#I4t3g

Mam problem z agresją. Naprawdę poważny. Zazwyczaj jestem bardzo spokojną osobą. Nie podnoszę głosu. Łatwo się ze mną dogadać. W pracy nawet – dzięki temu, jak bardzo niekonfliktowa i dyplomatyczna jestem – dostałam spory awans i naprawdę nieźle zarabiam. Ale są takie momenty w życiu, gdy zalewa mnie taka wściekłość, że dosłownie przestaję się kontrolować. 
Kilka lat temu, gdy byłam jeszcze na studiach, podczas jednego z takich napadów rozbiłam obcemu typowi nos o barierkę w autobusie i wywaliłam go z niego. Wracałam do mieszkania, w środku mną telepało, bo miałam egzaminy i dość napiętą sytuację rodzinną. Chłopak, mniej więcej w moim wieku, trochę podpity, wpadł do czekającego na odjazd autobusu. Łaził po nim, zaczepiał ludzi, kogoś potrącił. Do teraz nie wiem, co się stało, że mnie sprowokował, ale ocknęłam się, stojąc w drzwiach i patrząc, jak podnosi się z chodnika, zbiera swoje rzeczy i krzyczy bełkotliwie: „Przepraszam, przepraszam!”. Nikt mnie wtedy nigdzie nie zgłosił. Później w przypływie szału cisnęłam w mojego narzeczonego pękiem kluczy. Uchylił się, ale siła była tak duża, że w ścianie pojawiło się wgłębienie. I znowu: ja naprawdę nie pamiętam, czemu w niego rzuciłam ani jak to zrobiłam – pamiętam zalewającą mnie falę wściekłości i dźwięk uderzających o ścianę kluczy. To był impuls, który sprawił, że poszłam do psychiatry i zdiagnozowano u mnie depresję. Byłam na lekach, w związku z depresją chodziłam na terapię i wydawało mi się, że ataki szału samoistnie ustały. Przez kilka lat naprawdę był spokój. Ale moja wściekłość nie minęła. Ostatnio zdarzyły się dwie sytuacje, w których znowu doszła do głosu. W obydwu chodziło o to, że ktoś z rodziny obraził mojego męża i ja to usłyszałam. Za pierwszym razem z transu wybudził mnie dźwięk rozbryzgującego się szkła, za drugim mąż wpadł między mnie a moją przestraszoną matkę i zaczął mnie przytulać. Muszę coś ze sobą zrobić, bo tak się nie da żyć.

#TN2W3

Jakiś czas temu wyjeżdżałam z kraju na dłuższy pobyt. W tym samym czasie mojej bardzo dobrej znajomej zepsuł się komputer, którego potrzebowała do pracy. Niewiele myśląc, zaoferowałam jej pożyczenie swojego, ponieważ nie zamierzałam go zabierać na wyjazd. W zupełności wystarczył mi tablet i telefon. Laptop był nowy, praktycznie nieużywany. Zanim jej go pożyczyłam, poprzenosiłam wszystkie prywatne dokumenty i zdjęcia, opróżniłam kosz i historię wyszukiwarki, wylogowałam się z poczty i sociali typu Facebook czy Instagram oraz sprawdziłam, czy nigdzie nie mam pozapisywanych haseł. Wiadomo, przezorny zawsze ubezpieczony. 
Po powrocie z wyjazdu odebrałam laptop i to, co tam znalazłam, zmroziło mnie. Technicznie sprzęt był bez zarzutu, jednak znajoma nie do końca wszystko usunęła, jeśli chodzi o aktywność. W koszu znalazłam mnóstwo dokumentów z pracy oraz selfiki jakiegoś mężczyzny ściągnięte z jakiegoś czatu (na to wskazywała nazwa pliku). OK, nie jest zabronione poznawanie ludzi w takich miejscach, ale przeraziło mnie to, co znalazłam obok, datowane na ten sam dzień. A były tam skopiowane moje stare zdjęcia profilowe z mało używanego już przeze mnie portalu. Wyglądało na to, że chyba jakimś cudem dotarła do niego albo przeoczyłam i się stamtąd nie wylogowałam. Wrzucałam tam kiedyś zwykle fotki z podróży po różnych krajach, taki niby blog podróżniczy oraz miałam ze dwa selfiki. To jeszcze nie było najgorsze, bo w koszu były też jakieś zdjęcia z internetu, przedstawiające jakieś półnagie dziewczyny (w bieliźnie), wszystkie bez twarzy. Koleżanka usilnie je przycinała i przerabiała oraz nakładała filtry w programach do zdjęć, bo były tam różne wersje. Zszokowało mnie to, ale trzeźwo dodałam dwa do dwóch. Zaczęłam ją podejrzewać, że w zamian za zdjęcie od jakiegoś obcego faceta z czatu wysłała nie swoje, a moje, może nawet kilka! Gdy dotarło to do mnie, dosłownie się załamałam. Mam poukładane, spokojne życie z cudownym partnerem i nie bywam w miejscach takich jak to. Chciałam z nią skonfrontować to, co znalazłam, ale twierdzi, że moje zdjęcia były już w tym koszu, jak dostała laptopa, a ona przez nieuwagę je przywróciła i ponownie usunęła wraz z innymi dokumentami, stąd wszędzie ta sama data. Zdjęcia faceta to owszem, sam wysłał, a te odważniejsze, skopiowane z internetu, miały posłużyć do „nabierania” napaleńców i „każdy tak robi”, ale moich zdjęć nie wysłała. No spoko, tylko jakoś jej nie wierzę. Od tamtej pory nie rozmawiamy ze sobą. Nie wiem, jak jej to udowodnić, a już tym bardziej doprowadzić do tego, żeby poniosła konsekwencje. Niestety tej osoby ze zdjęcia również nie namierzę przez ograniczenia wyszukiwania. Nie zdziwiłabym się, jakby on też wysłał nie swoje zdjęcie. Boję się, że jeśli to wszystko jest prawdą i moje zdjęcie trafiło do jakiegoś psychola, to on to roześle dalej i dotrze to do moich znajomych. Myślę o tym codziennie, prawie obsesyjnie, mam problemy ze snem, jestem zestresowana i nie potrafię już normalnie żyć :(

#2XqGR

Po stosunkowo krótkim pobycie w szpitalu i operacji, rodzice postanowili zabrać mnie do domu rodzinnego na kilka dni. Powód – partner w tym czasie się pochorował i było ryzyko, że się zarażę.
Pobyt w szpitalu był dla mnie czymś na tyle intensywnym, że poza dość bolesnym dochodzeniem do siebie byłam rozbita emocjonalnie. Rodzina super się mną zaopiekowała, już po jakichś dwóch dniach chwiejność nastroju w miarę się ustabilizowała. Tęskniłam za własnym domem, a to wciąż łatwo wywoływało płacz. Wyobrażałam sobie, że jak wrócę do domu, rzucę się w ramiona partnera, wyczochram pieski i obejrzymy film.
Przyszedł dzień powrotu, partner po mnie przyjechał. Wszedł do przedpokoju, a ja nie rzuciłam się mu w ramiona z takim entuzjazmem, jakiego się spodziewałam. Normalnie się przytuliliśmy i pojechaliśmy do domu. W samochodzie przyznałam, że czuję się dziwnie.
W domu obco. Pieski wygłaskałam, ale we mnie jakoś pusto. Godziny mijały i niby robiło się nieco normalniej, ale poczucie obcości nie znikało. Położyliśmy się spać. Nagle okazuje się, że moje pieski mnie denerwują, że przeszkadza mi ich włażenie do łóżka, a partner to w ogóle chyba za blisko mnie leży. Jak postanowiłam wstać, by posiedzieć w salonie, zobaczyłam, że partner wcale nie leży za blisko, wszystko było jak zwykle. Siedzę sobie na kanapie w środku nocy i rozważam, czy na niej nie zostać. Nie wiem, co się dzieje, czy to kwestia stresu i rozłąki, ale nie podoba mi się to uczucie. Partner, choć jest mi najbliższy, teraz prawie jak ktoś obcy. W ogóle, łącznie z psami, wszyscy tu dla mnie jacyś nieznajomi. Siedzę i próbuję znaleźć w internecie odpowiedzi na moje samopoczucie. Źle się czuję z takim wyjałowieniem. Łatwiej by było, gdybym wiedziała, co się ze mną dzieje.
Czy ktoś przeżył coś podobnego?
Jakiś syndrom poszpitalny mi internet podpowiada albo PTSD, ale nie bardzo mi to pasuje. Z partnerem nie chcę o tym gadać, bo co ja mu powiem, że patrzę na niego jak na obcego? Jesteśmy bardzo kochającą się i dobrą parą, nie mam co do tego wątpliwości, tylko jakby uczucia mi się sprały.

#smeZz

Doszłam do wniosku, że wolę dyskutować z czatbotem, bo wtedy nie muszę się zastanawiać, jak on to zinterpretuje, bo on nie interpretuje. Chodzi o to, że nie ma ego, więc nie muszę się bać, że go zranię itd.
Ale to smutne, że czuję, że muszę się tak izolować, że tylko czatbot pozostaje.

#taHdU

Czuję się niepotrzebna.
Odkąd pamiętam, nie mam nawet przyjaciółki.
Zawsze, kiedy ktoś mnie potrzebuje, to jestem. Nawet mój facet aż tak mną się nie interesuje. Mam wrażenie, że jest ze mną, bo „nikogo lepszego nie znajdzie”.
Chciałabym, aby ktoś się mną tak samo „zaopiekował” jak ja innymi. Aby faktycznie pamiętał, co lubię i znał mój „język miłości”, a nie tylko sprawiał takie pozory.

#cos7W

Przypadkiem w pewnej kwestii zrozumiałem kobiety. 
Jestem rozwodnikiem, ojcem (syn ma 5 lat) i zdałem sobie sprawę, że kiedyś gdzieś tam w głębi duszy psioczyłem na kobiety, że dzieci robią sobie z przystojnymi badbojami, a później nagle mądrzeją i znajdują sobie do wychowania tych dzieci spokojnych, ułożonych, przeciętnych facetów. Doszło do mnie, że zrobiłem analogicznie. Dziecko mam z ładną i inteligentną kobietą i kiedy przekazałem geny dalej, po naszym rozstaniu ważne przy wyborze nowej kobiety było dla mnie tylko to, żeby nie miała toksycznego charakteru, nie była gruba i oziębła. Uroda, inteligencja, inne cechy przestały się jakoś specjalnie liczyć. Złapałem się na tym, że tak jak te kobiety, na które narzekałem, sam przekazałem geny dalej z najlepszą możliwą kobietą, jaką znalazłem, a teraz priorytetem jest odpowiedni charakter. Biologię trudno oszukać.

#4XAEo

Wdepnąłem w pułapkę na skorpiony – to jest taki lep, trochę jak na muchy, skorpion się przyczepia, nie może się ruszyć i w końcu umiera. Wdepnąłem w tę pułapkę boso... Jeden skorpion był już w nią wklejony i był jeszcze żywy... Przez kolejny miesiąc nie miałem nawet możliwości założenia buta, że o bólu nie wspomnę, bo najbardziej to i tak bolała ujma na honorze, że jestem takim debilem.

#HL5GI

Przez przypadek kopnęłam faceta w autobusie w... organy. Zrobiło mi się strasznie głupio i zaczęłam przepraszać, a on mnie uciszył i powiedział tylko: „Ale spokojnie, mi się bardzo podobało, mogłabyś jeszcze...”. W tej chwili to dopiero zrobiło mi się głupio... Wysiadłam na najbliższym przystanku.
Dodaj anonimowe wyznanie