Kiedy miałem około 12-13 lat wybrałem się z rodzicami do domku nad jezioro w pewnym wojskowym ośrodku wypoczynkowym. Było super – rano grill, jezioro, na obiad grill, jezioro, na kolację grill i znowu nad jezioro.
Jak wiadomo, w takich sytuacjach zawiera się wakacyjne przyjaźnie z sąsiadami z domku obok. I tak było z nami. Była to pewna ładna licealistka i jej rodzice. Po przesiedzianej wspólnie nocy nad grillowaną karkówką i kiełbasą postanowiliśmy się rano wybrać nad jezioro popływać. Mimo dużej różnicy wieku między nami bawiliśmy się dobrze (ja i owa licealistka), chlapaliśmy, podtapialiśmy no i właśnie to był ten moment. Goniłem ją za to, że mnie pochlapała i gdy byłem blisko, niespodziewanie mnie podtopiła. Jako że się z początku wystraszyłem, zacząłem chwytać się wszystkiego, czego się dało i tak oto... zerwałem z niej stanik. Widziałem wszystko, do tego niechcący pojechałem jej rękami po biuście i to wszystko przy plaży pełnej ludzi. Udawałem potem, że się podtopiłem i zacząłem kaszleć, łapać oddech, że nic nie wiem, co się stało, i w ogóle biedny ja.
Jak tak sobie pomyślę o tym, to z jednej strony do dziś wstyd, ale z drugiej...
Mój mężczyzna potrafi zmienić się w minutę w człowieka, którego nie znam. Jest kochanym mężem i ojcem, jest troskliwą i ciepłą osobą. Już na początku naszej drogi zauważyłam, że bardzo łatwo jest go wyprowadzić z równowagi, ale uznałam, że da się wspólnymi siłami nad tym zapanować. Niestety, ja nie potrafię go powstrzymać. Robi się coraz bardziej agresywny. Nigdy nie podniósł ręki na mnie ani na dzieci, ale jego słowa wypowiadane w szale trafiają nieraz mocniej niż prawy sierpowy. Wystarczy mu mała iskra... Nawet nie muszę być zapalnikiem, a i tak cała agresja słowna spada mi na głowę.
Wiele razy mówiłam mu, że boli mnie to, jak się zachowuje. Wiele razy informowałam, że oddalam się od niego z każdą taką akcją. On za każdym razem przeprasza, twierdzi, że nie wie, co się z nim dzieje. Nie chce słyszeć o żadnej terapii.
Teraz chwilowo mieszkam u rodziców wraz z dziećmi. Dałam mu odetchnąć i przekonać się do tego, co go czeka, gdy w końcu przestanę mieć do tego cierpliwość.
Nie mam pojęcia co robić. Rodzice twierdzą, że powinnam go zostawić... ale jak mogę odejść od ojca moich dzieci, dobrego człowieka, którego kocham, tylko dlatego, że jest chory? Czy to nie jest zbyt samolubne?
Długo zastanawiałam się nad dodaniem tej historii, bo nikt o tym nie wie, ale może mi choć trochę ulży na duszy, jak w końcu to z siebie wyrzucę.
10 lat temu urodziłam syna, jak się trochę później okazało, ma autyzm. Cały problem w tym, że sądzę, iż to moja wina. Dlaczego? Jak byłam w drugim miesiącu ciąży, strasznie pokłóciłam się z mężem. On wyszedł z domu (do kolegi), a ja zostałam sama, wkurzona na maksa. Wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu postanowiłam zalać smutki (ogólnie nie lubię alkoholu, nie wiem skąd ten pomysł w mojej głowie). Prawie opróżniłam półlitrową butelkę czystej i poszłam spać. Nie wiem, o której wrócił mąż, ale położył się na kanapie, więc nic nie poczuł. Jakiś czas później z mężem się pogodziłam i o sprawie zapomniałam. Przypomniał mi o wszystkim, kilka lat później, program w telewizji. Usłyszałam, że w drugim miesiącu ciąży u dzieci powstają połączenia nerwowe w mózgu, a mimo iż przyczyny powstawania autyzmu nie są do końca znane, wiadome jest, że autyzm to właśnie problemy w połączeniach nerwowych.
Od tamtego czasu nie mogę sobie darować tego jednego wybryku, niszczy mnie myśl, że przez głupotę skrzywdziłam własne dziecko. Ale muszę żyć z tą świadomością, muszę być silna dla syna i pomagać mu w możliwie jak najlepszym przystosowaniu do życia. Nigdy o tym nie powiem ani synowi, ani nikomu innemu. Tylko wy, anonimki, będziecie wiedzieć.
Wiecie, czego najbardziej żałuję z dzieciństwa? Że taka była norma, że ojcowie poświęcali dzieciom mało czasu. Mój niestety taki był i to nie kwestia, że nie umiał złapać kontaktu z dziewczynką, bo dla mojego brata też nie miał czasu.
Jedno mnie zaskoczyło. Gdy został dziadkiem, od razu się zaangażował. Nie spodziewałam się po nim kreatywności w wymyślaniu zabaw ani cierpliwości do dzieci. Poświęcał im czas jeszcze przed emeryturą, kiedy miał go naprawdę mało.
Nie zrozumcie mnie źle, bardzo cieszę się, że moje dzieciaki i bratanica mają świetnego dziadka, ale smutno mi trochę, że ja i brat nie mamy z nim takich wspomnień.
Mając 7 lat, sikałam w spodnie, bo nauczycielka nie puściła mnie do łazienki, a potem już bałam się pytać. Gdy przyjechali goście z daleka, słyszałam, jak moja mama opowiadała tę historię wszystkim zebranym. I może się z tego nie śmiali, może mi współczuli albo czuli negatywne emocje do nauczycielki, ale mi i tak było bardzo przykro i wstyd do tego stopnia, że do końca wizyty nie wyszłam już z pokoju. Minęło prawie 20 lat, a ja wciąż pamiętam i wciąż jest mi przykro.
Innym razem nauczyciel od WF-u na wywiadówce powiedział, że dziwnie robię jakieś ćwiczenie, że może to wynikać z wady kręgosłupa. Gdy przyjechali goście, mama o tym również im opowiedziała, a do tego kazała mi przy wszystkich zademonstrować, jak wykonuję to ćwiczenie, by wszyscy mogli ocenić i skomentować. Nie chciałam, odmawiałam, ale mama się uparła, więc musiałam. Czułam się jak małpa w cyrku. Upokorzona.
I wyobraźcie sobie, że tak się często działo z przykrą dla mnie rzeczą – mama rozpowiadała to na prawo i lewo, bo to przecież ciekawa plotka, pogłębiając tym mój wstyd i obniżając jeszcze bardziej poczucie własnej wartości.
Nie róbcie tego swoim dzieciom. Ich problemy to ich problemy i mają zostać zatajone przed gośćmi. Wy też nie chcielibyście, żeby koleżanka rozpowiedziała na imprezie waszą wstydliwą historię. Nie róbcie z tragedii lub ze wstydliwego problemu swojego dziecka dobrej historii do opowiadania przy kawce.
Jestem 35-letnią kobietą, która nie potrafi poradzić sobie ze stratą. Jest to dla mnie forma terapii, więc kto nie ma ochoty na smutki, niech pominie.
Byłam w ciąży. Cały ten okres dbałam o siebie. Wyniki badań – wszystkie idealne. Książkowy przebieg ciąży. Z niecierpliwością i lekkimi obawami czekamy na narodziny córki. I nastał ten dzień. 40. tydzień plus 2 dni. Ciąża po terminie, ale przecież mało która kobieta w nim rodzi. Zalecenia: zgłosić się tydzień po wyznaczonej dacie, ale od rana nie ma ruchów dziecka. Niby nie panikuję, ale coś nie tak. Na wszelki wypadek jadę do szpitala. Tam wyrok – brak akcji serca. Szok. Wyparcie. Przecież wczoraj było wszystko dobrze. Trafiam na oddział. Lekarze przekonują, by urodzić naturalnie. Ta cisza po porodzie... gdy na sali obok słuchać płacz innego szczęśliwego maluszka. Pozwolili mi się pożegnać. Mogłam po raz pierwszy i ostatni przytulić córeczkę.
Nigdy nie usłyszę płaczu. Śmiechu. Nie zobaczę koloru oczu. Jej ciałko już się rozpadało... tak szybko. Najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Gdybym mogła cofnąć czas, uparłabym się na cesarskie cięcie o terminie i może by żyła... Czekam na wyniki sekcji, ale co z tego, jak życia nie wróci... Kto z czytających ma, niech uściska za mnie swoje skarby najmocniej na świecie.
Mam 45 lat, jestem żoną i matką, moje dzieci są już dorosłe, wyjechały na studia. A ja zaczęłam niszczyć własne małżeństwo – z premedytacją. Mam jednocześnie poczucie winy, ale i pewność, że dłużej nie dam rady funkcjonować tak, jak funkcjonowałam. Przez lata dałam się wpasować w rolę mojej matki, czego zawsze chciałam uniknąć. Przez lata mąż zrzucał na mnie coraz więcej obowiązków i odpowiedzialności. A ja najpierw walczyłam, potem odpuściłam, bo nie miałam już siły. Kiedy urodziły się dzieci, ja o nie sama dbałam, bo on nie wie jak. Próbowałam go uczyć, aż w końcu dałam spokój, bo mijały miesiące, a uczenie kosztuje więcej energii niż zrobienie. Tak samo jak ja o wszystkim miałam pamiętać i organizować, bo on zapomni. Ja płacę rachunki, dbam o finanse, o pełną lodówkę, o sprzątanie itd. I pojawił się mój bunt. Kazałam mu ustawiać sobie przypomnienia i budzik w telefonie, żebym nie musiała ja przypominać i budzić go rano.
Rozmawiałam z nim. Zaczęłam najpierw delegować więcej obowiązków. Potem uparcie ignorować pewne rzeczy, aż on zacznie narzekać, że niezrobione. A ja wtedy odpowiadałam, że np. nie widzę powodu, by zbierać jego brudną bieliznę po kątach. Były i są awantury, ale mam dość wysysania ze mnie życia, żeby on miał wszystko pod nos! Denerwuje mnie, że jak on wynosi śmieci, to ja mam mu przypomnieć i przygotować worki, a jak ja wynoszę, to mam zrobić to sobie sama. Jak go poproszę, to z marudzeniem przygotuje jeden worek i jest zdziwiony, jak pytam, czemu tylko jeden, bo on myślał, że ogarnę resztę sama. I mam dość, że nawet jak zauważył, że coś jest do zrobienia, to po prostu mi to oznajmia, że np. pranie jest do zrobienia. Albo jak już coś robi, to zostawia mi do dokończenia, bo on nie umie albo czegoś nie lubi. Na przykład wziął się za wycieranie kurzu w salonie. OK, ale wytrze z dwóch szafek i pyta, czy ja ogarnę resztę. Telewizora on nie, bo zapomniał, stołu nie, bo on nie lubi myć szkła, parapetu nie, bo tam stoją kwiatki (jego!), reszty szafek też nie, bo ja tam postawiłam ozdobę, a on nie będzie pod moimi szpargałami sprzątać.
To nie jest tak, że chcę, żeby się domyślał. To lata ignorowania moich próśb. Jeszcze mu trochę przypominam, że ma lekarza itd., ale robię to raz, może dwa, a potem jak zapomni, to jego odpowiedzialność.
Mąż jest obecnie bardzo nieszczęśliwy, mówi, że nie rozumie, po co zmieniam układ, który sprawdzał się przez lata. Chciałabym, żeby był szczęśliwy, ale ja też chcę. Mam dość, że ja swoje obowiązki kończyłam o 22, a on od 17 relaksuje się z pełnym żołądkiem. Córki cieszą się z tej zmiany. Mąż i teściowa są na razie mocno oburzeni. A ja mam wrażenie, że po raz pierwszy od 20 lat mam czas dla siebie. Zaczęłam ćwiczyć, chodzić na spacery, znalazłam hobby.
Mój tata rzadko używa komputera, ale ostatnio wystawił pewną rzecz na OLX. Jakaś kobitka w wiadomościach zaproponowała mu niższą cenę, ojciec napisał jej, że się nie zgadza. W odpowiedzi wysłała mu tę emotkę „:D”.
Siedziałem w swoim pokoju i nagle słyszę, jak ojciec mówi: „Ku*wa! De jak dupa! Ja grzecznie, a ona tak do mnie?! Ja jej, ku*wie, pokażę!”. Już miał na nią jechać w wiadomości, ale przyszedłem i wytłumaczyłem mu, co ta emotka oznacza.
Chyba muszę zaznajomić go z paroma rzeczami :D
Jestem kompletnie emocjonalnie rozwalona. Mam całkowicie pogruchotane serce, jakby po jakimś wypadku drogowym. A czuję się tak, bo przez 10 lat związku mój chłopak mi się nie oświadczył, nawet o tym nie pomyślał. I nie mogę z tą myślą żyć.
Serio, jak zdarzy mi się trochę dłużej o tym pomyśleć, to mam problemy z normalnym oddychaniem. Brakuje mi powietrza. Traktuję to jak znieważenie. Upokorzenie. Stwierdził, że jestem nic niewarta? Nie potrafię zrozumieć, po co z kimś być tyle czasu, jak się z tym kimś nie planuje przyszłości. Po co tyle lat oszukiwać? Bo to nie jest tak, że przez te wszystkie lata nie poruszałam tematu. Za każdym razem w odpowiedzi zapewniał mnie, że tak, że jak najbardziej, że będą zaręczyny, że będzie ślub, że będzie wspólna przyszłość i wspólne życie. Nawet podawał przedziały czasowe. A jak mijały – następne. Ile już miało być „deadline'ów” zaręczyn... Ile terminów ślubu przepadło... Pierwszy minął, drugi też, trzeci mija w tym roku... Po co tak kłamać?
Boli mnie to, że we wszystkich związkach z naszego otoczenia to facet był tą stroną, której bardziej zależało na „zaklepaniu” dziewczyny, na zamieszkaniu razem. To my byliśmy pierwszą parą. A z biegiem czasu, mniej więcej w tym samym czasie, inni zaczęli wchodzić w związki, zaręczać się, brać śluby, rodzić dzieci. Ominęły mnie te wszystkie chwile. Najpierw nie miałam czego opowiadać w kwestii historii zaręczyn, potem nie miałam czego razem planować, nie miałam o czym rozmawiać w temacie kredytów, kupowania mieszkania, urządzania się. Teraz nie mam o czym gadać w sprawie dzieci. Już zostałam tylko ja bez męża. Dziewczyny patrzą na mnie jak na frajerkę, widzę to. Rodzina i znajomi, kiedy tylko mogą, to wbiją szpilę, że młodość mija, a ja... Ciekawe, dlaczego tylko mi się obrywa, a facet nie dostaje żadnych aluzji. Dlaczego to zawsze dziewczyny muszą wysłuchiwać pytań „Kiedy wy?”, aluzji „No, to czas na was”, „Kiedy ślub?”. Dlaczego nie kierują tych pytań do faceta? Przecież to on jest inicjatorem. Dlaczego facetom się tego nie wypomina? To tylko ja mam się czuć głupio i obrywać za to, że on się nie chce oświadczyć? Jakby to była moja wina. A inicjatywa należy do faceta.
Otrząsnęłam się z mojej naiwności ostatecznie wtedy, gdy po ponad roku posiadania wspólnego konta oszczędnościowego, na które to ja nalegałam i na którym mieliśmy zbierać razem kasę na wkład własny, w dalszym ciągu były tylko moje oszczędności. On nie odłożył na ten cel nic, ani złotówki. Dopiero kasa dobitnie uświadomiła mi jego priorytety. Wcześniej miałam tylko czasem przebłyski świadomości. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno temu, zasypiałam z myślą, że któregoś dnia doczekam się, że on uklęknie, a ja wtedy powiem, że już za późno. Teraz wiem, że nigdy by nawet do tego nie doszło.
Jesteśmy z moim mężem razem od 12 lat. Mamy trójkę dzieci (10, 7 i 4). Zawsze doskonale się dogadywaliśmy, a scysje były rzadkością. 4 lata temu sprzedaliśmy mieszkanie w mieście i przeprowadziliśmy się do domu na przedmieściach. 2 lata temu sprzedaliśmy również ten dom – przedmieścia stały się bardzo głośne i ruchliwe – i kupiliśmy dom z dużą działką, 25 km od miasta. Mąż pracuje, ja siedzę w domu z dziećmi. Średni syn choruje przewlekle i wymaga stałej opieki – do szkoły nie może chodzić, materiał realizuję z nim ja. Poza tym, nawet po trzech awansach, nie zarabiałabym w mojej pracy nawet połowy tego, co on.
Trochę ponad 2 lata temu wszystko zaczęło się sypać. Nagle okazało się, że ja nie mam prawa głosu, bo nie zarabiam. Rzucanie na podłogę opakowań, bo po to jestem, żeby sprzątać. Wchodzenie w trakcie moich poważnych rozmów z synem tylko po to, żeby powiedzieć mi o tym, co usłyszał na YT. Na moje zwrócenie uwagi, że porozmawiamy za chwilę, wychodzi z fochem.
Mam nagle czwarte dziecko, a nie partnera. Zdaję sobie sprawę z tego, że musi stać za tym jakiś kryzys. Przez lata byliśmy równymi sobie ludźmi. Zaproponowałam mu terapię – ucieszył się. Umówiłam go – wciąż się cieszył. Ale nie poszedł, bo był zmęczony. Sama, na jego prośbę, chodzę do terapeuty od roku. Podobno byłam agresywna. Skoro tak to widzi, a nie chce iść na wspólną – OK.
Po czterech miesiącach mojej terapii tylko się pogorszyło. Zaczęłam wymagać traktowania mnie jak pełnoprawnego człowieka. Terapia daje mi dużo, ale mąż mi na nią nie daje pieniędzy, bo wg niego terapeuta robi mi wodę z mózgu. Nie mam kiedy, naciągam dobę, ale dorabiam na tyle, żeby raz na dwa tygodnie tam pojechać. Jestem zmęczona, chciałabym mu pomóc, ale... nie wiem jak. Tęsknię za nim, ale jeśli on sam nie powie, o co chodzi, ja nie będę tego wiedziała. Robi się coraz bardziej złośliwy, badania wykluczyły guza mózgu... Gdzie mój ukochany mąż?
Dodaj anonimowe wyznanie