#ddRZM

Jestem introwertyczką, wolę siedzieć w domu i czytać książkę lub zrobić coś innego, co mnie usatysfakcjonuje, niż np. iść do znajomych na domówkę i słuchać rzeczy, które mnie nie interesują bądź też patrzeć się na ludzi, na których nie chcę. No, ale jak już wyjdę, to staram się miło spędzać czas z moim jakże ograniczonym gronem znajomych. A niedawno poznałam pewne dwie osoby. Brata i siostrę, typowi ekstrawertycy, polubili mnie, lecz chcieli się ze mną widzieć CODZIENNIE. Codziennie do mnie pisali, dzwonili, nachodzili mnie. Jak odmówiłam spotkania, to usłyszałam, że powinnam nauczyć się żyć w społeczeństwie, bo jestem aspołeczna. Więc na siłę zaczęli szukać dla mnie pomocy (psycholog, psychiatra etc.).

Ludzie mylą introwertyka z osobą aspołeczną. Ja nie jestem aspołeczna, nie mam nic do towarzystwa innych ludzi. Mało tego, lubię poznawać nowe osoby, jednak w większym gronie bardzo szybko się męczę i wtedy potrzebuję tygodnia odpoczynku, by zgromadzić siły na kolejne spotkania. Nie lubię prac zespołowych, bo mój umysł lubi pracować sam. Nie znaczy to jednak, że nie poradzę sobie z pracą w zespole.
Nie boję się wychodzić z domu, po prostu lubię robić rzeczy, które mnie uszczęśliwiają.
W tym wypadku np. czytanie książki. I nie mam depresji i problemów. Ludzie na siłę chcą pomagać osobom takim jak ja. Mi nie trzeba pomagać, mnie trzeba zrozumieć. Introwertyk zrozumie ekstrawertyka, jednak ekstrawertyk introwertyka już gorzej. Potrzebuję zrozumienia i swobody, to wszystko.

#mIqLg

Pewnej nocy wróciłem do domu po dość konkretnym piciu. Byłem strasznie spragniony i na moje nieszczęście matka jeszcze nie spała, tylko czytała coś w kuchni. Postanowiłem się spiąć i nie dać po sobie poznać ile wypiłem, chcąc oszczędzić sobie wykładu na temat mojego postępowania. 

Widząc, że szukam czegoś, czym mógłbym zaspokoić pragnienie zaproponowała herbatę, gdyż woda dopiero co się zagotowała. Przystałem na jej propozycję i nalałem sobie wody z czajnika, po czym wyjąłem z szafki torebkę od herbaty i zacząłem maczać ją w wodzie. Do tej pory chyba dobrze mi wychodziło udawanie trzeźwego, jednak nagle matka zaczęła mi się strasznie dziwnie przyglądać. 

Zacząłem szukać przyczyny i moja mina musiała być bezcenna, gdy zauważyłem, że właśnie przyrządziłem sobie herbatę w talerzu do zupy.

#SOpgk

Jakiś czas temu mój kolega z pracy, a dobry znajomy poza pracą, popełnił samobójstwo.

Byliśmy grupą przyjaciół, poznaliśmy się w pracy, ale świetnie się dogadywaliśmy, więc zaczęliśmy spędzać razem czas wolny. Wyjazdy, wakacje, ogniska, wypady w góry i pod namioty. Było nas pięcioro. Zostało czworo.
W internecie pojawił się artykuł na ten temat (było to dość głośne samobójstwo). No i zawrzało od komentarzy – gdzie byli jego bliscy, przyjaciele? Czy nikt nie słyszał wołania o pomoc? Czy nikt nic nie zauważył?
To prawda. Słyszeliśmy jego wołanie. Widzieliśmy, jak cierpi od długich tygodni. Dodawał depresyjne posty i piosenki na swoim profilu. W pracy wpadał w płacz i miewał ataki paniki. Znaleźliśmy kartkę na jego biurku wypełnioną napisami „chcę umrzeć”, „nienawidzę życia”, „chcę się zabić”. Nasz szef załatwił mu dobrego psychiatrę. Dostał leki. Przez chwilę je nawet brał i było mu lepiej, ale później wszystko wróciło. Powiedział, że przestał je brać, bo chce pić alkohol, a nie może mieszać.
Rozmawialiśmy z nim setki razy. Prosiliśmy, by wrócił do leków, by poszedł na terapię. Proponowaliśmy pomoc, rozmowy, wsparcie. Nie chciał. Twierdził, że alkohol mu pomaga. Nadal się z nami spotykał, był wtedy normalny, jak kiedyś. Wesoły, zabawny, uśmiechnięty. Ale wiedzieliśmy, że to tylko maska. Jednak nie mogliśmy nic dla niego zrobić. Nie był dzieckiem, tylko dorosłym, samodzielnym człowiekiem. Nie chciał iść do lekarza ani wrócić do leków, choć sam twierdził, że mu pomagały. Ale był artystą, twierdził, że alkohol pomaga mu tworzyć nowe obrazy.
Nasze setki wysłanych wiadomości, telefonów, próśb i błagań spływały po nim jak po kaczce. Nie mogliśmy mu siłą wepchnąć tabletek do ust ani go związać i zabrać do lekarza. Nie był agresywny, w ostatnich tygodniach nie wpadał już nawet w depresyjne stany.
A potem po prostu się zabił.

Jest mi przykro, że nie mogliśmy mu pomóc. W głębi siebie czuliśmy wszyscy, że prędzej czy później to zrobi. Wiele razy rozmawialiśmy o tym, że on w końcu się zabije. Zastanawialiśmy się, co możemy z tym zrobić, jak mu pomóc. Ale poza tym, co robiliśmy, czyli milionem telefonów, próbami wyrwania go z domu, ciągłym polecaniem terapii, a nawet wyrzuceniem całego alkoholu, jaki u niego znaleźliśmy, naprawdę nic nie mogliśmy zrobić. On nie był osobą, która szukała pomocy i uwagi. On po prostu chciał się zabić i do tego dążył. Wydaje mi się, że nawet gdyby zamknąć go na siłę w szpitalu, to i tak znalazłby sposób.
Ludzie, którzy wiedzieli, że się z nim przyjaźniliśmy, patrzą na nas wilkiem. Kilka osób wprost nam powiedziało, że to nasza wina, że nie byliśmy dobrymi przyjaciółmi, że nie pomogliśmy mu, gdy prosił o pomoc.

Jest mi smutno, że go nie ma. Tęsknię za nim. Ale nie każdemu da się pomóc. Mam nadzieję, że odzyskał spokój.

#UKUMe

Z Asią znam się od 17 lat, od gimnazjum. Obydwie nigdy nie byłyśmy prymuskami, ale ja radziłam sobie lepiej w szkole od Asi, zwłaszcza z tych przedmiotów, które mnie interesowały i z którymi wiązałam przyszłość. Asia za to w niczym nie była dobra, żadnej pasji, nic. W liceum miała zagrożenia z każdego przedmiotu, dosłownie z każdego, nawet z religii. Asia przychodziła do domu i od razu leciała do swojego chłopaka Sebka. Nie mówię, że ja siedziałam i kułam od rana do wieczora, ale takie niezbędne minimum robiłam w domu. Kiedy ja się uczyłam do matury, Asia chodziła na imprezki z Sebkiem i ogólnie trochę śmiała się ze mnie, że moje życie towarzyskie nie jest jakieś obfite. Nie byłam outsiderem, miałam innych znajomych, ale to z nią najwięcej mnie łączyło.

Asia nie skończyła szkoły, zatrudniła się w monopolu w naszym małym mieście i chwaliła się pensją powyżej najniższej krajowej, co dla mnie w tamtym czasie było „czymś”. Jako biedna studentka dorabiałam ile mogłam, ale nie stać mnie było na zakupy w galeriach raz w miesiącu, jak moją koleżankę. Zazdrościłam jej trochę takiej niezależności finansowej. Szybko z Sebkiem zamieszkali, i wielka miłość, ja tymczasem zaczynałam dopiero chodzić na randki.

Teraz, 10 lat później, ja mam męża, fajną pracę ze spoko pensją. Nie jesteśmy z mężem krezusami, ale stać nas na taki poziom życia klasy średniej (wakacje dwa razy do roku, mieszkanie w centrum w kredycie, nic nadzwyczajnego). Tymczasem Asia straciła pracę dwa lata temu i jako że formalnie ukończyła tylko gimnazjum (nie dokończyła liceum, nie podeszła nawet do poprawki z matematyki), a jej doświadczenie zawodowe to tylko ten monopolowy, to z pracą ciężko, zwłaszcza w dobie kryzysu. Z Sebkiem nadal jest, ale na kocią łapę i Sebek wprost mówi, że on tam zawsze sobie woli zostawić otwarta furtkę, he, he. No ogólnie nieciekawie.

Pomagałam jej, nie powiem, że nie. Czasami pożyczyłam na czynsz, motywowałam ją ciągle do poszerzania kwalifikacji. Tłumaczyłam, że studia nie są niezbędne, żeby zarabiać spoko hajs, że liczy się po prostu ogarnięcie spoko zawodu. Wysłałam linki z kursami unijnymi za free. Ale nic jej nie odpowiadało. Wymówki z dupy – bo to nie, tamto nie... W końcu odpuściłam, bo mam własne problemy i jak ktoś nie chce, to się go nie zmusi. Hajs też przestałam pożyczać, bo uznałam, że to jak z przysłowiową wędką i rybą. 

A koleżanka, po kilkunastu latach mojego zapieprzu i minimalnych chęci, powiedziała, że „bo ci się poszczęściło”. Zero refleksji nad tym, że kiedy ja w weekend chodziłam do pracy, w tygodniu na uczelnię i średnio było z czasem i hajsem na imprezki, ona bawiła się świetnie, żyjąc w stylu „high life”, że nikt mi nic za darmo nie dał.
I wkurza mnie takie coś, bo jak komuś nie wyjdzie przez jego własne lenistwo, to nagle tobie się „udało”, bo miałeś farta, a biednemu to zawsze wiatr w oczy.

#ePNNM

Mam 21 lat i jestem studentem informatyki. Mój ojciec uczy matematyki w liceum. Pewnego dnia przyszedłem do niego do szkoły (po pracy mieliśmy jechać do sklepu budowlanego). Jednak okazało się, że musi zostać nieco dłużej, bo jedna z uczennic musiała poprawić sprawdzian. Kojarzyłem ją z widzenia. Szczerze mówiąc, spodobała mi się. Kilka razy dyskretnie podpytałem o nią tatę. Mówił, że jest dość dobra z matmy, ale coś nie idą jej logarytmy i poprawia każdą kartkówkę z tego tematu. Teraz pisała sprawdzian, ale jej nie szło. W pewnym momencie tata powiedział, że musi na chwilę wyjść do dyrektora i wróci za 5 minut. Gdy tylko wyszedł, pomogłem jej w rozwiązaniu kilku zadań. Następnego dnia napisała do mnie na Facebooku, dziękując za pomoc. Zaproponowała wspólną kawę w ramach rewanżu. Spotkaliśmy się raz, potem kolejny i w końcu zostaliśmy parą. Jesteśmy razem od czterech miesięcy.

Dziś rozmawiałem z tatą o mojej wybrance, a on wypalił: „Synu, gdybym ja wtedy nie wyszedł, to miałbyś gówno, nie dziewczynę”.

#Vp21V

Chcesz mieć dobre stosunki z sąsiadami? Nie być z nimi w konflikcie? Musisz wyprowadzić się i utrzymywać pustostan. Nie ma innego równie skutecznego rozwiązania. Żadne dywany czy panele nie sprawią, że piętro niżej będzie cicho. Żadne maty akustyczne nie wyciszą ścian. Co najwyżej wyciszą twój portfel przed wydatkami na przyjemności. Ściszysz telewizor? Za tydzień dowiesz się, że nadal jest za głośno. Kupisz słuchawki? Sąsiedzi prędzej czy później i tak je usłyszą. Zamienisz głośnego psa na cichą jaszczurkę? Po miesiącu będą skargi, że za głośno porusza się w swoim terrarium. Ograniczysz rozmowy? Sąsiedzi i tak usłyszą szepty. Co byś nie zrobił, sąsiedzi i tak będą narzekać. Dojdzie nawet do tego, że będzie im przeszkadzać zbyt głośne przeżuwanie jedzonego chleba czy zupy. Nie mówiąc już o budziku, który zadzwoni o 3 nad ranem, żebyś mógł wstać do pracy.

Nigdy nie próbuj walczyć o przyjaźń sąsiada, on nigdy nie zechce się z tobą zaprzyjaźnić! Będzie tylko szukał, czego by się tu przyczepić, aby utrudnić ci życie. Nie zdziw się, jeśli zabroni ci oddychać.

#lODFz

Dzisiaj zatroskani rodziciele rozmawiali ze mną na temat mojego nocnego wychodzenia i wracania z imprezy późno do domu. Głównie chodziło o to, że nigdy nie wiem, o której będę w domu, więc rodzicom mówię tylko, że będę „później”. W końcu z ust mojego żywiciela padły te słowa: „Ja zawsze mówiłem, kiedy będę wracać, np. że za trzy dni. I wracałem!”.

Nie mam już z kogo brać przykładu XD
Dodaj anonimowe wyznanie