#b760B

Moja mama zawsze mówiła o seksie jak o czymś totalnie złym, przez co zwyczajnie zaczęłam się go bać, uważałam, że zrobię coś złego. Miałam tylko jednego partnera, a stres powodował, że wcale nie było przyjemnie. Wyparłam więc swojej potrzeby, wyparłam kobiecość.
Dziś mam 40 lat i żałuję tych „straconych” lat. Mimo że bardzo bym chciała, nie potrafię znaleźć partnera, a strach przed wyśmianiem mojego braku doświadczenia paraliżuje mnie jeszcze bardziej. Bardzo brakuje mi bliskości.

#HCqnz

Posiadam psa – border collie. Kto miał lub ma to wie, że z reguły są to psy potrzebujące straszliwie dużo uwagi i w ogóle. Mój samczyk jest generalnie fajnym pieskiem w stosunku do ludzi. Jego problemem jest mijanie psów na smyczy. Po części jest to moja wina, pies od początku był za mało wypuszczany do obcych psów, ale to raczej nie było głównym powodem jego zachowania. Sądzę, że są dwa czynniki, nie będę ich tu przytaczać. Jako że pies jeszcze młody, to praca nad tym cały czas trwa, staram się go tego oduczyć. Ale jak wiadomo, to jest proces, i to trudny.

Wiem czego się spodziewać po moim psie, rzadko go spuszczam ze smyczy, a jak już to:
a) w godzinach, kiedy ludzie raczej nie wychodzą,
b) w miejscu, które znam,
c) tylko wtedy, kiedy jest z jakimś znajomym psem i wiem, że bardziej go interesuje ten pies niż jakiś obcy. Normalnie w mieście chodzi na krótkiej smyczy, a w lesie, polu itp. na lince.
Pies nie grysie innych psów, po prostu odstrasza (bo się boi). „Bordeży się” (czasami zdarzy mu się też na auto czy rower). Wiem, bo kilka razy doszło do starcia, i nigdy nie ugryzł innego. Ale mimo wszystko uważam, zawsze mijamy inne psy z daleka (w miarę możliwości) dla komfortu innych i swojego psa, dla którego takie sytuacje to sam stres. Ale jak wiadomo, czasami minąć innego psa się nie da. I wtedy zwykle staram się go zająć albo po prostu muszę przeczekać jego zachowanie. Ale zdarzyła mi się więcej niż jedna sytuacja z gatunku: widzę, że inny pies się zbliża, więc krzyczę „Pies nie lubi innych psów!”. A właściciel ma mnie, za przeproszeniem, w dupie. Pies podchodzi, mój border cały zjeżony, a właściciel „nagle” kuma się w sytuacji i próbuje odciągnąć psa, który też już cały wpieniony.

Ludzie, ja rozumiem. To mój pies ma problemy behawioralne i to ja jestem odpowiedzialna. Ale, kurde mol, staram się, naprawdę. A ludzie mają to gdzieś. Drodzy państwo, nad swoim psem też trzeba panować, bo nie znasz reakcji innego psa. Inną sprawą są dzieciaki, które głaskają i dotykają mojego psa bez pozwolenia. Nigdy nie gryzie, ale widzę, że się stresuje. Aktualnie dzieci są dla niego o tyle interesujące, o ile straszne. Uprzedzając komentarze, NIE MÓWIĘ, ŻE TO DOBRZE, pracuję nad tym. Dziękuję bardzo za poświęcenie mi chwili i życzę miłego czytania wyznań.

#l7q3A

Chcecie poznać (jak dotąd) największy odpał mojego życia?

A więc w mojej szkole, zresztą jak w każdej, było wiele dodatkowych kół i zajęć, między innymi językowe. Od jakichś arabskich, przez hebrajskie, aż po japoński i hiszpański. Ja chodziłam na ten ostatni i cóż.. całkiem dobrze mi z nim szło. W drugiej klasie gimnazjum, z racji bardzo dobrych wyników w nauce, zorganizowano dwie wycieczki (takie a'la gratulacje, za naszą pracę..). Jedna była do Hiszpanii, druga do Japonii. Jak się dowiedzieliśmy, nie było żadnych wymagań co do obowiązku chodzenia na dane zajęcia, po prostu kto chciał to jechał (za zgodą dyrekcji), ale wiadomo, że jednak coś trzeba było umieć, bo były to wyjazdy językowe (na miejscu z zadaniami do zrobienia).

Z racji tego, że moja rodzina ostatnimi czasy miała całkiem sporo pieniędzy, rodzice stwierdzili,że wykopią mnie z domciu na te 2 tygodnie, coby sobie ode mnie odpocząć. Nie powiem - ucieszyłam się niemiłosiernie. Tyle czasu w słonecznej Hiszpanii... a nuż poznam jakiegoś przystojnego Hiszpana :) Jak postanowili tak też zrobili. Rodzice sami musieli nas zapisać, więc moja mama mnie zapisała, z miejsca porobiła formalności i hej! Córcia wyjeżdża, chata wolna, wszyscy szczęśliwi! Już plany porobione, z przyjaciółkami topimy się w marzeniach, wszystko fajno.

Nadszedł wreszcie upragniony dzień wyjazdu. Spakowana i mega zdenerwowana, pojechałam z rodzicami na lotnisko. Tam mnie zostawili i dołączyłam do grupy, która się już zebrała. Trochę (a nawet bardzo) mnie zdziwiło to, iż nigdzie nie było mojej przyjaciółki. Powiedzieli nam jednak, że część grupy już poszła na odprawę, a my do nich dojdziemy jak się zabierzemy już wszyscy. Ok. Po X czasu, wreszcie siedzimy w samolocie, ja już w panice prawie, bo samolotów nienawidzę, nawet nie myślałam racjonalnie. Siadam tam gdzie mnie posadzili, słuchawki w uszy i w kimono (a przynajmniej się starałam...). Dosyć szybko zasnęłam, i już wyluzowana obudziłam się w przestworzach.

Ok, luzik, lecimy sobie, ale... no kurcze no... jakiś taki za porządny ten samolot. Monitorek z przodu jest, siedzeń jest w... dużo. Ale co będę narzekać ;) Po chwili sobie przypomniałam o przyjaciółce. Wstaję, rozglądam się, ale nigdzie jej nie ma... Nie zdążyła? Wypisała się? Nic mi nie powiedziała? Otóż nie. To ja k*rwa leciałam nie tym samolotem co trzeba! Jak się okazało, moja kochana mamusia, zamiast na wyjazd do Hiszpanii, zapisała mnie na wyjazd do Japonii! Nie wiem jakim cudem, że też nie zdziwiły jaj ceny, albo COKOLWIEK? Także w pizdu wysoko i daleko razem z opiekunką robiłyśmy rozkminę co teraz.

Już po wylądowaniu, moja mama dostała telefon, że wysłała swoją córeczkę na drugi koniec świata :) Nie wiem jaką miała wtedy minę, ale po drugiej stronie słuchawki była dosyć niezręczna cisza.
Przypadkowo wysłać swoje dziecko do Japonii... I to ja ponoć jestem nieogarnięta...

Koniec końców, spędziłam naprawdę świetne dwa tygodnie i z całego serca dziękuję mamie za tę "pomyłkę" (do tej pory zastanawiam się, czy jednak nie zrobiła tego specjalnie...)

#GOaNc

Co jakiś czas oglądamy z żoną jakiś film na Netflixie. Wiadomo – kocyk, piżamka, ewentualnie jakieś przekąski i przytulanki. Tym razem było jednaj dość dziwnie i nie wiem co czuć. Więc oglądamy ten film, ona jak zwykle z ręką na moim raczej miękkim penisie, aż tu nagle męska scena miłosna, dość mocna, i wtedy przy całym moim zażenowaniu dostałem erekcji. Żona chyba chciała mnie pogrążyć jeszcze bardziej, bo od razu wzięła się do roboty, a ja skończyłem zanim skończyła się scena. Od tamtej pory o tym nie rozmawialiśmy.

Dziwnie się czuję.

#PfnwL

Jako 10-latka zakochałam się bez opamiętania w... księdzu z mojej parafii. Nie wiem co ja w tym człowieku widziałam. Nie był przystojny, nie był zbyt sympatyczny, totalnie nie miał podejścia do dzieci. Można by powiedzieć, że totalny zgred, a ja co niedzielę chodziłam do niego na msze, siadałam w pierwszej ławce i z maślanymi oczami wpatrywałam się w niego. Nawet nie rozumiałam co mówił na kazaniu, bo był to „język dorosłych”, ale to przecież nie było ważne. W walentynki postanowiłam, że zrobię mu prezent. Za uciułane pieniądze kupiłam całkiem pokaźny bukiet czerwonych róż i napisałam liścik, w którym wyznawałam miłość i nawet zapytałam, czy jak dorosnę, to zostanie on moim mężem (na szczęście listu nie podpisałam). Dalej wydawało mi się to mało, więc list włożyłam do koperty zrobionej z czerwonego papieru, obkleiłam całą masą naklejek z jakiegoś kobiecego pisma (takie cukierkowe serduszka, usta złożone do pocałunku, napisy „kocham cię”) i tak przygotowana ruszyłam do klasztoru, by mu to oddać. Drzwi otworzył mi jeden z zakonników, powiedział, że tamten ksiądz jest zajęty i nie może do mnie przyjść (na szczęście!), ale że odda mu przesyłkę, a przy tym zalewał się łzami i krztusił, próbując nie roześmiać się totalnie. Ja wyszłam stamtąd cała zadowolona, byłam przekonana, że furtian płakał, bo domyślił się, że za kilka lat ich ksiądz odejdzie, biorąc ze mną ślub.
Dziś myślę sobie, że byłam totalnym głupkiem, a z „mojego” księdza koledzy musieli jeszcze długi czas nabijać się we wspólnocie.

PS Sprawa nigdy nie wyszła, ksiądz nigdy nie zapytał, czy to ja mu przyniosłam róże (choć myślę, że raczej to wiedział) i nie było później żadnego ślubu (choć ja jeszcze ze dwa lata później byłam przekonana co do mojej wielkiej miłości i znalezienia tego jedynego).

#4Rj7Y

Mam prawie 50 lat i coraz częściej myślę o własnym końcu. Nie, nie planuję samobójstwa ani nic takiego. Po prostu już mi się nie chce. Dziecko dorosłe, samodzielne. Żony nie mam, choć mam partnerkę. Rodziców już nie ma. Przyjaciele? Znajomi? Są, ale raczej nie tacy, którzy by na dłuższą metę tęsknili.
Czy w życiu czegoś mi brakuje? Jak popatrzeć z boku, to absolutnie nie. Praca, całkiem niezła? Jest. Mieszkanie? Może małe, może na kredyt, ale jest. Samochód? Duży, z wyższej półki, może już ma swoje lata, ale nowszy/droższy mi zbędny. I mimo tego, że w teorii wszystko jest OK, coraz częściej myślę, aby rzucić wszystko, dosłownie wszystko.
Brak mi odwagi na tak radykalny krok i czasem marzę, aby zdiagnozowano u mnie coś, co pchnie mnie ku tej decyzji. I tak po prostu spakować się w plecak i nic nikomu nie mówiąc załatwić wszystko notarialnie, zostawić list z instrukcjami co i dla kogo i wyjechać w świat. Tak, aby nikt nie wiedział gdzie jestem i mnie nie szukał.
Gdziekolwiek, z dala od cywilizacji. I dokonać tam żywota, nie obarczając nikogo swoją śmiercią. Wśród zwykłych ludzi, dla których będę zupełnie nikim.

#r13aZ

Jeśli Twój napletek nie pozwala na odsłonięcie żołędzi penisa, to masz problem nazwany stulejką. Powinieneś iść do lekarza, który skieruje Cię do urologa i wprowadzi odpowiednie leczenie. Bo to choroba.
Jeśli Twoje jedno Twoje jądro wisi niżej niż drugie, to nic nadzwyczajnego. To jest normalne.
Małe kropki/krostki na mosznie lub jej okolicy to prosaki, nie należy ich wyciskać. Są normalne. Jeśli są uciążliwe i swędzą lub pękają, udaj się do lekarza, bo to najprawdopodobniej problem skórny. Popularny w okresie dojrzewania, ale nie tylko.
Ból jąder nigdy nie powinien być ignorowany. Jądra bolą czasami w wyniku dużego podniecenia, które nie zostało zaspokojone – masturbacja powinna być w tym przypadku pomocna. Każdy inny objaw bólu jąder powinieneś skonsultować z lekarzem.
Penis w stanie spoczynku może być malutki, np. 3-4 cm, ale ten sam penis we wzwodzie może mieć 15-17 cm. To jest normalne.
Biało-żółtawa wydzielina pod napletkiem jest oznaką złej higieny. Penis musi być myty letnią wodą z dodatkiem odrobiny płynu do higieny intymnej dla mężczyzn (nie może być ten dla kobiet, bo ma inne pH) – należy odciągnąć napletek do końca i dokładnie umyć wszystkie zagłębienia i dokładnie spłukać ciepłą, ale nie gorącą wodą. Penis należy myć minimum raz dziennie wieczorem oraz zawsze, gdy czujesz się nieświeżo.
Włosy okolicy intymnej są normalne i można, ale nie trzeba ich golić. Warto przycinać je, gdy są zbyt bujne. Depilacja na zero nie jest konieczna ani zakazana, zależy od Twojej woli.
Polucja to uwolnienie nasienia podczas snu. Twoja piżama będzie mokra i może mieć jasne plamy. To normalne. Czasem występuje, czasem nie. Zależy od fizjologii, indywidualne dla każdego.
Wytrysk spermy za pierwszym razem może przypominać popuszczanie moczu.

Tego wszystkiego dowiedziałem się sam, bo nikt mi o tym nie powiedział, jak dojrzewałem, może Tobie się to przyda.

#Ow71d

Przyszedłem dzisiaj po mojego młodszego brata do przedszkola. Niby wszystko normalnie, ale kiedy wracaliśmy, usłyszałem chyba piątkę dzieciaków, którzy się spierali o wielkość penisów ich ojców.
To nie koniec.
Mój brat krzyknął: „A Szymon (ja^^) ma większego od waszych tatusiów!”.
Żadna z opiekunek na szczęście nic nie usłyszała.
I usprawiedliwię się, że mój brat nigdy nie widział mojego Big Bena :D Chyba że o czymś nie wiem :D

Maciuś, pozdrawiam Cię :) Za kilka lat pokażę Ci to wyznanie ;)

#iAamG

Rok temu pojechałam na miesięczną, objazdową wycieczkę po m.in. Indiach. Trochę to kosztowało, ale warte było swojej ceny. Jednym z priorytetów programu była miejscowa kuchnia - taka naprawdę lokalna. Często gościliśmy (było nas 10 osób + przewodnik z danego kraju) w "podrzędnych" knajpach lub u zwykłych rodzin, które po znajomości z rezydentem zgodziły się za pewnym wynagrodzeniem pokazać nam swoją kulturę. Czasami odmawiałam i zostawałam w hotelu... odmawiałam, bo gospodarz zaznaczał, że (bardzo często spotykane tam podejście) kobiety są według jego tradycji gorsze i jedzą nie dość, że gorzej, to jeszcze na ziemi. Inne panie nie miały z tym problemu, ja tak - więc po porostu rezygnowałam.

We wspomnianych wyżej Indiach (i nie tylko, ale tam zapadło mi to najbardziej w pamięć) często odwiedzaliśmy otwarte dla turystów świątynie. Czasami te mniej dostępne również. Jak dla mnie, każde miejsce kultu zasługuje na szacunek i dostosowanie się do jego wymogów. Jeśli nie pasuje mi ich spełnianie, trzymam się z daleka.

W tamtej świątyni był bardzo duży ruch, mnisi witali turystów bardzo chętnie - tym chętniej, im więcej jałmużny turyści (w sumie to się tyczyło każdego pielgrzyma, dla mnie zrozumiałe, za coś muszą jeść itd.) ofiarowali. Dopuścili nas nawet do bardzo konkretnych obrzędów, podczas których jakieś litościwe rodziny musiały nas adoptować, byśmy zostali odpuszczeni. Obrzęd polegał na ofiarowaniu ryżu i innego jedzenia hinduskim bogom - grzecznie odmówiłam, bo jestem katoliczką i respektuję pierwsze przykazanie. Chciałam po porostu dyskretnie wyjść i poczekać sobie w świątynnym ogródku. Sprawę po cichu wyjaśniłam rezydentce.

Przewodniczka dostała dosłownie szału. Wezwała na pomoc drugą, z innej grupy, równoległej (akurat byli w tym samym czasie co my), bo cytuję "trzeba mnie ustawić do pionu". Rozmowa toczyła się po angielsku. Panie na mnie krzyczały, ja mówiłam spokojnie. Z pomocą przyszło mi sporo miejscowych, którzy łagodnie wytłumaczyli paniom, że tak nie wolno i proszą je o opuszczenie przybytku. Do mnie nie mieli nic i rozumieli moje podejście. Z taką postawą spotykałam się bardzo często. Największy najazd na mnie był ze strony przewodnika/innych członków grupy - bo jak to, ja nie chcę zwiedzać, co mi szkodzi, mam się nie wygłupiać, katolka itp. Tubylcy (mimowolni świadkowie) zaś nie mieli z tym problemu. Dwa razy jeden z mnichów powiedział, że mnie szanuje, bo ja szanuję siebie. To było bardzo miłe i takie ciepłe.

W krajach, gdzie panuje islam nie byłam. Mówię tu tylko o krajach, gdzie panuje buddyzm, hinduizm, shintoizm, prawosławie oraz pochodne tych religii. Nie godzę się z zasadami islamu, nie pcham się tam, gdzie one rządzą. Nie pasuje mi - nie korzystam. Proste.

#nfopd

Chciałabym przestrzec wszystkich przed uzależnieniem od masturbacji. Brzmi dziwnie, bo słowo uzależnienie kojarzy się głównie z alkoholem, tytoniem albo narkotykami, ale uwierzcie mi – od palcówek też się ciężko uwolnić.

Zaczęłam bardzo wcześnie. Nie pamiętam ile miałam dokładnie lat, ale zaczynały rosnąć mi już piersi i zarost. Idąc do łazienki umyć się nie myślałam o seksie i w ogóle jeszcze nie interesowały mnie te sprawy. Jednak już wcześniej zauważyłam, że kiedy się podmywam, kiedy strumień wody ze słuchawki prysznicowej kieruję między nogi, to ta woda wywołuje we mnie przyjemne doznania. Chcecie to wierzcie, nie to nie, ale ja tych doznań nawet nie kojarzyłam z seksem. Mi w głowie były lalki albo zabawy z koleżankami na podwórku. Jednak te nowe łazienkowe doznania szybko mi się spodobały. Zaczęłam przytrzymywać słuchawkę coraz dłużej między nogami. Któregoś dnia przytrzymałam tak długo, że aż doszłam, szczytowałam nieoczekiwanie. Pierwszy w życiu orgazm przestraszył mnie. Był tak silny, tak intensywny, że aż nogi ugięły się pode mną w brodziku. Nie wiedziałam, co się ze mną stało. Byłam w szoku, dosłownie. Po wyjściu z łazienki obiecałam sobie, nadal wystraszona, że to się więcej nie powtórzy. Aha, obiecanki cacanki. Już następnego dnia, podczas następnego mycia, była powtórka. A potem potoczyło się już z górki. Raz za razem. Czasem po kilka razy dziennie. Szybko odkryłam, że do orgazmu wcale nie musi być woda. Równie dobrze przyjemność mogę wyzwolić palcami pod kołdrą.

Dziś jestem dawno dorosła, a nadal zachowuje się jak tamta mała dziewczynka. Nadal się palcuję nałogowo. Przekleństwo samogwałtu zbiera straszne żniwo. Z mężem nigdy nie miałam orgazmu. Nawykłam pobudzać swoją łechtaczkę w pewien specyficzny sposób i tylko ja wiem, jak to należycie robić. Tylko sama sobie umiem sprawić sobie przyjemność, która dawno temu przestała być już przyjemnością. Przyzwyczaiłam się czerpać satysfakcję z wyobrażeń, których nie sposób zrealizować w codziennym życiu. Niestety, wszelkie inne formy podniety różniące się od moich myśli są dla mnie nieciekawe. Mąż mnie kocha i oddaję mu się kiedy tylko zechce, ale jego pieszczoty, choć stara się bardzo, nie zadowalają mnie. Przed mężem też miałam partnerów i oni wydali mi się równie nudni w łóżku. Każdy z was by się wydał nudny, bo przez lata przyzwyczaiłam się do własnego palca i własnych wyobrażeń. To straszne przekleństwo. Niestety, u mnie w domu nie rozmawiało się o tych sprawach i żałuję, że nie miał mnie kto ostrzec przed popadnięciem w nałóg. Dziś ja chcę natomiast was ostrzec. Nie każdy kto pije wódkę zostaje alkoholikiem i nie każda dziewczyna dopuszczającą się palcówki robi to nałogowo. Ale niektóre, jak ja, robią to nałogowo. Trzeba znać to ryzyko.
Dodaj anonimowe wyznanie