Mam bzika na punkcie zużywania się rzeczy. Nie mogę się pogodzić z tym, że przedmioty mają swoją określoną żywotność.
W mieszkaniu zostawiam wszystkie szafki i drzwi cały czas otwarte, aby niepotrzebnie nie zużywać zawiasów. Nie jeżdżę szufladami, aby nie wycierać prowadnic. Każde otwarcie lodówki jest wcześniej przemyślane, gdyż za każdym razem zużywa się żarówka i uszczelka. Rzadko wietrzę, bo szkoda mi okien. Podobnie z laptopem – nigdy go nie zamykam. Używam osobnej klawiatury i myszki, żeby nie wybłyszczeć wbudowanej. Jeżdżąc rowerem, staram się wytracać prędkość zawczasu, żeby nie hamować i nie niszczyć klocków. Nigdy nie używam przycisków w swoim smartfonie, tylko odblokowuję go poprzez ekran. Szkoda mi też zatyczki od długopisu, więc nie dociskam jej do końca. Nie kroję nożem, aby go nie tępić. W pracy nigdy nie dotykam łokciami biurka, aby nie wycierać materiału marynarki. Przy chodzeniu staram się przenosić ciężkość na przód stopy, by nie niszczyć obcasów. Śpię za każdym razem na innej stronie łóżka, żeby nie wygniatać materaca miejscowo. Posiadam mnóstwo ubrań i obuwia, w którym nie chodzę, gdyż mi po prostu żal. Mimo że stać mnie na wszystko, używam starych rzeczy aż do granic możliwości. Naprawiam, łatam, nieraz wyciągam coś ze śmietnika.
Wyobrażam sobie, że każde urządzenie ma jakiś licznik, którego stan rośnie z każdym użyciem. Nienawidzę wykonywać czynności, które niepotrzebnie nabijają ten licznik i zużywają rzeczy. Mam wtedy wyrzuty sumienia, że przyśpieszam ich śmierć, a nienawidzę marnotrawstwa. Obsesja staje się coraz mniej zabawna.
To było naprawdę niezamierzone. Przechodziłam obok sklepu z ubraniami i zobaczyłam piękną sukienkę. Nie mogłam się jej oprzeć i po prostu... ją wzięłam. W tamtej chwili nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest to kradzież. Dopiero po kilku minutach zorientowałam się, co zrobiłam i byłam przerażona. Nigdy wcześniej nie kradłam i nie chciałam tego robić. Nie wiedziałam co robić, ale zdecydowałam się pójść do sklepu i ją zwrócić. Przeprosiłam właściciela i zapłaciłam za nią.
Nie wiem co mnie tak omotało, że myślałam, iż mogę sobie po prostu ją ot tak wziąć...
Jako że od wielu lat mamy ten sam numer telefonu stacjonarnego, jest on zapisany również w starych książkach telefonicznych i spisach jakichś firm.
Jedna firma wyjątkowo uparcie do nas dzwoniła i średnio kilka razy w tygodniu zapraszała na jakieś nudne spotkania.
Któregoś pięknego dnia, gdy otrzymaliśmy enty telefon w tygodniu, mój tata odebrał. Nie zdążył nawet powiedzieć „halo”, a pani w słuchawce już wydukała swoją formułkę: „Czy zechcą państwo przyjść na nasze spotkanie dnia tego i tego w miejscu tym i tym o tej porze o tematyce równie nudnej jak moje życie?”. Mój tata odczekał chwilkę, po czym szeptem wypowiedział słowa „Nie przyjdziemy... bo nie mamy nóg”. Pani w słuchawce tylko wydukała „Aha...” i się rozłączyła.
Może i głupie, ale podziałało.
Minęło półtora roku i już nie zadzwonili.
W „niższej” podstawówce, pewnie jak u wielu z was, moja szkoła zamawiała dla uczniów mleko w kartonikach, wedle uznania: kakaowe, truskawkowe lub zwykłe. Ja dostawałam czekoladowe, ale mojej koleżance nie udało się wybłagać rodziców i piła zwykłe. Któregoś dnia zapytała się, czy nie zamieniłabym się z nią swoim mlekiem... Tu pojawił się problem, bo nie znosiłam zwykłego mleka, a moje kakałko uwielbiałam, ale z drugiej strony nie chciałam zrobić koleżance przykrości.
Co jej dopowiedziałam? Że piję kakao, bo jestem uczulona na mleko, więc nie mogę się z nią zamienić...
Dopiero wychowawczyni uświadomiła mnie, że w mleku czekoladowym też jest mleko.
Ostatnio kot mojej sąsiadki nasrał mi do buta, którego miałem na balkonie. Dwa razy z rzędu. Ta mała sierściana klucha myślała, że ujdzie jej to na sucho...
Czasem sąsiadka wystawia swojemu kiciusiowi koszyczek przed dom. Właściwie nie wiem po co, ale nie interesuje mnie to. I na tym właśnie miał opierać się mój plan zemsty na zimno. Gdy zapadł zmrok, udałem się do ogródka sąsiadów w celu oddania mojemu przyjacielowi tego, co ostatnio mi podarował. I chamsko, bez mrugnięcia, złożyłem mu słodki podarunek na różowym kocyku w jego koszyczku z misiem.
Szach-mat, mam nadzieję, że go to oduczy srania mi do butów.
Nie żałuję.
Tu raczej nie ma nic dramatycznego, ale mój chłopak obserwuje dziewczyny, które są naprawdę bardzo ładne, ale boli mnie bardziej to, że obserwuje takie dziewczyny, co wrzucają zdjęcia w bieliźnie. Ostatnio jedna dziewczyna napisała do niego, że chciałaby oglądać z nim film, a on zamiast odpowiedzieć „Nie, mam dziewczynę”, odpowiedział „Naprawdę?”. Staram mu się zaufać, ale nie wiem, czy to ma sens, po prostu mnie to boli.
Wstydzę się, że mam 28 lat i nigdy jeszcze nawet szczerze się nie przytuliłem z kobietą, mimo że wiele razy tego chciałem. I mam przeczucie, że po prostu nigdy to nie nastąpi, a zdecydowanie mi tego brakuje. Mam 158 cm wzrostu i przez ten jeden szczegół czuję się jakbym miał wypisane na czole, że jestem śmietnikiem genetycznym. Za każdym razem, gdy próbowałem nawiązać z płcią przeciwną jakąś interakcję, byłem wyśmiewany lub w lepszym wypadku delikatnie spławiany. Zwykle dziewczyny się na mnie gapią w prześmiewczy sposób, i zresztą nie tylko dziewczyny, a wszyscy ludzie. Na Tinderze zwykle rozmowa się całkiem nieźle klei, dopóki nie napiszę, ile mam wzrostu. Potem para jest usuwana. Jak z paroma koleżankami rozmawiałem na ten temat, to mi mówiły, że przy ludziach byłoby im wstyd się pokazać z takim niskim facetem i czułyby się ze mną jak z synkiem.
Mam wrażenie, że tak już będzie zawsze.
Śmieszne, ale będąc nastolatkiem, wstydziłem się swojego członka, bo wydawał się być groteskowo duży. Ukrywałem go np. przyklejając plastrem do uda i tak dalej. W dorosłym życiu wiele się nie zmieniło, problemem jest wzwód, bo go w sumie nie ma. Jest jakby nie do końca twardy i tak zwisa w dół, zawsze miałem problemy, żeby po zachwytach kobiety umiejscowić go jak należy. Efekt taki, że w sumie upychałem go do pochwy, a do tego jeszcze stres... Kilka lat temu próbowałem go zmniejszyć, ale według 4 lekarzy zmiana aż o tyle byłaby niebezpieczna dla mnie, ryzyko zwłóknień jest ogromne i mógłbym całkowicie go stracić. Nie ma dobrej opcji dla mnie, nie jestem w stanie wejść w normalną relację z kobietą, więc tak sobie żyję samotnie z przerośniętym kawałkiem mięsa, który jest bezużyteczny, i przez to mam od lat depresję. Wszystko było OK do wieku przed dorastaniem, jak miałem 14 lat, to nic się nie działo, potem, jak mi to mówili, z hormonami musiało się coś pokręcić i rocznie przyrastał jak czyrak na dupie. Do 18 roku życia nawet mi się to podobało, ale już wtedy mój wzwód był nieprawidłowy. Chwaliłem się bagietą w slipach i teraz to kara, bo nie mogę w ogóle uprawiać seksu, w dodatku w lecie okropnie się tam pocę, mam ciągle rany i muszę zasypywać się tonami pudru dla dzieci. Kocham jeździć na rowerze, ale już teraz nie jestem w stanie, bo chociaż przyrost już nie występuje, to zmieniła się grubość penisa przez rozrost ciał jamistych. Jak to pan lekarz powiedział, „teraz idziemy na masę”, i odesłał mnie do domu z maścią przeciwbólową.
Podsumowując: mam ogromnego, ciągle grubiejącego penisa bez możliwości wzwodu oraz osiągnięcia orgazmu, w dodatku ropiejącego od ran. Nic tylko się zabić.
Cztery lata temu przygarnęłam szczeniaczka. Nie miałam pojęcia, co wyrośnie z tej rudej kulki, ale od razu wiedziałam, że gdy osiągnie optymalny wiek, sunia zostanie wysterylizowana. Chociaż to był mój pierwszy psiak, a ja nie miałam nie wiadomo jakiej wiedzy na ten temat chowania psów, w tej kwestii byłam nieugięta. Nie pozwoliłam pokryć suni przy pierwszych dwóch cieczkach (musiałam czekać do następnej z zabiegiem z powodu choroby pieska), i każdemu, kto odradzał mi sterylizację cierpliwie tłumaczyłam, że mieszkam w bloku i nie mogę pozwolić sobie na trzymiesięczny urlop, żeby zająć się szóstką szczeniąt, że nie tak łatwo znaleźć dobry dom dla kundelka, że w schroniskach i na ulicy jest wystarczająco dużo psów (i kotów) i naprawdę nie trzeba mnożyć kolejnych, że sterylizacja zmniejsza ryzyko albo całkowicie eliminuje różne choroby. Niektórzy się ze mną zgadzali, inni nie do końca, ale zawsze rozmowa kończyła się grzecznie. Do wczoraj, kiedy to pewna nowa sąsiadka, pani około 40, posiadająca u siebie w domu dwa maltańczyki z hodowli i z rodowodami (które podobno regularnie rozmnaża), wezwała do mojego domu Straż Miejską. Według niej SKRZYWDZIŁAM PSA, a co za tym idzie, znęcam się nad zwierzętami.
Mandatu nie dostałam, panowie ze Straży po oględzinach pieska (poważnie szukali śladów, które mogłyby wskazywać na to, że zwierzęciu dzieje się krzywda) i zerknięciu w książeczkę stwierdzili, że zaszła chyba jakaś pomyłka. I pojechali.
A skąd wiem, że to ta sąsiadka? Sama mi się przyznała do tego, dodając, że jestem złym człowiekiem i to mnie ktoś powinien wysterylizować bez mojej zgody.
Uwielbiam zwierzęta, ale to już chyba przegięcie.
PS. I nie, nie mam nic do psów czy innych zwierzaków kupionych w hodowli, one też zasługują na dom ;)
Z byłą mieliśmy zabawę, którą nazwaliśmy reanimacją. Byłem na niej, jakbym właśnie miał ją pocałować. Nagle robiłem przestraszoną minę i krzyczałem „Reanimacja!”. W tym momencie przytykałem swoje usta do jej i mocno wdmuchiwałem powietrze. Było to strasznie dziwne uczucie i uwielbiałem ją tak straszyć.
Ona, z drugiej strony, często robiła mi loda, kiedy rozmawiałem z mamą przez telefon.
Dodaj anonimowe wyznanie