Moja przyjaciółka ekscytuje się każdymi świętami. Zapytałam ją więc, gdzie planuje jechać w najbliższe święta. Pomyślałam, że pewnie do babci, do jedynego wujka i oczywiście do teściów. Na co ona: Do teściów tak. Do wujka nie, bo on miał różne choroby w pracy i do babci nie, bo nie mam po co...
Myślę sobie – masz jedną babcię, zawsze czekałaś, aż dostanie emeryturę, żeby ci sypnęła groszem.. Na własny ślub powiedziałaś jej, że ma grubą kopertę przygotować, a teraz, jak jej zdrowie jest w złej kondycji, to nie masz po co do niej jechać?! (dodam, że jej babcia żyje we własnym świecie, nie ogarnia rzeczywistości, zapomina się bardzo i ma kiepski słuch, jej mąż podobnie).
Przyjaciółka odpisała mi: I tak się z nimi nie dogadamy, trzeba będzie się drzeć, a po co mi dodatkowe nerwy. Po za tym idą święta, ale to nie oznacza, że mam jeździć po rodzinie...
Trochę mnie zaskoczyła, bo chwali się w internecie ozdobami czy wypiekami, jakby to był główny znacznik świąt... Wiem, co to znaczy żyć z człowiekiem w takim stanie jak jej babcia. Moja (świętej pamięci) przez około 6 lat żyła w znacznie gorszej świadomości, a raczej nieświadomości. Mieliśmy wtedy piekło w domu. Ledwo funkcjonowaliśmy. Wiecznie były krzyki, wrzaski i awantury. Nikt nie chciał nas odwiedzać „bo z babcią nie da się dogadać”. My mówiliśmy o niedzieli, a ona o wujku dziadka Józka z drugą żoną kuzyna Wieśka z psem. Moja babcia miała sporo wnuczek i wnuków, doczekała się 12 prawnucząt. Niektóre wnuki nie były u niej ani razu w ciągu dwóch lat. A gdy wiedziały, że jej stan się pogarsza, to tym bardziej nie przyjeżdżały.
Gdy umarła, był płacz i zgrzytanie zębów oraz zadawanie pytania DLACZEGO TAK SZYBKO?
Ja rozumiem, że ludzie są różni i każdy inaczej znosi daną sytuację. I nie życzę mojej przyjaciółce rozczarowania bądź żalu, jaki czuli członkowie mojej rodziny.
Moja partnerka nigdy nie chciała rozmawiać o naszych byłych, uznawała, że to przeszłość i nie ma co do niej wracać. Po kilku latach jednak zmieniła zdanie, stwierdziła, że chciałaby się o mnie dowiedzieć wszystkiego, bo to jeszcze bardziej scementuje naszą miłość.
Problem w tym, że ja nie mam się czym tutaj pochwalić, jeśli już, to mocno wstydzić.
Miałem tylko jedną byłą, która dodatkowo mnie zdradzała. Wybaczałem jej to dwukrotnie, a rozstaliśmy się tylko dlatego, że to ona zakończyła związek. Byłem wtedy w bardzo słabym stanie psychicznym, miałem pełno kompleksów i moja pewność siebie była poniżej zera, więc podejrzewam, że gdyby ona nie zerwała, to ja bym tego nie zrobił i wybaczałbym jej na nowo za każdym razem.
Szczerze, to nadal tego wszystkiego do końca nie przepracowałem i do tej pory czuję się z tym wszystkim źle. Z jednej strony chciałbym się jej z wszystkiego wygadać, myślę, że takie wyznanie zbliżyłoby mnie do niej znacznie. Obawiam się jednak, że mogłoby ją odrzucić ode mnie po takim wyznaniu i miałoby to odwrotny efekt na nasz związek w porównaniu do zamierzonego.
Mieszkam na wsi w mazowieckim razem z żoną i dwoma córkami. I co jest najważniejsze w wyznaniu - nie jestem katolikiem. Mieszkam na tym samym miejscu, gdzie mieszkał mój dziadek, a później ojciec, oni również nie chodzili do kościoła. I nie, nie jestem muzułmaninem czy żydem, uważam się za chrześcijanina, ale nie należę też do świadków jehowy.
W "mojej" parafii był pewien proboszcz. Jednym słowem, ksenofob. Nienawidził mnie i mojej rodziny, choć nigdy nie wymienił ze mną ani jednego słowa, a gdy mnie widział i nikogo nie było wokół, przyśpieszał kroku, aby uniknąć konfrontacji. Ale do rzeczy.
Na większości nabożeństw zawsze wspomniał o tym, że jestem satanistą, że czytam Koran, żeby ze mną nie gadać, bo opęta szatan, a swoim dzieciom zabronić się zadawać z moimi. Był jakiś wypadek w gminie? Wina Kowalskich (nazwisko zmienione). Powodzie, wichury, grady, częste deszcze? Bóg się mści na mieszkańcach za to, że kociarzy (tak nas nazywają) mają we wsi. Nie ma tygodnia bez wyzwisk w moją lub w żony stronę od właśnie kociarzy, islamistów i wiele innych.
Był taki okres, kiedy ktoś nagminnie wywalał nam śmieci na posesję. Pomyślicie, może policja? Udawali jedynie, że im zależy. Jesteśmy przyzwyczajeni do takiego traktowania, początkowo dzieci przychodziły z płaczem ze szkoły, bo inne dzieci im dokuczały. Chodziliśmy z żoną do dyrektora na skargę. Ale przecież on się nie przeciwstawi księdzu. Zostało nam jedynie przyzwyczaić dzieci i nauczyć radzić sobie z takimi sytuacjami. Myślałem nad przeprowadzką, ale nie zarabiam dużo, a dom nie jest usytuowany w jakimś na tyle atrakcyjnym miejscu, żeby go sprzedać.
No ale nie wszyscy ludzie we wsi są tacy. Mamy także przyjaciół, od których dowiaduję się co ksiądz tym razem nagadał.
Proboszczowi się nagle zmarło. Zawał miał czy coś takiego. Oczywiście zmiana proboszcza, bo co to za parafia bez kapłana. Nie wgłębiałem się w to. Pewnego razu w okresie świąt Bożego Narodzenia, po kolędzie zapukał w moje drzwi ów nowy proboszcz. Wypytywał mnie jak wygląda moja wiara w Boga, na czym to polega itd. Opowiedziałem mu także o moich relacjach z mieszkańcami i zachowaniu poprzedniego księdza. Stwierdził, że to niedopuszczalne i okropne jaki przykład dawał kapłan, naśladowca Chrystusa. Wizyta dobiegła końca.
Minął może miesiąc, a ludzie we wsi zaczęli zachowywać się jak zaczarowani. Zdejmowali czapki mówiąc głośno "dzień dobry", mężczyźni w moim wieku zatrzymywali się i rozmawiali, jakbyśmy się kolegowali od lat. Córki przychodziły co raz to z innymi koleżankami. Znajomi poinformowali nas o tym, że ksiądz na kazaniach mówi, że jesteśmy ich bliźnimi i że należy nam się szacunek.
Oczywiście, że jest lepiej, milej i bez złości. Tylko przykre jest to, że ludzie nie mają swojego rozumu. Idą ślepo za przywódcą nie patrząc na to, że robią komuś krzywdę.
Dzisiaj zmarła moja prababcia, niedługo skończyłaby 99 lat. I nadal nie mogę w to uwierzyć, wydaje mi się, że wszyscy byliśmy pewni, że będzie żyć wiecznie. Mój świat się załamał, gdy dwa lata temu zmarł mój dziadek, też w kwietniu. Mój wuja, też w kwietniu. Czuję się tak bezsilny, patrząc, jak mój ojciec płacze, przytulając go, chcę mu pomóc, ale to nie jest ból, który mogę odebrać.
Wraz z chłopakiem rozbieraliśmy sztuczną choinkę, która i tak za długo stała. W pewnym momencie zapytał mnie, co to za dziwny sopel wisi na jednej z gałęzi. Ja zdziwiona nie wiem o co chodzi, bo nie mam tego typu ozdób, więc chcę to zobaczyć.
I co widzę? Dokładnie na wysokości mojego wzroku wisi ciemnoszare, podłużne coś.
Tym czymś było zaschnięte gówno mojego kota.
Nie wiem jak to gówno się tam znalazło i dlaczego nikt wcześniej tego nie zauważył.
Oryginalnie, nie ma co.
Moja babcia ma problem z gołębiami, które z jakiegoś powodu upatrzyły sobie jej balkon jako idealne miejsce do wicia gniazd. Mało tego - ptaszątka pokrywają podłogę i barierki grubą warstwą gołębiego gówna i przez długie godziny przesiadują pod oknem prowadząc ze sobą ciągnące się w nieskończoność rozmowy. Tym samym doprowadzają babcię do szaleństwa.
Babcia jednak należy do tych staruszek, które mają jeszcze sporo energii, więc nestorka naszego rodu ani myślała pogodzić się z takim losem i wypowiedziała balkonowym obsrańcom wojnę. Kupiła na rynku jakieś takie fikuśne wiatraczki.
Gołębie najwyraźniej miały już do czynienia z takimi sztuczkami, bo furczące na wietrze, odpustowe zabaweczki nie robiły na nich żadnego wrażenia.
Babcia postanowiła więc spróbować innej metody. Pożyczyła od sąsiadki kota, bo w jakiejś "Pani domu", czy innym babskim szmatławcu przeczytała, że zapach sierściucha sprawia, że gołębie spierdzielają, gdzie pieprz rośnie. Przez trzy dni stawiała więc tego starego,wyleniałego pchlarza na parapecie, a ten śmierdziel tylko gapił się beznamiętnie przez okno... wprost na bandę gołębi, które wydawały się śmiać do rozpuku z jego tuszy.
Przedwczoraj babcia przyszła do domu z wielkim, plastikowym krukiem. Sztuczne ptaszysko należy umocować na barierce, a gołębie na sam widok tej monstrualnej, czarnej bestii obsrają się na miętowo (tako rzecze instrukcja). Zamontowała więc kruka triumfalnie przewidując, że czas gołębich rządów dobiegł końca.
Następnego dnia osobiście musiałem to badziewie z balkonu zdejmować. Od dzioba aż po nóżki uświniony był ptasim gównem. Gołębie zorganizowały sobie nocną zabawę i potraktowały babciny gadżet jako regularny kibel. Jeszcze zanim wszedłem na balkon widziałem jak na czubku głowy kruka siedział sobie nadęty gołąb wyzywająco gapiąc się na naszą zdruzgotaną seniorkę.
Jutro babcia idzie do sklepu militarnego po wiatrówkę. Całą rodziną usiłujemy wybić jej ten pomysł z głowy...
Jestem pasjonatką fińskiego. Zaczęłam, kiedy miałam 14 lat, a dwa lata później mama wzięła mnie na wymarzoną wycieczkę właśnie do Finlandii.
Odpoczywałyśmy w jakimś mały barze, gdzie miałam okazję wykorzystać swoje umiejętności językowe. Stres na maksa, bo to pierwszy raz. Wzięłyśmy jakieś dwie potrawy, ja colę, a mama poprosiła, żebym zapytała o kufel piwa dla niej. Gdzieś tam w stresie wyciągnęłam z głowy potrzebne słowa i rozpoczynam. Kelnerka trochę się zdziwiła, kiedy poprosiłam o kufel piwa. Wyglądało to jakoś tak:
- Kufel piwa?
- Tak, to dla mojej mamy, nie dla mnie.
- Mhm, ale kufel piwa?
- Tak, jakiegoś piwa.
- Kufel piwa?
Pomyślałam, że może coś seplenię, więc wyciągnęłam łapę w stronę baru i wskazując na piwo powtórzyłam:
- KUFEL PIWA.
Kelnerka obdarzyła mnie trochę skonsternowanym spojrzeniem, ale zapisała i odeszła. Widziałam, jak zatrzymała się na chwilę przy swojej koleżance, żeby coś tam jej szepnąć.
Po parunastu minutach wróciła z jedzeniem, colą i... z filiżanką.
Tak, z filiżanką.
Zamówiłam FILIŻANKĘ piwa.
Widać było, że kobieta bardzo się postarała, żebyśmy otrzymały najlepszy możliwy serwis, i mama dostała bardzo ładną filiżankę piwa na ślicznym spodeczku.
Teraz już wiem, dlaczego były takie zdziwione. Zastanawiam się czasem, czy do dzisiaj myślą, że w niektórych krajach mają takie dziwne zwyczaje.
Taka sytuacja:
Przebieram się z koleżankami na wf. Obok mnie dwie rozmawiają o miesiączce i tamponach. Nagle jedna mówi:
- No, a jak idziesz sikać, to musisz wyciągnąć i potem włożyć nowego!
- Nooo!!! I potem tyle ledwo zużytych ląduje w koszu!
Na to ja odwracam się i mówię:
- Czemu wyciągacie i wkładacie nowe?
- A co, będziesz z brudnym od sików chodzić?
- Przecież jak sikasz, to ci się nie pobrudzi. Tylko ewentualnie ten sznureczek.
- Co?! To czym ty sikasz? Przecież p*zdą się sika!
Wszystkie koleżanki wokół zaczęły się śmiać.
- Co?! Człowieku, od ponad szesnastu lat jesteś dziewczyną i nie znasz swojej fizjonomii i anatomii?
- No to jak się sika?
Podchodzę do niej i pokazuję jej bok zaciśniętej pięści.
- Patrz. Tu masz p*zdę, a tu masz to, co rodzice nazywali siusiaczką, i tym się sika.
Nie ma to jak dowiedzieć się, że przez całe życie sikałaś nie tym co trzeba (° ͜ʖ ͡°)
Mam największy nos na świecie. No... Może trochę mniejszy. Był to też jeden z moich głównych kompleksów.
Nawet nie wiecie, jaka byłam zdziwiona, kiedy w pewnym regionie Gruzji jego mieszkaniec mi powiedział, iż to dla każdego Gruzina bardzo atrakcyjny nos i że żadna Gruzinka nie powstydziłaby się takiego kształtu.
Wygrałam życie :)
Wczoraj gdy szłam po ulicy, miałam ze sobą kilka grosików. Rozrzuciłam je po chodniku, mając nadzieję, że znajdzie je ktoś, kto będzie ich potrzebował lub po prostu ktoś się ucieszy i zrobię dobrą sprawę. Gdy kilkanaście minut później szłam tą samą drogą, zniknęła każda moneta. Satysfakcja nie do opisania.
Dodaj anonimowe wyznanie