#yOvCq

Jako dziecko nie sprawiałam żadnych kłopotów. Byłam posłuszna, dobrze się uczyłam i doskonale rozumiałam, że naszej rodzinie kiepsko się powodzi. Pogodziłam się z tym i nie dopominałam się o zabawki czy słodycze. Mama kupowała mi rzeczy z ciucholandu, a ja je zawsze nosiłam, nawet jak mi się nie podobały, bo wiedziałam, że zwyczajnie nie mieliśmy pieniędzy. Nigdy nie protestowałam ani też nie wstydziłam się, że noszę takie ciuchy.
Któregoś dnia, gdy byłyśmy u ciotki na herbatce, matka pożaliła się jej, że ja nie chcę nosić ubrań z lumpa.

Za dobra byłam, nie sprawiałam kłopotów, to sama je wymyślała.

#7FHSQ

Dziś w nocy moim sąsiadom ukradziono samochód. Sprawa oczywiście zgłoszona na policję. Prostszej sprawy nie mogli dostać, bo auto miało nadajnik GPS i wiadomo było, gdzie się znajduje. Wystarczyło tylko pojechać i je odzyskać. Ewentualnie złapać złodziei. Ale nasza kochana policja, która zapewnia nam bezpieczeństwo, nie miała kogo wysłać.
Na szczęście samochód został odzyskany, bo sąsiad wziął kumpli i postanowił tam pojechać na własną rękę, ale kurna, policja woli łapać poważnych gangsterów przechodzących na czerwonym przez ulicę niż złodziei. Z mandatu łatwiejsza kasa...

#XxLUP

Jako dziecko mieszkałem w bloku na 10 piętrze. W tym wieku miałem już swoje własne klucze do domu i zawsze ze szkoły wracałem sam. Tak samo było tego dnia. Gdy dotarłem pod drzwi swojego domu, bardzo mocno chciało mi się siku. W pośpiechu szukałem swoich kluczy, lecz nigdzie ich nie było. Nie pozostało mi nic innego, jak czekanie pod drzwiami na moją rodzicielkę, jednak parcie na pęcherz stawało się coraz większe. Na klatce schodowej na parapecie stała jakaś plastikowa butelka z resztką soku pomarańczowego. Nie mogąc dłużej wytrzymać, nasikałem do niej i odłożyłem na miejsce, po czym wróciłem pod mieszkanie. Sytuacja nie byłaby warta opisania, gdyby nie to, co stało się dalej. Zapewne część już się domyśla – na piętrze wysiadło kilka moich rówieśników czujących się „panami osiedla”, zaczęli głośno gadać, gdy nagle jedna z dziewczyn chwyciła za butelkę i pociągnęła porządnego łyka. Wiązanki, jaka się wtedy potoczyła z jej ust, nie powstydziłby się sam Linda, a ja próbowałem zniknąć w ścianie, bojąc się o własne życie, gdyby dowiedzieli się, że ja byłem odpowiedzialny za jej przykre doznania. Na szczęście pozostałem niezauważony, więc mogę się nim z Wami dzisiaj podzielić.

Mówi się, że w życiu trzeba spróbować wszystkiego, ja myślę, że tamta dziewczyna nie podzieli tego zdania.

#PE5IV

Nienawidzę swoich dziadków. Mam tego pecha, że normalni dziadkowie nie żyją. Zostali tylko od strony matki. Dziadek – bijący żonę, całe życie przepracował w fabryce, chlał na umór, zrobił 7 dzieci i znęcał się nad wszystkimi. Babcia – zagorzała katolka, która „niosła swój krzyż”, którym był dziadek. Przez lata tylko wiecznie wrzeszczeli na wszystkich, każdemu dawali dobre rady. Wg nich KAŻDY to kretyn – są najmądrzejsi na świecie. Jestem zaręczony i przy każdej okazji słyszę od rodziców i od dziadków „Ślub ma być kościelny, bo inaczej nie będzie nas!”. Stwierdziłem z narzeczoną, że nie będzie kościelnego, że nie będzie wesela i pobieramy się w dwójkę na jakichś wczasach. Dla nas super. Co usłyszałem podczas rodzinnego obiadu? Że jesteśmy najgorszą rasą podczłowieka, że Bóg ześle na nas chore dzieci, że małżeństwo się rozpadnie i tego nam życzą. Takie słowa padły od dziadka, babcia dodała, że wyrzeknie się mnie i nie zapisze mi nic w testamencie. Nie wytrzymałem i wygarnąłem im wszystko. Od wakacji u nich w dzieciństwie, gdzie pijany dziadek bił mnie, szarpał, że wiecznie byłem w kościele, bo przecież to takie ważne i jeszcze wiele innych. Jaka była reakcja moich rodziców, którzy byli obok mnie? Poparli moich dziadków, bo przecież Bóg taki ważny, że mam się zamknąć, bo g... wiem o życiu. No faktycznie. Mieszkamy i sami się utrzymujemy z narzeczoną, ale OK. Nie wytrzymałem i powiedziałem im, że skoro tak stawiają sprawę, to nie mamy o czym rozmawiać. Po prostu wyszliśmy. Ubierałem buty, kiedy usłyszałem jak ojciec krzyknął do mnie, że jeszcze wrócę z podkulonym ogonem, jak mnie Bóg pokarze za to, co robię.

Godzinę temu dostałem telefon od brata, że jak pojechałem, to dziadek zaczął drzeć się do moich rodziców, jak mnie wychowali, bo powinni mi dać w pysk i miałbym się zamknąć, bo jestem głupim szczeniakiem. Moi rodzice przyznali mu rację i żałują, że tak nie zrobili. Brat stanął w mojej obronie, to dziadek próbował mu przywalić laską. Stary kretyn, 93 lata, próbuje każdego sobie podporządkować, a babcia tylko mówi „Bóg tak chciał”.

Takich akcji było całe mnóstwo z dziadkami. Każde swoje dziecko traktowali jak darmową siłę roboczą, każde z ich dzieci ma skrzywioną psychikę. Widzę się z dziadkami 2-3 razy w roku. Ktoś dostał raka? „Bóg ma wyższy plan”. Komuś urodzi się dziecko? „Dzięki Bogu”. Ktoś umrze? „Bóg wiedział, co robi”. Jedna z kuzynek miała dość duże problemy z wagą przez chorobę, co jej powiedzieli? „Ale się spasłaś, jak świnia na święta”. Sami nie wyglądają zbyt dobrze i nigdy nie wyglądali. Uważają, że mogą wszystko powiedzieć, każdego obrazić, bo są starzy. Moi rodzice zaczynają przejmować ich poglądy i coraz bardziej ich przypominają.

Nienawidzę swoich dziadków – mam nadzieję, że niedługo umrą.

#FvXxQ

Zacznę niezbyt wesoło. Chyba mam romans na boku. Piszę „chyba”, bo do zdrady nie doszło, ale były inne rzeczy typu przytulanie, całowanie w usta czy szeptanie czułych słówek. W takiej sytuacji reszta jest tylko kwestią czasu. Prawdę mówiąc, dziś na niego liczyłem. Jeszcze wczoraj wypisałem w pracy wniosek urlopowy do końca tygodnia. Plan był taki, że będę udawał, że chodzę niby do roboty, a w rzeczywistości będę u kochanki. A po piętnastej jak co dnia będę wracał do domu.

Dziś rano wstałem o godzinie 5:30 i zacząłem szykować się „do pracy”. Zjadłem śniadanie, ubrałem się i wyszedłem ze skórzaną teczką w ręku. Nie zdążyłem jednak dojść do garażu, gdy drzwi domu otworzyły się i wybiegła żona. Na dworze przenikliwy chłód, a ona w ciapach, okręcona szlafrokiem i z naciągniętą pospiesznie czapką na głowie. Podbiegła i wręczyła mi woreczek z kawałkiem ciasta, które wczoraj upiekła, dała szybkiego buziaczka i kuląc się z zimna, czmychnęła szybko z powrotem do domu.

Stałem oniemiały, patrząc jak drzwi zamykają się za nią i czułem, że napływają mi łzy do oczu. Ona mnie naprawdę kocha. Kocha nie szczeniackim zauroczeniem, bo z tego obydwoje dawno wyrośliśmy, kocha miłością dojrzałą, zdolną do poświęceń, miłością każącą jej opuścić ciepłe łóżko i wybiec półnago w niemal mróz za mężem.

Czy kochanka wybiegłaby tak za mną? No w życiu. To nie w jej stylu.

Wsiadłem do samochodu i pojechałem. Pojechałem do pracy, nie do kochanki. W chwili gdy piszę te słowa, a jest dokładnie 8:24, jestem już po rozmowie z szefem, gdzie oznajmiłem mu, że rozmyśliłem się w kwestii urlopu. Oraz po telefonicznej rozmowie z kochanką. Poinformowałem ją, że wbrew wcześniejszym ustaleniom nie przyjadę do niej dzisiaj ani w ogóle już nie przyjadę. Że kończymy naszą znajomość. Wiem, że zraniłem ją, ale czy ona próbując rozbić małżeństwo przejmowała się, że zrani czyjąś żonę?

I pomyśleć, że kawałek ciasta uratował moje małżeństwo. Że kawałek ciasta oprzytomnił mnie i uświadomił co znaczy prawdziwa miłość. Taka zwykła, codzienna miłość. Taka bez fajerwerków. Taka gdzie żona wręcza mężowi kawałek ciasta i daje całusa na dobry dzień.

Poczułem się strasznie głupio.

#SzE9m

Nie wiem co zrobić.
Od jakiegoś czasu jestem w związku o 5 lat starszym chłopakiem. Oboje jesteśmy w takim wieku, że samodzielność powinna być na porządku dziennym. Ja jestem samodzielna, pracuję, wynajmuję nawet samodzielnie mieszkanie, on mieszka z rodzicami. Nie mam z tym problemu, gdyż mają spory dom i on ma dla siebie całe piętro. Tylko że on nie gotuje, nie sprząta (no dobra, sprząta, puści odkurzacz typu Roomba), zorientowałam się też, że nigdy nie robił sobie prania, nigdy też nie prasował sobie rzeczy... wszystko robi mama albo pani do sprzątania, którą jego rodzice zatrudniają (nie dopytywałam się). Praca... On nie pracuje, stracił pracę z 11 miesięcy temu i twierdzi, że nic sensownego nie ma dla niego (skończył studia magisterskie). Stwierdził, że zrobi kurs i będzie robił w firmie ojca. Kurs, który musi zrobić, da się spokojnie zrobić online, bo to jest program komputerowy (znam ten program, więc to nie moje widzimisię). On uparł się, że musi być to kurs w realu, ale nie zabierał się za szukanie. Sama mu go znalazłam najpierw w jego okolicy, ale nie wyszło (mam wrażenie, że mimo ciągłego przypominania nigdy się nie zgłosił). Teraz znalazłam mu kurs w mojej okolicy. To mi też nie przeszkadza, ale martwi mnie, że on do tego marudzi, że nie mam dla niego czasu. Rozmawiamy codziennie, codziennie w coś razem gramy, często też ze wspólnymi znajomymi. Ostatnio ja miałam mniej czasu, by posiedzieć z nim obejrzeć filmy (mniej mam na myśli trzy dni). Usłyszałam, cytuję: „Dziś naprawdę jakoś tak się czuję przez ciebie opluty cały dzień”. Już wcześniej mi się tak obrażał, jak choćby dłużej rozmawiałam z jego rodzicami, gdy przyjechałam do niego na kilka dni (mamy sześć godzin jazdy do siebie zarówno pociągami, jak i autem, więc staramy się spotykać jak ja mam kilka dni z rzędu wolne).

Kocham go, ale mam wrażenie, że jestem w związku z małym dzieckiem, co samo o siebie nie zadba i będzie płakać, jak się nie będę nim zajmować non stop.

#oYEoo

Dzień Kobiet. Dzień wcześniej trochę się posprzeczaliśmy z chłopakiem, myślałam, że się na mnie bardzo obraził, bo nie pisał, nie dzwonił... Byłam pewna, że 8 marca będzie dla mnie tragiczny. Kupiłam więc sobie czekoladki i spędzałam dzień, oglądając serial z miłością w głównym wątku. I zalewałam się łzami z racji PMS. Nagle dzwonek do drzwi. Myślę „O! To na pewno pan z kwiatami, luby na pewno o mnie pamiętał!”. Otwieram...
Stoi. Pan z kwiatami. Ale to nie poczta kwiatowa. To pan pijak, który pomaga nam czasem w pracach na podwórku w zamian za paczkę fajek lub porzeczkowego napoju z procentami. Wręcza mi dwa tulipany – jeden dla mnie, jeden dla mamy (mama w pracy), i daje mi torebeczkę. Mówi: „A tu dla mamy jeszcze prezencik”. Uśmiałam się, ciepło się zrobiło na sercu, podziękowałam i zamknęłam za nim drzwi. Z ciekawości zerknęłam do torebeczki. Były tam... brzoskwiniowe majtki z koronką :D
Za godzinę znowu dzwonek do drzwi. Myślę: „O! To już na pewno niespodzianka od mojego!”. Otwieram, ten sam pan. Powitał mnie słowami: „Cześć, przepraszam cię bardzo, na śmierć zapomniałem... przepraszam, zapomniałem!”. I wręcza mi czarne, koronkowe stringi.
Humor na cały dzień poprawiony! :)

PS Dzień Kobiet z lubym spędziłam cudownie przy pizzy i oglądaniu Muminków :)

#5iZIS

Ach, Warszawa... Mieszkam tu od siedmiu lat i jako że jestem„słoikiem”, to i w niejednym mieszkaniu się bywało. Jedne przyjemniejsze, inne gorsze. To akurat było, z braku lepszego słowa, ciekawe. Mieszkałem wtedy od kilku miesięcy w niedużym mieszkaniu z właścicielką, lat ~50. Typowa pani domu z kotem, syn wyjechał za granicę. Spokojna pani w średnim wieku, wracając z pracy ogląda tylko TV lub przegląda fejsbuki.
Pewnego dnia, gdy wracam z zajęć do domu, z radością mi oznajmia, że jej flaga w końcu przyszła pocztą i czy pomogę jej nabytek zawiesić na ścianie. W porządku, oczywiście, nie ma problemu. Dostaję młotek, kubeczek małych gwoździ oraz flagę.
Neonazistowską. Z celtyckim krzyżem na białym polu, na czerwonym tle.

Po zawieszeniu owej ozdoby w pokoju właścicielki zamknąłem się w swoich czterech ścianach i musiałem mocno przemyśleć życie.

#d5sOm

Kiedy chodziłam do gimnazjum, mieliśmy kotkę Figę. Pewnej słonecznej soboty grillowaliśmy sobie z rodzicami i bratem. W pewnej chwili wszyscy na chwilę odeszliśmy od stolika, nie pamiętam już po co. Kiedy wróciliśmy, puszka, w której było trochę piwa, przewróciła się, ale nikt specjalnie się tym nie przejął.

Po chwili usłyszeliśmy ciche czknięcia dobiegające spod stolika. To była nasza Figa, która większość dnia spędziła wygrzewając się na drzewie. Siedziała kiwając się na boki i rozglądała niepewnie. Po chwili wstała i ledwo złapała pion. Biedna uderzyła łepetynką w krzesło. Brat wziął ją na ręce, a wtedy poczuliśmy co stało się z piwem.
Figa spała jak zabita aż do rana. Następnego dnia dopadł ją kac – cały dzień przeleżała plackiem na swoim legowisku w domu, nie jadła nic, tylko piła wodę.
Alkoholu już nie tknęła, chociaż brat kilka razy ją częstował.

#DZeAa

Jak byłam młodsza, to miałam strasznego pecha do wszelkiej maści zboczeńców. Coś we mnie przyciągało ich jak magnes. Bywało naprawdę groźnie, ale ta historia mnie raczej rozbawiła.

Była jesień, lat miałam dwadzieścia dwa i godzina też jakoś dwudziesta druga. Akurat wychodziła ode mnie koleżanka i postanowiłam, że wraz z psem odprowadzę ją na przystanek. Pogoda nomen omen pod psem, ale stworzenie i tak wyjść musiało.
Trasa na rzeczony przystanek w pewnym momencie prowadziła z jednej strony wzdłuż krzaczorów przy ogrodzeniu szkolnego parku, a z drugiej wzdłuż chaszczy na nasypie kolejowym. No i tak wracamy sobie z psiakiem po odjeździe koleżanki, aż tu nagle zza rachitycznej choinki wyskoczył na nas jakiś ciemny typ koło pięćdziesiątki. Ni to zapytał, ni to stwierdził: „To co? Idziesz teraz ze mną na seks? – o czym dodał – No widzę, że chcesz!”. Zimno, wieje, deszcz jak z cebra i tak mnie zdziwiło, jak ten facet chce uprawiać jakikolwiek seks w tych warunkach, że zapomniałam się wystraszyć i odruchowo palnęłam: „Zgłupiałeś, chłopie? Na takim deszczu?”.  No i molestant mi się zszokował – wytrzeszczył oczy, powietrze z niego uszło, rozejrzał się bezradnie dookoła i po chwili zapytał niepewnie: „Ale to na pewno?”. Ja na to: „Zdecydowanie podziękuję!”.
No i zboczeniec zniknął jeszcze szybciej niż się zjawił. Najwyraźniej typa podniecało przerażenie, a ja swoim zdumieniem popsułam mu całą „zabawę”.
Dodaj anonimowe wyznanie