#EN5h9

Najbardziej przykrą rzecz, jaką ktokolwiek mi powiedział, usłyszałam od męża. Podczas kłótni stwierdził, że wstyd mu ze mną chodzić za rękę po ulicy, ponieważ jestem aż tak gruba. Co by nie było, miałam siedem kilo nadwagi po urodzeniu dziecka. Serce mi po prostu pękło. Pomimo tego, że przeprosił i powiedział, że tak nie myśli, ja już nie potrafię z nim normalnie obcować. Zawsze mam z tyłu głowy to, co powiedział. Nawet gdy mnie komplementuje, to uważam to za kłamstwo, gdy stara się mi doradzić, odbieram to jako atak. Przy czym cały czas mi mówi, że robię z igły widły, że powiedział to dwa lata temu, a ja nadal to przeżywam... I nie wiem, czy to ze mną jest problem, ale siedzi to we mnie cały czas. Nie chcę się rozstawać, ponieważ mamy dzieci, na co dzień jest cudownym mężem. Tu chodzi po prostu o moje nastawienie, o te słowa, które nie chcą wyjść z mojej głowy. Może się to wydawać błahe. Jedno zdanie na całe lata małżeństwa, narzeczeństwa i związku, ale bardzo mnie to dotknęło. Nie czuję się już atrakcyjna. Wróciłam do dawnej wagi, ale wciąż czuję się jak pełzające monstrum. Za rękę już też z nim nie chodzę, wolę wziąć córeczkę na ręce jak widzę, że mąż wystawia w moją stronę dłonie. Wiem, że jemu też jest przykro z tego powodu i to ja powinnam się ogarnąć, wziąć w garść i zapomnieć. Ale cały cholerny czas mam to w głowie.

#UP7C9

Mieszkamy z mężem z teściami od dwóch lat, za kilka miesięcy się wyprowadzamy. Teść jest alkoholikiem/pijakiem, teściowa i reszta rodziny (oprócz mojego męża) wykazuje typowe objawy współuzależnienia. Teść długo nie pił, był po zawale, niestety jakieś pół roku temu znowu zaczął. Jest z tych awanturujących się alkoholików, więc możecie sobie wyobrazić, co się działo w domu, zwłaszcza że mamy roczne dziecko (które już zaczyna rozumieć, co się dzieje). Ponieważ i tak wyprowadzić mieliśmy się w ciągu najbliższych miesięcy, postanowiliśmy zacisnąć zęby i zaczekać (nie było innej możliwości).

Dwa miesiące temu teść poważnie zachorował, jest częściowo sparaliżowany. Teraz wszyscy się nad nim użalają, jaki on biedny, taki zdrowy chłop był, a tu choroba z niczego itp. Każdy też żałuje teściowej, bo musi się nim opiekować (choć jego picie jest po części z jej winy, zawsze na to pozwalała). A ja się cieszę. Cieszę się, że już nie ma w domu awantur, że nikt nie musi się codziennie bać, w jakim stanie on wróci do domu, nie trzeba go szukać po całej wiosce, żeby pijanego przywieźć do domu (zawsze robiła to teściowa). Cieszę się, że zachorował, w ogóle mu nie współczuję (czasem tylko teściowej, bo widzę, jak się męczy). Ale w stosunku do teścia nie ma we mnie nawet odrobiny współczucia, zrozumienia. Nikomu tego nie powiem, ale nawet nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Jestem zła.

#KeQRu

Miałam w szkole koleżankę, która jest dość... nie oszukujmy się: gruba. Wszyscy się z niej śmiali, ale ja zawsze brałam jej stronę i zawsze starałam się jakoś obrócić to w żart, żeby nie brała tego wszystkiego do siebie.
Szło mi całkiem nieźle i to do tego stopnia, że ostatnio powiedziała mi: „Ja to tylko jestem gruba, ty jesteś wysoka i szczupła, ale co z tego, skoro jesteś płaska jak deska”. No nie powiem, zabolało.

#zlLEd

Jako nastolatka miałam zerowe poczucie własnej wartości. Dzieciaki w szkole ciągle mnie wyśmiewały, co przełożyło się na moje samopostrzeganie. Postanowiłam jakoś temu zaradzić, więc w myśl zasady „jak siebie postrzegasz, tak postrzegają cię inni” oraz „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”, dzień w dzień stawałam przed lustrem, patrzyłam sobie w oczy i mówiłam: „jesteś super, jesteś ładna, masz ładny uśmiech...”. Codziennie, przez długie miesiące, powtarzałam sobie te słowa jak mantrę. Na początku czułam się jak idiotka, jednak z czasem to uczucie minęło.

Pewnego dnia obudziłam się i nagle, jak grom z jasnego nieba, dotarła do mnie myśl, że ja NAPRAWDĘ jestem super. Miłość do siebie, poczucie własnej wartości, świadomość, że jestem coś warta i że już nigdy nikt mi nie wmówi, że jestem do kitu, walnęły we mnie niczym kij baseballowy.
I to uczucie niezmiennie trwa do dziś.
Owszem, miewam gorsze dni, ale się nimi nie przejmuję, bo wiem, że mam do nich pełne prawo.

Polecam, to naprawdę działa.

#lisR2

Na ogół staram się być dobrym człowiekiem. Chętnie pomagam innym, staram się w każdym zobaczyć coś dobrego i być wyrozumiała. Mam dobre kontakty z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi. Ale jest taki jeden współpracownik, który jest w stanie wyciągnąć ze mnie to, co najgorsze. Pracował już, kiedy ja rozpoczęłam pracę i jest w wieku mojego ojca. Ogólnie wykształcony, miastowy, obyty i zaznajomiony z ważnymi osobami w okolicy. Kiedy jednak chodzi o mnie, traktuje mnie jak ostatnie gówno. 
Jako że pracujemy w budżetówce, przychodzą petenci. Mimo faktu, że przyszłam na konkretne stanowisko, mam doświadczenie w tym zawodzie i radzę sobie świetnie z obowiązkami, pan X potrafi bez wahania „przejąć” rozmowę z moim petentem tekstem, że „koleżanka nie pracuje tu długo i nie bardzo ma pojęcie”, po czym opowiada bzdury, które ja wielokrotnie muszę później odkręcać, bo nie zajmuje się tą samą materią i jego wiedza opiera się na podsłyszanych rozmowach z kierownikiem. Wielokrotnie podważa wszystko, co mówię, zakładając, że jeśli jestem młodą kobietą, to nie mam żadnej wiedzy np. odnośnie do elektroniki, a sam nie umie wymienić pojemnika z tonerem. Krytykuje mnie za wszystko, co wyjdzie w rozmowie z innymi współpracownikami: że nie przepadam za alkoholem („No tak, księżniczce by spadła korona, jakby się napiła...”), że nie wyrażam wszem i wobec zdecydowanych poglądów politycznych („No tak, mieszka pani na wsi i nawet telewizji nie ogląda...”), że nie mam dzieci, chociaż nigdy nie wyrażam się źle o dzieciach i idei ich posiadania („Lata lecą, nie wiem, na co pani czeka”). Staram się go ignorować albo odpowiadać z humorem, ale przychodzi mi to coraz trudniej. Zauważyłam, że zwyczajnie go nienawidzę i źle mu życzę, tak serdecznie mam go dość. Wstydzę się bardzo tych uczuć, ale trudno mi cokolwiek z tym zrobić. Czuję się, jakbym miała dwie twarze – tę, którą widzą rodzina, przyjaciele i inni ludzie, i tego gremlina, który siedzi we mnie i wychodzi na widok Pana X. Kiedy otwiera buzię w pracy, myślę tylko o tym, żeby np. złamał nogę i siedział na zwolnieniu dwa miesiące, żebym nie musiała patrzyć na jego głupią mordę.

PS Przeniesienie do innego pokoju czy podpierniczenie go nie wchodzą w grę, bo jest zakumplowany z „górą”.

#E4WXs

Mam 33 lata. Ostatnio zmarł ojciec mojego przyjaciela i czuję się, jakbym stracił swojego ojca. Z moim najlepszym przyjacielem Krzyśkiem mieliśmy od zawsze zajawkę na metal, ponieważ jego ojciec był metalowcem, który grał na perkusji i miał w piwnicy w zasadzie swoiste studio nagraniowe dla swojej ekipy, ale grali bardziej dla siebie. Uczestniczyliśmy w ich graniu za młodu i od razu chcieliśmy też na czymś grać. I tutaj był największy problem. Pochodzę z rodziny alkoholików, gdzie pieniądze były wydawane na wódę i szlugi. Nie było przemocy domowej, ale jak się domyślacie, zawsze była nerwówa w domu. Nie wiadomo, czy wchodząc po szkole do domu, znowu nie zastaniesz leżących upitych rodziców na podłodze w kałuży czegoś. Więc wiadomo, że instrumentu nie dostanę mimo podejmowanych prób rozmów. Odpowiadali, że a po co mi to, tylko będę rzępolił oraz że na tym nie da się zarobić. Pod górkę od samego początku. Krzysiek poprosił ojca czy pożyczy nam gitary i będziemy sobie grać u niego w piwnicy. Zasadniczo nie nadawałem się na gitarzystę przez zbyt krótkie palce, bo wiadomo, że nie zaczynaliśmy od Dżemu, tylko od razu Metallica albo Megadeth. Więc ojciec Krzyśka widząc, jak się męczę, zaproponował mi perkusję. Zaczął uczyć grania na perkusji, nauczył czytać nuty i w ogóle wszystkiego. Mogłem przyjść, kiedy chciałem i miałem dostęp do sprzętu, by grać. Tak narodziła się moja pasja. W ich piwnicy spędziłem więcej czasu, będąc w szkole średniej, niż w domu. Bardzo często rozmawiałem sam na sam z ojcem przyjaciela o wszystkim. Interesował się mną i dawał rady, nawet życiowe i przyjacielskie. 
W pewnym momencie u mnie w domu się uspokoiło, bo ojciec zmarł. Zero jakichkolwiek uczuć względem niego. Matka zaczęła terapię i wyszła z uzależnienia. Zacząłem w końcu jakieś normalne życie, ale psychika mimo wszystko zniszczona. Poszedłem do pracy, wynająłem jak najszybciej jakieś mieszkanie i ojciec Krzyśka sprezentował mi elektryczną perkusję, która w zasadzie była dość nowym urządzeniem w tamtych czasach. Mogłem grać u siebie, nie tracąc czasu na dojazdy i powroty. Dalej był moim mentorem życiowym. Życie sobie dalej leciało, aż do pół roku przed śmiercią, gdzie pierwszy raz w życiu usłyszałem, że jest ze mnie dumny, że wyszedłem na ludzi i zawsze we mnie wierzył. Oczywiście podziękowałem na zasadzie „dzięki”, bo nie wiedziałem, co z tym zrobić. Po powrocie do domu uderzyło mnie to i po prostu się popłakałem. Najwidoczniej potrzebowałem tych słów i dodało mi to skrzydeł, by żyć jeszcze mocniej. 
I nagle zmarł. Zawał serca. Moja opoka spokoju i zrozumienia zniknęła. Nigdy mu za nic nie podziękowałem tak naprawdę i to mnie najbardziej teraz boli. Dzięki niemu nie skończyłem na ławce z browarem albo więzieniu, tylko nadał mi kierunek w życiu. 
Teraz marsz do kogoś, przytulcie i podziękujcie, bo może nie być okazji.

#ObPNJ

Do momentu, w którym poznałam mojego męża, byłam w dwóch bardzo chorych, toksycznych relacjach. Niestety nie umiałam ich w porę zakończyć, bo za bardzo kochałam moich partnerów.
Po paroletniej terapii udało mi się wybrać na partnera, a potem męża – człowieka, który mnie kocha i szanuje.
Tyle że ja nie kocham jego.
Za to kocham naszą dwójkę dzieci i to poczucie, że wracam do domu, w którym nie zaskakuje mnie nic groźnego i nie muszę się bać, że mój facet leży pijany we własnych wymiotach. Nie muszę też się martwić tym, że połowa wypłaty zostanie wydana na alko, trawkę i gry komputerowe.
Nie kocham mojego męża, ale jestem z nim szczęśliwa.

#cipK1

Moi rodzice pilnowali mnie jak Norek Krawczyka przy obiedzie. Chłopaków zero. Ucz się. Przyjaciele nie mają sensu. Ucz się. Jakie imprezy? Ucz się.
No i się wyedukowałam.
Poznałam na tych uczelniach męża. Jesteśmy ogarnięci, samodzielni i szczęśliwi. Wzięliśmy ślub, wesele było cudne. Rodzice dumni. Czekają na wnuka. Sugerują. Kuksańce, przytyki i głośno wypowiadane „życzenia rozwoju”.
No ale przecież jestem wyedukowana, co nie? Wiem, skąd się biorą dzieci, jak ciąża wyniszcza organizm i jak wygląda ta „rodzinna sielanka” – przecież rodzice pokazali mi, jak cudnie wychowuje się strachem, wymaganiami, porównywaniem i oczekiwaniami.

Mąż zrobił wazektomię. Nigdy się nie przyznamy, prędzej powiemy, że bezpłodność dotknęła i nas. Jesteśmy wolni i szczęśliwi, a z oczekiwań kochanej rodzinki mamy zdrowy ubaw.

#7XK0d

Mój mąż ma dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa. Poznaliśmy się, gdy był już po rozwodzie. Jeszcze rok temu, gdy braliśmy ślub, nie widziałam żadnego problemu w tym, że ma dzieci. Oczywiste dla mnie było, że to ich ojciec, że ma je kochać, dbać o nie i się z nimi spotykać.

Z dziećmi męża widuję się rzadko. Mimo starań z mojej strony, prezentów, uśmiechów, serdeczności, raczej za mną nie przepadają. Ja natomiast nie przepadam za byłą żoną męża i dlatego na spotkania z dziećmi mąż jeździ sam. Na początku jeździł dwa razy w tygodniu, teraz mam wrażenie, że więcej czasu spędza z nimi niż ze mną.

Praktycznie codziennie mąż dostaje telefony od dzieci albo byłej żony: „tato, przyjedź”, bo albo „trzeba dzieci gdzieś zawieść”, albo „musisz mi pomóc z matmy, bo mama nie umie wytłumaczyć”, albo „może pójdziemy do kina”.
Niestety jego była żona niczego nie ułatwia. Też sobie kogoś znalazła i mam wrażenie, że poza tym, że dzieci mieszkają z nią, wszystko zwaliła na męża. Bo on rano zawozi je do szkoły, odbiera za szkoły, a popołudniami i tak do nich jedzie. Na wywiadówki on, na wycieczki szkolne on, na zakupy z dziećmi też on. Kiedyś usłyszał od byłej żony, że skoro on ułożył sobie życie, ona też może i niech się nie wykręca od odpowiedzialności. Nie wykręca się, opisałam wyżej, jak to wygląda, no i przecież płaci co miesiąc alimenty.

Kocham mojego męża, to cudowny człowiek. Wiem, że on też mnie kocha. Zawsze, gdy mamy wieczór dla siebie, stara mi się wszystko wynagrodzić... a ja staram się wszystko rozumieć i nie utrudniać pretensjami i żalami, ale mnie i męża zaczyna to już trochę męczyć... Przed chwilą mąż dostał telefon, tym razem od byłej żony, że „dzieci trzeba zawieźć do kolegi” (dodam, że ona również ma prawo jazdy). Stwierdził, że pojedzie i rozmówi się z byłą, bo tak dalej być nie może... Mam nadzieję, że się uda, bo kocham męża i nie chcę, by musiał wybierać między mną a dziećmi. Mnie zresztą z tą sytuacją również jest coraz ciężej. Trzymajcie kciuki.
Dodaj anonimowe wyznanie