#5TpOW

Droga jest pełna chamów i buraków. Tak się złożyło, że pracuję w stałym miejscu, 7 km od domu. Samochodem jeżdżę przez zimę, w kiepską pogodę lub gdy muszę jechać gdzieś dalej lub na zakupy, bo zazwyczaj więcej stoję w korku, niż jadę. Komunikacji miejskiej szczerze nienawidzę, więc doszedłem do wniosku, że najrozsądniejszym środkiem transportu jest rower, ale oczywiście nic nie jest takie piękne w Cebulandii. Nie ma żadnego dnia, w którym jakiś baran za kółkiem nie wpieniałby mnie. Mam świadomość, że rowerzyści też są przeważnie denerwujący i czasem pchają się tam, gdzie nie powinni. Sam lubię też zasuwać autem, ale niektórzy po prostu jadą po bandzie, zasuwają 100 km/h przez miasto, wymuszają pierwszeństwo, wpychają się na chama, gdzie się da, a jak jedziesz obok rowerem, to jesteś największym wrogiem, intruzem na jezdni i trzeba cię obtrąbić, a najlepiej zepchnąć do krawężnika. Zauważyłem również tendencję, że im droższy samochód, tym większy prostak za kierownicą. Jeżdżę przeważnie ulicą z kilku powodów, m.in. dlatego, że stan niektórych ścieżek jest opłakany, przechodnie wtryniają się pod koła i o ironio, stoją na niej zaparkowane samochody, więc nie mam innej możliwości niż zjechać na jezdnię. Ale zaraz taki tępak, zamiast jak cywilizowany człowiek wyminąć mnie, musi mnie obtrąbić, zwyzywać od najgorszych i zajeżdżać drogę. Nie mogę tego po prostu pojąć, skąd takie buractwo bierze się na drogach. Czy tacy kolesie mają problem z wykonaniem prostego manewru na drodze, czy czują się tak cudownie, mogąc sponiewierać jakiegoś pedała (tak raz zostałem nazwany) na rowerze? Bo wnerwia mnie to już niesamowicie.

#w2A8c

Jestem nauczycielką w szkole podstawowej. Uczę angielskiego klasy 1-8. Szkoła mała, ok. 100 dzieciaków. Można by pomyśleć raj, ale ja codziennie zastanawiam się, jak wytrzymałam te 4 lata.
Są dni, że idę do pracy i dzień leci; lekcje OK, lecz coraz częściej stresuję się, boli mnie brzuch (nawet jak pomyślę o pracy). Nie wiem, jak długo wytrzymam... Staram się nie zanudzić uczniów, pracujemy w grupach, oglądamy filmy, tik toki, wymyślam zadania interaktywne... A i tak coraz częściej, zamiast realizować materiał, muszę przywoływać do porządku, prosić o nierozmawianie. Mam wrażenie, że właśnie taki archetypowy nauczyciel, który krótko trzyma dzieciaki, jest najlepszym rozwiązaniem. Te wszystkie nowe modele nauczyciela nie sprawdzają się...
Do tego ilość obowiązków poza lekcjami. Tony papierów (gdybym była wychowawcą, to jeszcze więcej) to istny kosmos momentami... Siedzę po nocach i tworzę.

#ceIpx

Nikt oprócz rodziny (no i może paru sąsiadek i pań z okolicznych monopolowych) nie wie o alkoholizmie mojego ojca. Wiele osób wylewa tutaj żale wobec ojców, którzy swoim nałogiem zniszczyli im dzieciństwo, ale mało kto skupia się również na roli biernej matki.

Ojciec pił, od kiedy sięgam pamięcią. Pił, kiedy się urodziłam, pił, kiedy moje kilkanaście lat starsze rodzeństwo się rodziło, ba, pił, nawet gdy poznał moją mamę. Nie był co prawda typem alkoholika, który codziennie chleje wódkę i leję swoją rodzinę. Nigdy na nas ręki nie podniósł, całe życie pracował i przynosił wypłatę (uszczuploną o parę stówek na alkohol), która starczyła na normalne życie. Jednak kilka do kilkunastu piw dzień w dzień wystarczyło, żeby zniszczyć mi dzieciństwo. Oprócz ojca w stanie upojenia, pamiętam wieczne awantury powodowane jego cholerycznym charakterem (zawsze inne zdanie od wszystkich i to on miał rację). Ile razy moja mama i rodzeństwo, którzy przyprowadzali znajomych, musieli się wstydzić – nie zliczę (ja w nastoletnim wieku już nikogo nie zapraszałam).

Może ktoś pomoże mi zrozumieć, co kierowało kobietą, która przez niemal 40 lat nie zostawiła takiego człowieka? Z pewnością nie była to miłość, bo o ile mama zawsze okazywała nam dużo matczynej czułości, to nie kryła się z tym, że ojca nigdy nie kochała. Co usłyszało dziecko na pytanie, jak się poznali i wzięli ślub? „Nie kochałam ojca, powiedział, że się zabije, jak za niego nie wyjdę”. Dodam, że była młoda i piękna, więc nie związała się z nim z desperacji. Przez całe życie nie ukrywała również, że jest nieszczęśliwa. Jednym z moich najwyraźniejszych wspomnień z dzieciństwa są wczasy z wujostwem, gdzie dorośli popili, a ja leżąc w łóżku, zza zamkniętych drzwi usłyszałam, jak to mama marzy o tym, żeby wziąć do kieszeni 1000 zł i pójść na plażę, żeby ktoś ja napadł i uciął jej łeb. Nie wiem co gorsze: życie z alkoholikiem czy ze świadomością, że twoja mama po cichu marzy o śmierci? Czy tkwiła w tym toksycznym małżeństwie z uwagi na „dobro” dzieci? Ojciec nigdy nami się nie zajmował, a my go nie szanowaliśmy i nie szukaliśmy z nim kontaktu. Może więc bała się, że sama sobie w życiu nie poradzi?

Nie jestem w stanie zrozumieć postępowania nie tylko mojej mamy, ale każdej kobiety, która tkwi w związku z alkoholikiem. Oczywiście to ojca winię za skrzywienie psychiki, ale do mamy mam żal. Nigdy jej tego nie powiem, bo wiem, że sama się w życiu nacierpiała i może myślała, że jeszcze bardziej skrzywdziłby nas brak ojca. Do niedawna wmawiałam sobie, że sytuacja w domu po mnie spłynęła, ale w końcu człowiek nie rodzi się z poczuciem bycia gorszym, chorobliwą nieśmiałością i wiecznym poczuciem wstydu. Łudzę się, że „wyrzucenie” z siebie tego tutaj w jakiś sposób pomoże mi w uporaniu z żalem.

#yYrcz

Gdy byłem w wieku dojrzewania, marzyłem o zbliżeniach z moją 11 lat starszą siostrą, moimi kuzynkami, ciotkami i partnerkami kuzynów (przedział wiekowy 16-40 lat). W sumie teraz, paręnaście lat później, nadal patrzę się na nie w ten sposób, mimo iż każda ma męża (ja partnerki nie mam), ale dla uspokojenia waszych nerwów powiem, iż nigdy bym od nikogo nic nie wymusił i brzydzę się przemocą.

Mało?

Gdy miałem 17 lat, po imprezie rodzinnej wracaliśmy do domu. Tak się złożyło, że do jednego auta musiało wejść 6 osób, to zdecydowano, że kuzynka Monika (lat 24) usiądzie mi na kolanach. Gdy tylko usiadła to... sprzęt był gotowy do użytku. Oczywiście to poczuła, spojrzała na mnie i się uśmiechnęła. Co jakiś czas na mnie spoglądała z uśmiechem, ale co mogła zrobić.

Ciekawe, czy takich jak ja jest w mojej rodzinie więcej.

#ePIqK

Na studiach wynajmowałam mieszkanie ze znajomym i dziewczyną, która była pedantką. Pierwszą jej czynnością po powrocie z uczelni było posprzątanie swojego pokoju. Miała swoją oddzielną szmatkę, środki czystości, a nawet mopa. Do łazienki zawsze chodziła z chusteczkami do dezynfekcji. Zazwyczaj jej obsesja skierowana była tylko do jej pokoju, jedynie w czasie swojego tygodniowego dyżuru wyżywała się też na reszcie mieszania.
Co w tym anonimowego?
Otóż moja współlokatorka dostawała szewskiej pasji na widok poplamionych blatów i podłogi. Nic jej tak nie potrafiło rozsierdzić, jak plama z błota na parkiecie czy rozlane mleko na blacie. Wpadała wtedy w szał i sprzątała całe pomieszczenie, nieważne, czy to był jej tydzień, czy nie (zazwyczaj słusznie dochodziła do wniosku, że nie jest naszą sprzątaczką i nie sprzątała w nasze tygodnie dyżuru). Kiedy więc miałam zapierdziel na uczelni i nie miałam czasu/siły na sprzątanie w czasie mojego tygodnia, niby przypadkiem wychodziłam z mokrymi rękami z łazienki, żeby nachlapać w korytarzu, czy rozlewałam kleistą substancję na blacie. Tym sposobem moja biedna współlokatorka sprzątała za mnie i w moim tygodniu.
Oczywiście zwalam winę za brud na drugiego współlokatora, razem z nią psiocząc na jego niechlujność.

Nikt nie wie, że to ja z premedytacją maziałam dżemem po stole. Nikt.

#ZlBJ5

Samotnie wychowuję córkę. Tatuś? Od dwóch lat nie mamy kontaktu, alimenty owszem, przesyła, bo sąd kazał. Człowiek toksyczny, więc dla mnie zdrowiej, dla córki... zobaczymy. Pracuję, realizuję pasję i daję z siebie córce, ile mogę, w dużej mierze dzięki pomocy moich rodziców. Ostatnio bardzo zabolało mnie sformułowanie, że samotne matki to najgorszy materiał na partnerkę, że tylko hajs się liczy. Ja rozumiem, że nie każdy facet jest gotowy lub nie chce wchodzić w relacje ze mną, dzieciatą laską. Nie mam o to żalu. Sama nie wychodzę często na randki i raczej unikam zapoznawania córki z kimś, kiedy sama nie wiem, jak relacja się potoczy. Co jednak obserwuję... Pominę fakt, że faceci są jednokierunkowi. Tych od razu odsiewam. Chyba że akurat na takiej relacji mi zależy. Jednak zawsze, gdy pojawiają się trudności, oni odwracają kota ogonem – że mi zależy tylko na kasie, że nie będą inwestować w cudze dziecko, że nie stać ich, aby mnie utrzymać.

Serio? To ja utrzymuję siebie, dziecko, dom. Ogarniam wszystko. Sama. Stać mnie na życie i na przyjemności. Nie szukam sponsora. A taki facecik, już to wyczuwam, najchętniej zwykle wkręciłby się w moje życie, może zamieszkał z nami, nie płacąc oczywiście rachunków, nie robiąc zakupów itp... Jak drugi dzidziuś. Tylko duży i jeszcze stawiający żądania, a ja miałabym go w dupę cmoknąć za to, że raczył na mnie spojrzeć? A gdy próbuję sugerować, że to chyba nie tak, że związek to partnerstwo, to leci śpiewka: bo chodzi o kasę. Bo mamuśki takie są. Wtf? Serio, kobiety w mojej sytuacji, które znam, to najbardziej ogarnięte życiowo kobiety. Choć pewnie i innych nie brak, ale na szczęście ja ich nie znam.

Wkurza mnie fakt, że wiecznie przypina mi się łatkę desperatki, której chodzi tylko o pieniądze. Albo żeby być z kimkolwiek. I że powinnam być wniebowzięta, że w ogóle ktoś na mnie spojrzał. I jakim prawem w ogóle czegoś oczekuję? Ewentualnie wszyscy bardzo mi współczują. No i tekst tygodnia po tym, jak zapłaciłam za pewnego pana w restauracji – oszukuję go. Powinnam być biedna. I na pewno jestem, tylko udaję, aby go złapać... na dziecko. Kolejne. Ech...

#jrHXA

Dziś zaczęłam pracę w restauracji jako kelnerka. Lokal nosi nazwę „Maciej”, od imienia jego właściciela. Zraziłam się do tej roboty już po kontakcie z pierwszym klientem, który już z daleka wyglądał jak jakiś przyczajony perwers. Kiedy podeszłam do niego w fartuszku ze znajdującą się na prawej kieszonce naszywką z nazwą restauracji, ten sukinkot ostentacyjnie oblizał swoje usta i zapytał, jak ma na imię mój drugi cycek.

#akvtb

Wszystko zaczęło się w siódmej klasie... Na polskim nauczycielka kazała mi usiąść z chłopakiem, nazwijmy go Mateusz. Nie lubiłam go. Był takim klasowym klaunem. Zaczęliśmy się lubić dopiero pod koniec siódmej klasy, spędzaliśmy coraz więcej czasu na przerwach razem, siadaliśmy ze sobą nie tylko na polskim itp. I wtedy się zakochałam i wydawało mi się, że on we mnie też. Nie był on jakiś najładniejszy, ale lubiłam go za jego poczucie humoru. Właśnie, „lubiłam”.
Wakacje spędziłam dobrze, nie myślałam o nim. W 8 klasie nasz kontakt się polepszył, i to o wiele. Zaprosiłam go na urodziny, ale wtedy zauważyłam, że jest coś nie tak. Mało się odzywał, a przynajmniej do mnie. W końcu przestał się odzywać, nie siadał koło mnie na przerwie itd., nawet znalazł sobie jakąś nową przyjaciółkę, co mnie wkurzyło najbardziej. Napisałam do niego podczas ferii, dlaczego się nie odzywał, ale nawet nie odpisuje. Wydaje mi się, że już mało go obchodzę :(
Dodaj anonimowe wyznanie