Chciałbym, żeby to był fejk, ale niestety...
Kiedy na łożu śmierci mojego dziadka starałem się, żeby cokolwiek powiedział, wziął głęboki oddech i po tym, jak dwa dni wcześniej zadałem mu pytanie „Po co ...?” (nieważne, o co chodziło), odpowiedział: „Poco to się nogi noco”. Zaśmiał się ochrypniętym głosem i zmarł.
Jadę właśnie autobusem, oprócz mnie i kierowcy jest jeszcze para zakochańców siedząca na ostatnim siedzeniu. Najgorsze i najważniejsze w tym wyznaniu jest to, że właśnie postanowili się ze sobą zabawić (i nie mam tu na myśli przytulania czy całowania), myśląc chyba, że nic nie widać ani nie słychać.
Ludzie, trochę szacunku do siebie i innych, szczególnie że jest 15.00, autobus szkolny, a wy prawdopodobnie jesteście nieletni.
Od dawna mam problemy z trądzikiem. Moja koleżanka poleciła mi pewną maseczkę na twarz, sprzedawaną w saszetkach. Niestety ciężko się zmywa i muszę mieć naszykowaną miseczkę z ciepłą wodą, żeby zamoczyć całą twarz, bo inaczej się ona rozmazuje na mojej twarzy, przez co wszystko jest pobrudzone niebieskim kremem.
Nakładałam to rano i wieczorem, zazwyczaj przed wyjściem do szkoły. I tak pewnego dnia wstałam wcześniej, wyszykowałam się i nałożyłam maseczkę, a że miałam jeszcze sporo czasu, to włączyłam laptopa i pooglądałam jakieś różne filmiki na YT. Zanim się zorientowałam, była już 7, co oznaczało, że jeśli zaraz nie wyjdę, to spóźnię się na autobus. Szybko wyłączyłam laptop, chwyciłam za plecak i pognałam na przystanek. Na szczęście (a może nieszczęście) zdążyłam na autobus. Wchodząc zauważyłam, że ludzie się na mnie dziwnie patrzą, a niektórzy nawet śmieją! Pomyślałam, że mi się wydaje i starałam się nie zwracać uwagi, usiadłam na pojedynczym siedzeniu, słuchając muzyki na słuchawkach. Oparłam głowę o szybę i zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, zrozumiałam o co chodzi – na szybie został ładny, niebieski ślad...
Do szkoły już nie poszłam, wysiadłam na najbliższym przystanku i poczekałam na autobus powrotny. Myślicie, że wychowawca przyjmie takie usprawiedliwienie nieobecności w szkole?
Pamiętam, jak w dzieciństwie bawiłam się z dzieciakami z osiedla w policjantów i złodziei. Gdy byłam złodziejem, wraz z koleżanką „zajmowałyśmy się” policjantami, żeby nasi koledzy mogli wynieść kasę z banku ;)
Nikomu nie mówię, że w wieku 25 lat noszę pieluchy, bo choruję na poważną chorobę jelit. Boję się, że już nigdy nie znajdę przez to drugiej połówki.
Jestem doktorantem na jednej z polskich uczelni humanistycznych, w zasadzie to na końcówce. Jak poznaję nowe osoby, mało komu mówię, co robię. Dlaczego? Bo się zwyczajnie tego wstydzę. Podejście Polaków do kariery naukowej jest co najmniej dziwne. Teksty typu „eee. to takie pisanie książek, nuda” albo „czym ty taki zmęczony jesteś, jak ty tylko siedzisz i piszesz” są na porządku dziennym. Z drugiej strony wkurzam się, bo poszedłem na te studia z pasji, a aktualnie mam ich serdecznie dość.
Uczelnia oraz polski system edukacji zabiły we mnie tę pasję. Obiecywanie złotych gór, a jak przyszło co do czego, to wszyscy się odwrócili. Poza tym aktualnie doktorat nic nie znaczy, mało tego, pozbawia ludzi doświadczenia zawodowego. Ja, że jestem uparty, to pracuję w zawodzie i piszę, dzięki czemu mam doświadczenie poparte latami pracy. Ale jakim kosztem? Odrzucenia prawie wszystkich znajomych, dawnego stylu życia, właściwie nieposiadania czasu wolnego. Kosztem pracy na część etatu i mieszkania w wynajmowanym pokoju, bo nie stać mnie na założenie rodziny i swoje mieszkanie. I co z tego będę miał? Ludzie będą mieli mnie za przemądrzałego dziwaka (choć uważam się za osobę racjonalnie myślącą), moja sytuacja zawodowa nie ulegnie zmianie, satysfakcji z tego na pewno nie będzie. Lata wyrzeczeń, poświęceń, by mieć nic nieznaczące „dr” przed nazwiskiem.
A moi znajomi, mający tylko średnie wykształcenie, pracują w korporacjach, gdzie za mało absorbująca pracę, o czym sami mówią, otrzymują dość dobre wynagrodzenie. Albo posiadają własne działalności, co też bym chciał, ale mnie na to nie stać. I oczywiście brak szans na stałe zatrudnienie na uczelni, czym tak mamiono jeszcze kilka lat temu. Chory kraj, chory system.
Jak wkładałam sobie soczewkę do oka, to przyleciał komar i... wcisnęłam go sobie soczewką w oko.
Z serii zasłyszane w autobusie. Dwóch gimnazjalistów.
- Muszę obciąć włosy, stara mi każe.
- Ej, a wiesz, że włosy są unerwione i jak obetniesz, to będzie ci krew leciała?
Pewnego dnia podszedł do mnie bezdomny. Pomyślałam, że chce poprosić o jakieś drobne, lecz on zrobił coś, co mnie bardzo zaskoczyło.
Poprosił mnie o to, żebym mu powiedziała „dzień dobry”. Dopiero kiedy to usłyszał, to sobie odszedł...
Moi rodzice stronili od alkoholu, jedynie pili coś symbolicznie na uroczystościach.
Jednakże mieli swoje "zielone" upodobania.
Był weekend, położyli mnie grzecznie spać. Szybko wpadłam w objęcia mojej najlepszej kołderki. Niestety, dopadł mnie ten straszny sen, gdzie wysoki, czarny pan stoi w kącie pokoju i perfidnie się ze mnie śmieje. Obudziłam się, usłyszałam głośny śmiech. O nie, on dopadł rodziców!
Szybko wybiegłam z pokoju, wpadłam do salonu i ujrzałam ojca, który zwijał się ze śmiechu na podłodze i czerwoną na twarzy mamę. Ujrzeli mnie i szybko zmienili miny na grobowe, ale i tak nie wyglądali poważnie. Wtem tate przemówił:
- Co się stało, Ewelinko?
- Jakiś czarny pan jest u mnie w pokoju.
- O kurna, Anka. Zamknęłaś drzwi?
Mama nie pamiętała.
Wkręciłam rodzicom, że ktoś jest w domu. Strasznie się tym przejęli. Chociaż nie do końca, bo kiedy zabunkrowaliśmy się w kuchni, zaczęli wyjadać musztardę ze słoików i śmiać się z głupoty włamywacza, bo przecież są biedni. Pamiętam do dzisiaj, że mama nazwała mnie najcenniejszym skarbem, dzięki któremu ta rodzina nie jest aż tak biedna i że nie da mnie ukraść. Po pół godzinie chyba zapomnieli o domniemanym złodzieju i poszliśmy wszyscy spać. We trójkę w jednym łóżku :)
Dodaj anonimowe wyznanie