Mam 25 lat. W gimnazjum zacząłem wymyślać swój własny świat z mitologią, geografią, historią, legendami, postaciami, religiami i rasami stworzeń oraz roślin. Na początku technikum zacząłem spisywać przygody stworzonych bohaterów. Pod koniec trzeciego roku szkoły, rozpocząłem tworzenie własnego języka, który później wykorzystałem w mojej powieści. W czasie studiów napisałem cztery książki na podstawie wykreowanego przeze mnie świata. Jest tylko jeden, mały problem. Totalnie boję się cokolwiek zrobić w kierunku ukazania ludzkości moich dzieł. Strach przed niedocenieniem mojej ciężkiej pracy jest zbyt duży. Naprawdę jestem dumny z tego co stworzyłem i gdyby ktoś stwierdził, że te książki nie nadają się do wydania, świat by mi się zawalił.
Obecnie mieszkam z rodzicami i szukam pracy. Może ktoś zechciałby zatrudnić niedoszłego informatyka po filozofii?
Pracuję jako wolontariuszka w domu opieki dla starszych ludzi. Nie mogę ukryć, że spędzanie czasu wśród osób, które są bliskie końca swojego życia, jest dla mnie bardzo trudne. Czuję się bezsilna i nie wiem, co mam robić, aby im pomóc. Staram się z nimi rozmawiać, ale często nie mogą się już wypowiadać w sposób dla mnie zrozumiały. Widzę, jak cierpią i jak bardzo brakuje im bliskich.
Czasem myślę sobie, że to ja powinnam znaleźć się w ich sytuacji, a oni wolni od cierpienia. Ale wiem, że nie mogę tak myśleć i muszę być dla nich wsparciem, jak tylko mogę, bo bez względu na to, jak bardzo starzy są, zawsze są ludźmi i zasługują na szacunek i miłość.
Po 2 latach małżeństwa (a sypiamy ze sobą od 3) pierwszy raz miałam orgazm ze swoim mężem! Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Czułam się, jakbym była na jakimś wirtualnym wypadzie w krainie szczęścia i zadowolenia. A potem zaczęłam się śmiać, bo myślałam sobie „wow, to było takie proste, a ja cały czas myślałam, że to jest trudne”. Ale teraz już wiem, że to było tylko kwestią odpowiedniego nastawienia i dobrej komunikacji z nim.
O tym, jak straciłem większość kumpli.
Poznałem ją na imprezie. Dziewczyna mojego kumpla. Piękna, mądra, dobra i... nieszczęśliwa. Wypiła nieco za dużo, kumpel się ewakuował. Zostaliśmy sami i stało się. Nie, nie poszliśmy go łóżka, ale ona rozpłakała się, wyznała mi, jak bardzo jest jej źle z Markiem. Jak ma dość, że on ciągle pije, mimo że jest wysokofunkcjonującym alkoholikiem. Jak ma dość, że musi sama o wszystkim myśleć, wszystko umieć, bo on zawsze się nią wyręcza (bo on mówi, że nie umie), jak czuje się głupia, że na początku wierzyła, że Pana Boga za nogi złapała, bo ją okłamał w wielu kwestiach, ale nie mogła od niego odejść, bo po kilku miesiącach związku on miał poważny wypadek. Wtedy nie mogła odejść, ten anioł codziennie przychodził do szpitala. Myła go, karmiła, pocieszała. A on miał się coraz lepiej. Gdy wyszedł do domu, ona nadal przyjeżdżała, pomagała mu w rehabilitacji, dawała jeść, myła. Gdy już doszedł do zdrowia, zaczął jej wypominać, że jest z nim tylko dla pieniędzy, że powinna być bardziej wdzięczna, że jej wybaczył oskarżenia o alkoholizm. I rzuciła go. Tyle wie ona.
Anonimowe jest to, że ja cały czas działałem. Gdy się kłócili, ja mu przytakiwałem, starałem się pokazać, że ona przesadza, że nie pasują do siebie. Kumpel zawsze był przede wszystkim skupiony na sobie, wykorzystałem to. Wmawiałem mu, że ma prawo korzystać z jej pieniędzy ile chce, że z nią jest problem, że nie chce tyle wydawać na imprezy.
Gdy tylko odeszła, pojawiłem się ja, dobry kumpel, udawałem, że po przyjacielsku chcę pogadać, bo pewnie jej ciężko. Tzn. chciałem, ale ukrywałem, że chcę więcej. Długo ją urabiałem, aż w końcu zaprosiłem na spotkanie, bo na randkę nie chciała się zgodzić, bo jestem kumplem byłego. Teraz jest moja. A były kumpel opowiada, że leciała tylko na hajs, że mieliśmy romans. Większość wspólnych znajomych mnie olała. Boli, ale ich prawo. Ona jest teraz szczęśliwa, ja też. I nie żałuję, że wybrałem ją, nawet za cenę części kumpli.
Kilka lat temu, kiedy jeszcze studiowałam, wyjechałam w wakacje na praktyki do Hiszpanii. Tam poznałam jego - przystojnego i bogatego szefa firmy, dla której pracowałam, starszego ode mnie o prawie dwadzieścia lat. Początkowo byłam nim tylko zauroczona i nie spodziewałam się, że w ogóle odnotował moje istnienie. Jednak któregoś razu pomagałam mu przy jednym projekcie.
Zaczęło się niewinnie, skończyło na dwóch miesiącach romansu. Kiedy wakacje dobiegły końca, on chciał żebym została. Ale miałam jeszcze rok studiów przed sobą, a nie traktowałam tego, co między nami było, poważnie. Za bardzo się różniliśmy, a do tego dowiedziałam się, że jest żonaty. Niby byli w separacji, za chwilę rozwód i tak dalej, ale nie zamierzałam się w to angażować, szczególnie że to była już jego czwarta żona.
Po powrocie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Nie spodziewałam się tego, ale nie byłam zawiedziona, zawsze chciałam mieć dziecko. Powiadomiłam go o ciąży. Niczego nie oczekiwałam, ale uznałam, że powinien wiedzieć. Kilka dni później już u mnie był. Zaproponował, żebym się do niego przeniosła. Początkowo nie chciałam się zgodzić, przecież tu miałam życie i nie zamierzałam się z nim wiązać. Jednak zgodziłam się urodzić w Hiszpanii, ponieważ zaoferował mi miejsce w najlepszej klinice. Moja mama obawiała się tego bardziej niż ja, dlatego skontaktowała się z prawnikiem. Dowiedziała się, że jeśli urodzę tam, to mogę mieć duży problem z zabraniem dziecka z powrotem do Polski. Ponieważ to miało być jego pierwsze dziecko, obawiałam się, że będzie chciał mojego synka zatrzymać. Nie wiedziałam, do czego jest zdolny, przecież na dobrą sprawę go nie znałam. Mama pomogła mi po cichu wyjechać. A on znowu przyjechał. Powiedział, że zapisał wszystkie swoje pieniądze na synka i zobowiązał się płacić niemałe alimenty. Prosił, żebym pozwalała mu się z nim widywać. Ponieważ miał przyjeżdżać do nas, nie było problemu.
Przez trzy lata regularnie Tomka odwiedzał. Zaprzyjaźniliśmy się. Po pewnym czasie zorientowałam się, że się w nim zakochałam. Nie chciałam niczego komplikować, ale pewnych rzeczy nie da się ukryć. Tomek ma już cztery lata, jego tata przeprowadził się do Polski, a za miesiąc bierzemy ślub.
Jako że niedawno zaczęły się Wojskowe Komisje Uzupełnień, także i ja dostałem magiczny list, niestety nie z Hogwartu :/ Tak więc stawiłem się na miejscu, zrobiłem co kazali, pokazałem co trzeba, ale okazało się, że brakowało zaświadczenia od okulisty. Tak więc odesłano mnie do miejscowej przychodni, z magicznym awizo, pozwalającym pokonać wszystkie bariery biurokratyczno-moherowe i wylądować w gabinecie od ręki.
Niestety na miejscu okazało się, że z podobnym papierkiem czeka jeszcze jeden chłopak, więc i tak zostałem zakolejkowany, poza kolejką... Tak więc chłopak wszedł, ja czekam nadal. Aż tu nagle... siedząca dotąd cicho i ukradkiem na mnie spoglądająca starsza pani nagle postanowiła, że przypomni wszystkim dookoła, jaka to fajna była kiedyś młodzież w porównaniu z dzisiejszą. I zaczęła się rozwodzić głosem donośnym na cały korytarz, jak to oni teraz nie poczekają, jak to się ryją i nie ustąpią kolejki starszym, co czekają od iks godzin (sam siedziałem u lekarza niewątpliwie dłużej, bo od 7 rano, jeżeli liczyć kolejkę w WKU). Nie chciałem być niemiły, więc nic nie odpowiadałem, starałem się wyglądać na zaczytanego we własnym skierowaniu do okulisty. Babcia ględziła dalej, aż tu nagle pewien starszy pan się do wszystkich odezwał:
- Antoni wzywa do broni, no nic pani nie poradzi XD
Pani już się więcej nie odzywała, tylko ścięła nas obu po kolei chłodnym wzrokiem.
Nie ufaj temu, co bierzesz do ręki.
Wychodzę z bloku. Patrzę – pada. Wracam do mieszkania po parasol, przewieszam go przez rękę. W przedsionku ubieram rękawiczki. Widzę, że jakaś dziewczyna próbuje wejść do klatki. Otwieram jej i uśmiechając się, mówię „Cześć!”. Jej kąciki lekko drgają i opadają po zmierzeniu mnie wzrokiem. Przechodzi obok mnie bez odzewu. Ignoruję to. Ubieram drugą rękawiczkę, wychodzę z bloku i rozkładam parasol.
To znaczy próbuję go rozłożyć.
Bo jak można rozłożyć LASKĘ DO PODPIERANIA SIĘ DLA DZIADKA?
Był idealny. Inteligenty, przystojny, był dobrym człowiekiem. Nigdy w życiu nie kochałam nikogo bardziej i myślę, że już nie pokocham. Był dla mnie dobry, szanował mnie.
Dlaczego odeszłam? Bo kiedy krzyczał przerażony przez sen, wołał jej imię. Kiedy o niej opowiadał, zawsze miał taki blask w oku, który zabijał mnie codziennie, niszczył od środka. Bo miał czasem zbłąkany wzrok i ja wiem, że myślał o niej. Bo przynajmniej raz w tygodniu zanosił kwiaty na jej grób i potrafił siedzieć tam parę godzin.
Nigdy nie oczekiwałam, że przestanie o niej myśleć, że zapomni o niej. Ja tylko chciałam, żeby pokochał mnie choć w połowie tak jak ją.
Ktoś kiedyś napisał, że nie ma większej tragiczności niż tragiczność żebrania o miłość. Chyba miał, cholera, rację.
Może kiedyś się to komuś zdarzyło, a może i nie, ale ja mam tak, że dwa włosy pod prawą pachą wrastają mi w skórę i muszę najpierw je wydłubać igłą, a potem najlepiej wyrwać pęsetą. Pierwszy raz taki wrośnięty włos odkryłam w gimnazjum i odkryłam go stosunkowo późno. Zdążył urosnąć naprawdę, naprawdę długi, myślę, że miał spokojnie jakieś 4 cm. Wydłubanie go i wyrwanie sprawiło mi niesamowitą przyjemność. Od tamtej pory zawsze czekam niecierpliwie na wrośnięte włosy.
Czytałam gdzieś, że często takie cuda zdarzają się przy goleniu miejsc intymnych. U mnie jest tak samo, sprawia mi niesamowitą satysfakcję wyrywanie takich włosków. Ogólnie lubię też wyciskać krosty. Nie wiem dlaczego, po prostu uwielbiam widok wychodzących z ciała rzeczy i fakt, że opuszczają je dzięki mnie.
Zostałam kosmetyczką, specjalizuję się w oczyszczaniu twarzy :)
Jak co rano wychodzę do pracy, dochodzę do przejścia dla pieszych... i tu zaczyna się historia. Mam ten zwyczaj, że gdy dochodzę do przejścia dla pieszych, zawsze się zatrzymuję, upewniam, czy nadjeżdżające auta się zatrzymają. Ulica jest jednokierunkowa, ale dwupasmowa, więc zanim wejdę upewniam się, że auto na drugim pasie też się zatrzyma. Boję się tego, że gdy zatrzyma się auto z pierwszego pasa, ja wejdę na przejście i gdy na pierwszym pasie będzie bus, autobus, większe auto, auta te mogą mnie zasłonić i kierowca z drugiego pasa może mnie nie zauważyć i potrącić. Chyba normalne i oczywiste, prawda? Zwłaszcza że głośno teraz o wypadkach, gdzie roztargniony pieszy włazi jak święta krowa na pasy, gadając przez telefon itp.
Dziś dochodzę do pasów, zatrzymuję się przed ulicą i czekam, aż będę widzieć, że dojeżdżające auta ewidentnie zwalniają, by się zatrzymać. Auto na pierwszym pasie jedzie szybko, więc czekam, ale tuż przy przejściu raptownie zatrzymuje się i kierowca przez szybę do mnie krzyczy: „Idziesz, ku*wa, czy nie?!”. W pierwszej chwili mnie zamurowało, ale gdy dotarły do mnie pretensje gościa, odpowiedziałam: „Jechał pan bardzo szybko, teraz pan gwałtownie hamował, miałam wejść panu pod koła? Wtedy byłby pan milszy, gdyby mnie pan potrącił?”. Gościu się rozkręcił, krzyczał, a raczej przeklinał o głupich babach itp... I tu niczym bohatera w pelerynie usłyszałam za plecami głos młodego chłopaka: „Dziewczyna ma rację, stała i czekała, żeby bezpiecznie przejść, bo jedziesz jak wariat, hamujesz tuż przed przejściem i jeszcze się drzesz. Jedź stąd i nie psuj mi humor, bo zaraz wyjaśnimy to inaczej”. Kierowca auta coś jeszcze pogulgotal i z piskiem opon odjechał. Podziękowałam chłopakowi, miałam w torebce kilka cukierków, więc mu je dałam.
Po tej akcji tym bardziej będę stała przed przejściem, czekając, aż auto się zatrzyma, dla naszego wspólnego dobra. Czy ktoś to doceni? Człowiek włazi na pasy bez upewnienia się, czy może – źle, gdy ja staram się być ostrożna, zwłaszcza teraz, gdy deszcze, śniegi – też źle. Szanujmy się, tylko tyle i aż tyle.
Dodaj anonimowe wyznanie