo i jeszcze bardziej. Miało to także przełożenie na nasze życie seksualne, bo głównie to ja byłem inicjatorem i tym co mnie najbardziej interesowało to było sprawianie jej przyjemności, nawet kosztem mojej własnej, bo liczyłem, że może w końcu zostanę doceniony. Apogeum tego osiągnąłem pod koniec naszego związku, gdy byłem w stanie wybaczyć jej nawet zdradę i nie tylko, bo po tym wszystkich zaczęliśmy nawet rozmawiać o bardziej... wyuzdanych... kombinacjach. Będąc podekscytowanym, że na nowo rozmawiamy o seksie i to w swobodny i właśnie wyuzdany sposób, zgodziłem się na to, by mogła „odkrywać siebie seksualnie” także z innymi mężczyznami, licząc, że doceni to jakim wspaniałym i wspierającym partnerem jestem. Tyle dobrego, że zdążyła zdradzić mnie drugi raz, zanim zdążyliśmy coś zorganizować... bo nie wiem gdzie byłbym psychicznie teraz. Nie jest super, ale pewnie byłoby ze mną znacznie gorzej.

Nienawidzę siebie.

#QeE4Z

Zacznijmy od tego, że mój tata jest typem człowieka, który zawsze ma czas.
Kilka lat temu wyjeżdżałam na obóz wakacyjny do Bułgarii. O godzinie 7:00 był zaplanowany wyjazd z Katowic. O godzinie 6:55 staliśmy jeszcze przy kasie kupując buty, bo tacie nie podobały się te, które mam na sobie. Na autokar nie zdążyłam. Musieliśmy jechać do kolejnego miasta, z którego odjeżdżała wycieczka. Tym razem się udało.
Siedziałam sobie już spokojnie w autokarze, powoli ruszaliśmy... kiedy przez okno ujrzałam swojego ojca biegnącego za autokarem z wielkim słojem ogórków kiszonych. Już zdążyłam schować się pod fotel, gdy nagle pojazd się zatrzymał i usłyszałam z głośników swoje nazwisko, by zejść do wyjścia i odebrać od taty ogórki. Zostałam zapamiętana do końca obozu.

PS Ogórki przydały się na kaca.

#2Qrog

Jadę pociągiem.
Mieszkam na północy kraju, a jadę na samo południe, więc to trwa już kilka godzin. Jestem mniej więcej w połowie trasy do Częstochowy. Wsiada starsza kobieta, siada naprzeciwko mnie. Patrzy niechętnym wzrokiem, ocenia, mierzy. Odpowiadam znudzonym wzrokiem i powracam do gapienia w okno.
Kobieta wyciąga z torebki różaniec i zaczyna mamrotać.
Pomyślałam – WOW. Dalej gapię się w okno i powtarzam sobie, że to mamrotanie wcale mi nie przeszkadza. Wcale nie przeszkadza. Jakoś zasypiam.

Budzi mnie konduktor – sprawdza bilety, cykl „kto się dosiadł?”. Mój bilet już był sprawdzany, ale zerknęłam na bilet kobiety, żeby wiedzieć jak długo będę skazana na jej mamroty. Udało się zerknąć – Pszczyna. OK. Czeka mnie więc ciekawy koniec podróży, ale jadę dalej, więc i tak potem będzie spokój. Zasypiam ponownie przy akompaniamencie modlitwy.

Nagle budzę się, pociąg stoi. Patrzę na kobietę – ona śpi.
Gdzie my jesteśmy? Patrzę w okno – jakaś stacja. Nie widzę dobrze nazwy... gdzie?
O kurczę, to Pszczyna. Patrzę na kobietę. Ona śpi.
Na bilecie miała nazwę Pszczyna. Obudzić ją? I co jej powiem? Że podpatrzyłam, gdzie jedzie, bo wkurzało mnie jej klepanie łańcuszka? Ale pociąg zaraz odjedzie, a ja wiem, że ona ma bilet do Pszczyny... Nie mogę być „świnią” i potem patrzeć, jak się miota, a ja będę wiedziała, że nic nie zrobiłam.
Delikatnie dotknęłam ją, budząc. Powiedziałam: „Przepraszam bardzo, ale to jest Pszczyna, pani chyba powinna wysiąść”.
Obudziła się, wytrzeszczyła oczy w takim kosmicznym zdziwieniu. Musiałam wyglądać jak zesłanie ducha świętego. Jej spojrzenie od początkowo totalnej niechęci zamienione w totalną wdzięczność. Chwyciła torbę i wybiegła z pociągu.

A ja do końca trasy zastanawiałam się, czy może ona modliła się o to, żeby nie zasnąć i nie przejechać tej stacji? Może w taki właśnie sposób działa „niewidzialna ręka Boga”, w którego przecież nie wierzę.

#21Hbw

Znacie te drobne, urocze różnice w związku, które po latach nazywane są „motywem”?

Jestem z moim mężem od 12 lat i mamy troje dzieci. On zarabia, a ja siedzę w domu, co zostało podjęte jako decyzja 9 lat temu, ponieważ Średni jest przewlekle chory i wymaga stałej opieki. Nie ciągniemy z MOPS-ów. Mąż zarabia, a ja dorabiam pierdołami. Trzy lata temu sprzedaliśmy mieszkanie po mojej babci i kupiliśmy mały domek na przedmieściach. Dwa lata temu kupiliśmy też działkę oddaloną o 60 km od miejsca zamieszkania, taką całoroczną z domem (domeczkiem o powierzchni 35 m² na dole i 20 m² na górze) ogrzewanym kominkiem, kuchnią węglową, wędzarnią i ogrodem. Jednak coś zaczyna się psuć. Mąż ma taką specyfikę pracy, że albo jest nieobecny przez 2-3 tygodnie, albo jest cały czas. Chciał mieć psy, więc mamy psa rasowego kundelka do pół łydki oraz pitbulla. Tłumaczyłam, że o psy trzeba dbać, szkolić, lecz skoro mało jest go w domu, to w praktyce psy będą należeć do mnie, a czy na to jest gotowy? Tak, jest. Psy są z nami od roku, ale mają go w d****, a na moje komendy reagują. „No ale czemu tak? Pewnie nastawiłaś je przeciwko mnie” – tłumaczenie, że to ja je szkolę i daję im smaczki lub chwalę za prawidłową reakcję na komendę, a także mówiłam mu, że tak może być, zostało tylko skwitowane „no to szambo wy*ebało”.
Kiedyś potrafiłam robić z nim wszystko, współpracowaliśmy bardzo dobrze, ale od dwóch lat... Tłumaczę coś Średniemu, wkracza Mąż, by opowiedzieć mi o czymś i przerywa nam w połowie zdania. Mówię: „Kotek, nie teraz, omawiamy ważną rzecz”. Wtedy odchodzi obrażony. Może poświęcam mu zbyt mało uwagi, kiedy jest obecny, ale czasami rzeczy zasłyszane na YouTubie są mniej ważne niż wytłumaczenie 6-lat­kowi, dlaczego nie wolno dusić młodszego brata.
Myślałam o przepracowaniu, o depresji, o ADHD. Umówiłam go do psychologa i psychiatry obok miejsca, gdzie i tak musi się „meldować” co dzień. Był zachwycony, ale nie poszedł. Coraz częściej reaguje agresywnie na moje „proszę, nie krzycz na cały dom, że wróciłeś, jeśli jest trzecia rano”. Na jego prośbę od roku chodzę na terapię, ale od tego czasu jest tylko coraz gorzej.

Zaczęłam wymagać. Wymagać nierzucania opakowań po hummusie na podłogę, tylko wyrzucania ich do śmieci. Przeciwstawiam się stwierdzeniu, że skoro nie pracuję, to nie mam prawa głosu. Terapia to nie tania przyjemność, więc zredukowałam wizyty do dwóch razy w miesiącu, ale mąż powiedział, że nie da mi więcej pieniędzy na terapię. Mam wrażenie, że dwa lata temu wsadził sobie głowę w tyłek i nie chce jej stamtąd wyjąć, bo tam jest ciepło.

Wiem, że zmienił środowisko. Wiem, że jego nowi koledzy są z tych „babę to trzeba krótko trzymać”. Ale na litość... on ma swój rozum, gdzie go zgubił? Nie wiem, co zjebałam. Nie wiem, czy wymagałam za dużo, czy za mało. Przez chwilę doprowadził do tego, że uwierzyłam w to, że mam urojenia. Jest coraz gorzej, a ja tracę siły.

#N6rpx

Mieszkamy z chłopakiem za granicą, wspólnie kupiliśmy dom. Mój brat ma 16 lat i jest jedyną osobą w rodzinie, z jaką utrzymuję kontakt, ale mieszka w Polsce. Ostatni raz widziałam go w lato 2022, mamy bardzo dobre relacje i chciałam, żeby przyjechał do nas na parę dni, żebym mogła go znowu zobaczyć. Mój chłopak od razu odrzucił tę prośbę i wybuchł złością, stawiając swój komfort ponad to, że tęsknię za bratem i chciałabym go zobaczyć. Nie jest skłonny do jakichkolwiek kompromisów, jest introwertykiem i oczekuje zrozumienia… Jego argument jest taki, że to nasz wspólny dom i on nie chce, żeby tu ktoś nocował, bo jego to męczy. Ja z kolei uważam to za niedorzeczne, że do naszego wspólnego domu nie mogę „kogoś” zaprosić na noc…

#WxWMe

Czasem myślę, że przecież nie wolno nienawidzić matki, bo to ona dała tobie życie, nakarmiła, nauczyła pierwszych kroków i słów. Moja też to zrobiła, ale zrobiła też wiele innych rzeczy...
Moje dzieciństwo zanim poszłam do pierwszej klasy przebiegało tak jak u każdego innego normalnego dziecka (wizyty u dziadków, bieganie po dworze itd.). Moja mama w tym czasie poznała pewnego mężczyznę. I wtedy powoli nasze życie zaczęło się zmieniać – urodził się Krzyś. Wówczas byłam jeszcze za mała na opiekę nad dzieckiem, ale już wtedy poznałam co to kara i pas. No OK, niesforne dziecko, no rozumiem... Gdy byłam w 3 klasie podstawówki, urodził się Karolek. Wtedy moje dzieciństwo umarło. Mój czas po szkole wyglądał mniej więcej tak: zrobienie lekcji (obiady jadałam w szkole) i opiekunka wychodziła, w tym czasie zajmowałam się Karolkiem – przebranie pieluchy, nakarmienie i zabawa. I tak w kółko. Kiedy w końcu Karolek był większy, do moich obowiązków doszło kąpanie. A największym powodem dlaczego nie mogę wyjść na dwór było to, że kto się zajmie dzieckiem. Czyli dziecko w wózek i mogłam wyjść. Domyślcie się, jaki to był ból dla 10-letniej dziewczynki, że nie może się pobawić z koleżankami... Zbicie jakiejkolwiek rzeczy w domu skutkowało jednym wielkim krzykiem i karą, jakbym co najmniej pieniądze ukradła. W 4 klasie podstawówki doszedł obowiązek mycia naczyń, zostawienie brudnego kubka rano skutkowało również karą. Pamiętam też, jak moja mama sprawdzała mi lekcje – nie odbywało się to codziennie, a tylko wtedy, kiedy miała baaardzo zły humor. Zawsze była jakaś kara, np. musiałam przepisywać zeszyt od polskiego, bo był zapisany raz czarnym, raz niebieskim długopisem. I było tego o wiele, wiele więcej.
Zabrała mi dzieciństwo i mam do niej o to ogromny żal.

#Bpcge

Jako młoda osoba próbuję różnych prac. Najczęściej jest to praca biurowa lub praktyki. Denerwuje mnie, że często osoby pracujące tam od lat, które zaczynały tak samo od zera, zamiast podejść z wyrozumiałością do nowego młodego pracownika, to zarzucają najbardziej zawiłymi sprawami do wykonania, dają rzeczy najtrudniejsze. Wiadomo, że nigdy w życiu nie miało się z czymś takim styczności, a mimo to weź i zrób, jak nawet nie wiadomo od czego zacząć. Nie wiesz czegoś? Zapytasz się o coś, np. współpracownika lub szefa, i mają pretensje, wywracając oczami i robiąc miny – to skąd ja to mam, k..., wiedzieć bez żadnych instrukcji na początku, gdy nigdy nie robiło się danej rzeczy? Gnoją najtrudniejszą pracą, udowadniając, że to oni mają wiedzę, a nie my. Zrobisz coś nie do końca poprawnie – od razu pogardliwe śmiechy lub złość. Zdarzało się, że utrudniali pracę do wykonania, bo niech zobaczy młody, jak to jest i jaką robotę robimy, mimo że takie coś nigdy w danej pracy raczej się nie zdarzy. Była też pewna zadana robota biurowa, w której ktoś wymieszał kilkanaście załączników, wszystkie strony z kilku dokumentów wymieszane jak się tylko da i jeszcze te same dokumenty były powielone kilka razy, stron chyba z 200. Jakby się nie dało po ludzku, bez sztucznie wytworzonego stresu i presji. Pewność siebie siada, a pozytywne nastawienie spada do zera, pojawia się za to brak motywacji i chęci do pracy, zmęczenie. Potem się dziwić, że młodzi popadają w nerwice i inne takie oraz mają lęk przed pracą, jak ktoś zazna takich doświadczeń.

#Np7wC

Pochodzę z biednej rodziny. Kiedyś na studiach koledzy spytali mnie, czy pójdę z nimi na piwo. Nie miałem ani grosza i spytałem mamę, czy da mi trochę pieniędzy na piwo. Ona na mnie tylko popatrzyła i od razu wiedziałem co to oznacza - że nie ma. Zirytowany nic nie mówiąc odwróciłem się na pięcie i poszedłem do kuchni, przeklinając w myślach biedę moich rodziców.

Po pięciu minutach przyszła do mnie z wielkim uśmiechem na twarzy i z banknotem w ręku. Zanim cokolwiek powiedziała wycedziłem "Już mi się odechciało!". Momentalnie tego pożałowałem. Na jej twarzy nie było już uśmiechu, tylko wielki smutek. Wiedziałem, że bardzo ją to zabolało. Przeprosiłem ją, ale i tak miałem wyrzuty sumienia. Później tłumaczyłem sobie, że na pewno o tym szybko zapomniała, a ja w przyszłości będę dużo zarabiał i już nie będzie nigdy smutna.

I faktycznie, minęło trochę lat i zarabiam teraz bardzo dobrze, ale mojej mamy już nie ma. Za każdym razem jak wspominam tamten dzień i smutek na twarzy mojej mamy, to aż mnie skręca w środku!
Dodaj anonimowe wyznanie