#aSIkY

Było to chyba w drugiej klasie podstawówki.
Wigilia za kilka dni, ostatni dzień szkoły przed przerwą świąteczną. Ciemno, już po szesnastej. Mama zawsze odbierała mnie około właśnie tej godziny, jednak tego dnia musiała zostać trochę dłużej w pracy. Niestety nie wiedziała, że tego dnia świetlica pracowała krócej niż zwykle, chyba do 15. Wszyscy już sobie poszli, o wcześniejszej godzinie zamknięcia dowiedziałam się, jak nauczycielka wychodziła. Popłakałam się. Myślałam, że mamusia o mnie zapomniała (byłam bardzo płaczliwym dzieckiem). Był straszny mróz, więc nikt mnie ze szkoły nie wygonił. Ale też nikt nie mógł ze mną zostać. Z wyjątkiem pewnego wspaniałego człowieka – dyrektora naszej szkoły.
To zdziwienie mojej mamy, gdy przychodzi do właściwie zamkniętej szkoły, wchodzi do świetlicy, a tu jej mała beksa ogląda bajki, siedząc z kurduplem w garniaku (dyrektorem) :,) Mały ciałem, wielki sercem!

Minęło od tego czasu jakieś 9 lat, a ja nadal jestem za to wdzięczna dyrkowi.

#3JIBE

Jestem w 10 tygodniu ciąży i bardzo męczą mnie mdłości. Aktywatorem najczęściej jest zapach, nie musi być intensywny, wystarczy, że w jakiś sposób mnie drażni. Od 2 tygodni chodzę na fizjoterapię z powodu zapalenia ścięgna. W przychodni jest specyficzna szatnia - pomieszczenie ok. 5 m², wypełnione zamykanymi szafkami, w których trzeba zostawić buty i okrycie wierzchnie.

Ostatniego dnia zabiegów wchodzę do szatni, w której zdejmuje kurtkę bardzo otyły mężczyzna. Do mojego nosa dociera zapach jego potu... i musiałam rzucić się biegiem do sąsiadującej toalety, gdzie zwróciłam całą zawartość żołądka.

Ten pan to słyszał. I wziął to do siebie, bo słyszałam potem, jak mówi swojemu rehabilitantowi, że jak ma nie mieć depresji, skoro ludzie aż wymiotują na jego widok...
Cały czas mi głupio, że moje ciążowe mdłości sprawiły komuś aż taką przykrość.

#Vfxka

Historia obrzydliwa, nie czytajcie, jeśli jecie.

Niedawno walczyłam z dość mocno zawalonym nosem. Smarkałam jak szalona glutowatym paskudztwem i czułam się raczej niefajnie. Przy ciągłych kroplach do nosa, koszmarnie wysychała mi śluzówka, ale wysmarkiwałam ją wraz z katarem.

Ostatniej soboty obudziłam się i poczułam, że coś mi przeszkadza w nosie. Podrapałam wewnątrz nosa i poczułam pod paznokciem cholerny stalaktyt. Paskudztwo było ogromne i mocno mi przeszkadzało. Stwierdziłam, że co tam, wydłubię dziada i będzie spokój. Wydaje się proste, prawda? Otóż nie było.
Zaczęłam istną walkę ze strupem, próbując podważyć warstwy tego czegoś na suchej jak piach ściance nosa. Było to niekomfortowe i bolesne, ale zawzięłam się i postanowiłam, że usunę dziada za wszelką cenę. W końcu poczułam, iż opór słabnie, ja powoli odrywam wielki kawał suchego strupa. Wyciągnęłam palec z nosa... i poczułam, jakby mózg wyleciał mi wraz z babolem. Serio, z szoku i bólu aż usiadłam. Wyciągnęłam rękę ku gorze, wycierając nadgarstkiem Amazonkę kataru i gapiłam się na najdziwniejszą rzecz wydobytą z mojego organizmu. Do suchego strupa był przyczepiony ogromny, zbity kawał wydzieliny, który wyszarpnęłam chyba aż z zatoki. To było obrzydliwe, ale i fascynujące zarazem. Pobujałam palcem w górę i w dół, a glut podskakiwał jak sprężyna. Katar zalewał mi twarz, ale dziwaczna scena zajmowała całą moją uwagę.
W tym momencie w drzwiach stanęła mama. Zaczęła coś mówić, ale po chwili tylko przeraźliwie wrzasnęła, cała bladozielona na twarzy. Trochę zbiło mnie to z tropu, bo glucior, choć paskudny, to był jednak trudny do rozpoznania z takiej odległości. Za krzykiem mamy przybiegł ojciec, który najpierw również zbladł, ale po chwili tylko wychrypiał: „Jezus Maria, Agata, co ci się stało?!”. W totalnym szoku wyskoczyłam z łóżka i podeszłam do lustra. Mym oczom ukazała się twarz umazana w soczyście czerwonej krwi. Miałam ja na nosie, pod nosem, na policzkach i na brodzie. Ściekła mi aż na piżamę. Co wzięłam za katar, okazało się krwawą rzeką. Gapiłam się w lustro jak baran z prawą ręką ciągle w górze, bo na paznokciu prawej ręki zwisał mi glutostrup.

Wymamrotałam do rodziców, że to tylko lekki krwotok z nosa i że już idę się ogarnąć. Przyjęli to z ulgą i czmychnęli do kuchni, a ja poszłam do łazienki jednocześnie zafascynowana, jak i zszokowana tym, co się stało.

PS Nie pytajcie o losy glutostrupa.

#c5BWz

Lat miałam 4 bądź 5, pamiętam, że byłam wtedy w drugiej grupie w przedszkolu. Mama jako zapobiegawcza kobieta zawsze przestrzegała mnie przed różnymi niebezpieczeństwami czyhającymi na dzieci, typu porwanie, wywołanie pożaru czy pomylenie leków z cukierkami.
Zdarzyło się pewnego dnia, że jedno z rodzeństwa uległo niewielkiemu wypadkowi, a w domu jedyne plastry znajdowały się w mojej zabawkowej apteczce. Mama mimo moich sprzeciwów zabrała jeden, żeby swe dziecko ratować. Byłam załamana tym brakiem poszanowania dla mojej własności oraz pewna, że przez ten akt rabunku moja przyszła kariera medyczna legła w gruzach, marzenia poszły się bujać, a mnie już nic dobrego nie czeka. Ogólnie rzecz biorąc, czułam się na tyle beznadziejnie, że stwierdziłam, że czas umierać. A wiedziałam, jak to zrobić – nałykałam się więc tabletek, oczywiście tych kolorowych, i poszłam powiadomić rodzicielkę o moim postanowieniu.
Mama zaaferowana czyta ulotki, wykonuje telefony, i pada decyzja, że szpital. Tam dowiaduję się, że niestety nie umrę, a bez leczenia co najwyżej będę musiała następny dzień spędzić nad kiblem. Nie byłam przygotowana na taką ewentualność, wiadomo, rzyganie nic przyjemnego, zgodziłam się więc grzecznie podpiąć pod kroplówkę i noc spędziłyśmy na oddziale. Tyle z tego dobrego, że chociaż szpital sobie obejrzałam.

I nie, w końcu nie zostałam lekarzem ;(

#AIiqm

Sprzedałem dom i kupiłem 50 metrów w wielkiej płycie, bo przestałem radzić sobie z ratami kredytu. Z tego powodu moje i tak już złe relacje z żoną zmieniły się w nad wyraz wrogie i tragiczne. Z dużego domu i własnego podwórka wprowadziliśmy się z małym dzieckiem do ciasnej klatki. Moja żona nie potrafi zrozumieć, że nie było innego wyjścia, bo mieliśmy do wyboru albo mieć co jeść, albo kupić opał na zimę. Twierdzi, że zniszczyłem jej życie. Ja natomiast spłaciłem hipotekę oraz inne zobowiązania finansowe, które zaciągnąłem „dla nas" i przynajmniej finansowo odżyłem. Podjąłem ponadto decyzję, że muszę ratować swoje fizyczne i psychiczne zdrowie, bo już mnie na to stać. Umówiłem się do specjalistów, a następnym krokiem będzie rozwód, bo z tą kobietą po prostu nie da się żyć. Wciąż zastanawiam się jakie kroki podjąć, żeby zatrzymać przy sobie dziecko.
Piszę to dlatego, że chcę to z siebie wyrzucić, a nikomu nie mogę o tym powiedzieć.

#gdcd3

Jako małe dziecko brałam wszystko na serio. Sytuacja wydarzyła się, kiedy miałam 5 lat. Rodzice musieli pilnie wyjechać, więc zostawili mnie u babci. Mój dziadek akurat kilka dni wcześniej miał wypadek (rozcięty łuk brwiowy) i był trochę... drażliwy. Tak więc zostałam pod opieką dziadków, dysponujących pięknym domem z wysokimi drewnianymi schodami, z taką staroświecką komórką znajdującą się pod nimi. Ale do rzeczy.
Drugiego dnia pobytu wpadłam do kuchni i zauważyłam, że babcia nie ma zębów. Aż zdębiałam ze zgrozy, myśląc, że ktoś je babci wyrwał jak spała. Spytałam więc konspiracyjnym, przerażonym szeptem:
- Babuniu... gdzie masz ząbki?
Na co babcia chcąc być dowcipna odpowiedziała:
- Dziadek mi ukradł i teraz je nosi.

Aż mnie zatchnęło z oburzenia, ale nie dając nic po sobie poznać postanowiłam dokonać zemsty. Dziadek siedział w komórce. Więc jako mały geniusz zaczaiłam się na Bogu ducha winnego staruszka... na schodach. Dość wysoko. Jak tylko wyszedł, wydałam z siebie bojowy okrzyk i całą masą runęłam dziadkowi na głowę. Finał był taki, że całą trójką wylądowaliśmy na pogotowiu: ja w szoku po ochrzanie od dziadka, dziadek z rozciętym drugim łukiem brwiowym, a babcia z konkretnym guzem na potylicy, bo w momencie wypadku siedziała z głową pod półką.

P.S To była moja ostatnia wizyta u dziadków bez nadzoru rodziców.
P.S.2 Dziadek dalej myśli, że to był zamach.

#KBqe4

Od zawsze marzyłem o byciu żołnierzem, służeniu ojczyźnie, nie wyobrażałem sobie siebie w przyszłości inaczej niż w mundurze. Do wojska trzeba przejść serię testów. Więc w poniedziałek odbyły się testy psychologiczne, zaliczyłem, i następnego dnia o 7:30 miałem stawić się na rejonowej wojskowej komisji lekarskiej. Komisja ta wygląda mniej więcej tak, że na starcie w sekretariacie kliniki dostaje się obiegówkę, którą trzeba wypełnić. Od razu się za to zabrałem, poszedłem do laboratorium na badanie krwi i moczu, zaliczyłem wszystkich lekarzy po kolei i byłem szczęśliwy jak nigdy, kiedy zdałem sobie sprawę, że został tylko urolog, a przecież to tylko formalność, bo przecież co może być nie tak? No właśnie... Po wejściu do gabinetu szybki wywiad i USG. Wszystko wskazywało na to, że drzwi do zawodowej służby wojskowej stoją przede mną otworem, aż do momentu, w którym lekarzowi zrzedła mina i pocmokał znacząco. Zapytałem, czy coś jest nie tak, a w odpowiedzi usłyszałem, że zauważył jakieś nieprawidłowości i całkiem prawdopodobne, że są to zmiany nowotworowe i zlecił dodatkowe badania. Dziś jest piątek, a ja mam raka jąder.

Panowie, badajcie swoje jajka tak często jak tylko możecie! Panie, badajcie jajka swoich Panów, bo może się okazać, że nic nie jest tak w porządku, jak mogłoby się wydawać.

#8NVKc

Na anonimowych pojawiło się parę wyznań o anoreksji itp. Ja na żadną z tych okropnych chorób nie choruję, ale moja mama tak.

Od dziecka pamiętam, że moja rodzicielka jadła inne rzeczy niż ja i tata. Mama miała własną półkę w lodówce, która była nietykalna. Mama nigdy nie spróbowała tortu urodzinowego. Kiedy razem z tatą zamawialiśmy pizzę, ona uciekała do sypialni z jakimś owocem. Ćwiczyła 2, czasem 3 razy dziennie. Nie chodziła do pracy, a tata zarabiał całkiem dobre pieniądze, więc nie było problemu. W wieku 7-8 lat zauważyłam, że coś z moją rodzicielką jest nie tak. Inne mamy gotowały pierożki, piekły ciasteczka, a moja? Nawet podczas obiadu jadła inne rzeczy niż ja i tata. To na ojca spadły wszystkie obowiązki gotowania, przygotowywania drugiego śniadania do szkoły. W tym wieku zauważyłam również, że ona wcale nie jest szczupła, tylko po prostu chuda. Przeraźliwie chuda.

Niedługo potem po raz pierwszy trafiła do szpitala. Pamiętam, że odwiedziłam ją raz. Wokół oddziału chodziły dosłownie cienie ludzi. Jako mała dziewczynka nie rozumiałam na co oni chorują, a mama przekonywała mnie, że ci wszyscy ludzie mieli wycinane migdałki. I tak następne lata były w sumie bez zmian. Ja na śniadanie jadłam kanapkę z nutellą, a mama jakąś smętną owsiankę z jedną truskawką.
Gdy miałam 11 lat, sytuacja rodzicielki się pogorszyła. Od tamtego momentu zabroniła tacie kupować wszystkich niezdrowych produktów, włącznie z mięsem. Chipsy, parówki, szyneczka odeszły w zapomnienie. Nawet zdrowe ryby, jak łosoś, były zakazane.
Raz razem z moją starszą koleżanką upiekłyśmy ciasteczka. Ale byłam z nich wtedy dumna! Niestety mama nawet się nie poczęstowała, a efekt naszej trudnej pracy wylądował w koszu. W wieku 12-13 lat zaczęłam dojrzewać, co również wiązało się ze wzrostem wagi. Nie przejmowałam się tym, a raczej byłam dumna, że wyglądam dojrzalej niż moje koleżanki. Niestety mamie oczywiście mój wygląd nie pasował. Postanowiła mnie zmienić. I tak zaczęły się diety, a raczej głodówki. W wieku, gdzie dziecko potrzebuje najwięcej energii, jadłam poniżej 1000 kalorii. Parę miesięcy później moja rodzicielka mogła być dumna z efektów głodzenia mnie. Miałam sporą niedowagę, a w oczach mamy byłam idealna.

Pewnego razu szkolna pielęgniarka zadzwoniła do taty z informacją, że moja waga jest zdecydowanie za mała, a sama przynoszę do szkoły bardzo małe posiłki. Podejrzewała mnie o anoreksję. Razem z ojcem i szkolnym pedagogiem długo o tym rozmawialiśmy. Ja przekonywałam ich, że jestem zdrowa (kryłam jednocześnie mamę). Ostatecznie pedagog zrobiła test. Dała mi batonika i kazała go zjeść. Powiem wam szczerze, że jeszcze nigdy zwykły "Grzesiek" mi tak nie smakował.
 Kończą się znaki, o tym, jak mama w końcu "wyzdrowiała" napiszę innym razem. Ja pomimo że nie mam tej choroby, nadal mam problemy z normalnym jedzeniem.
Dodaj anonimowe wyznanie