Mając chyba z 19 lat, to były początki lat 90., wybierałem się na wymarzony obóz survivalowy na drugim końcu Polski. Byłem w związku z dziewczyną już 4 lata, planowaliśmy wspólną przyszłość, kiedy ślub i takie tam bzdury. Wyjeżdżając, żegnany przez grupkę znajomych, powiedziałem do mojego przyjaciela brzemienne w skutki słowa: „Przypilnuj mi dziewczyny, jak mnie nie będzie”. Przejął się chłopina rolą, nie odstępował jej na krok, a kiedy w weekend nasza paczka zorganizowała ognisko w leśnym uroczysku, po kilku winach a`la patyk lub paru głębszych szklankach chleba Gosi się zachciało na stronę, a że koleżka obiecał pilnować, to poszedł z nią, coby się nie zgubiła. Koniec końców skończyło się w krzaczkach w ciemnym lesie. Kiedy wracali rozpromienieni, nie mogło to ujść uwadze pozostałych.
I tak za jednym zamachem pozbyłem się i przyszłej żony, i przyjaciela.
Ergo: „Boże, chroń mnie od przyjaciół, przed nieprzyjaciółmi sam się obronię”.
Jak wiadomo, każdy samotny samiec (a już w szczególności taki, który nie chce być sam) czasem odczuwa potrzebę poznania osobnika płci przeciwnej. Również i mnie to dopadło. Była zima, mróz siarczysty, w pubie panowało przyjemne ciepełko, od razu przy wejściu obrałem kurs na bar. Kufel złocistego nektaru lał się przyjemnym strumieniem w gardło, z chwilami przerwy na komentowanie wyczynów sędziego w telewizorze za pomocą dość niecenzuralnych zwrotów. Jakoś w okolicy trzeciego tankowania dosiadła się do mnie kobieta, lat około 30, przeciętnej urody (w rzeczywistości pewnie była brzydka, ale po trzech mocnych świat pięknieje;D ). Jako że właśnie na poszukiwanie samicy się wybrałem, postanowiłem poczekać na rozwój wydarzeń. Nawiązał się dialog, najpierw o wszystkim i niczym, następnie zszedł na temat sportu, samochodów, by ostatecznie zahaczyć o temat... finansów. Pierwsza myśl – blachara! Od słowa do słowa okazało się jednak, że pani jest przedstawicielką znanej firmy udzielającej pożyczek na lichwiarski procent. Cwana bestia, ubrana w wielki dekolt i mini do pół d... bajerowała podchmielonych kolesi, aby podpisali dokumenty potwierdzające zaciągnięcie pożyczki. Na szczęście moja lampka ostrzegawcza z napisem „zabij albo spierniczaj” zapaliła się w porę. Chwyciłem długopis, złożyłem podpis, śmiejąc się pod nosem, i ruszyłem chwiejnym krokiem po kolejny kufelek. Pani bardzo się ucieszyła i przysiadła do następnego typa.
Na umowie podpisałem się „Jurand ze Spychowa”.
Żałuję tylko, że nie widziałem jej miny, gdy to odkryła. ;)
Ostatnio miałam taką fajną rodzinkę w barze, w którym pracuję. Na początku fajnie, miło, na poziomie. Do czasu kiedy dzieci się nie rozbrykały i nie zaczęły rozwalać wszystkiego, co miały na swojej drodze. Oczywiście rodzice zero reakcji. Mało tego, na stole obok, gdzie nikt nie siedział, tak po prostu, zaczęli przewijać swoje najmłodsze dziecko. Ale kiedy rozwalili, niby niechcący, trzy figurki (mamy taką kolekcję w barze, kilkanaście sztuk), nie wytrzymałam i delikatnie zwróciłam im uwagę, że to jest bar, tu ludzie jedzą i niektórym gościom przeszkadza ten hałas. No i się zaczęło... Mamuśka zaczęła się na mnie wydzierać, że ja taka i owaka, że jakim prawem w ogóle śmiałam zwrócić im uwagę, że oni tyle pieniędzy u nas już zostawili, a ja mam czelność się „rzucać” o jakieś świeczniki (tak na marginesie, to ich rachunek wynosił 100 zł, więc około 25 na osobę). Kiedy pani już wywaliła z siebie swoje żale, kazała mi zawołać kierownika. Kierownik przyszedł, a pani powiedziała mu, że jestem arogancka, bezczelna i chamska i żądają albo rabatu, albo darmowych deserów dla wszystkich. Na szczęście mój kierownik jest osobą mądrą i zamiast wdawać się w dyskusje z panią, wyliczył jej cenę wszystkich zbitych figurek. Jakoś odechciało im się rabatów i deserów gratis :)
PS Kierownik odpuścił już kwestię zapłaty za zniszczenie figurek, ale jak powiedział, dzięki temu więcej tu już nie przyjdą.
PPS Oczywiście figurki były bardzo tanie, ale specjalnie zawyżył przy nich ich ceny.
Moja mama zmarła na raka. Spokojnie, to było tak dawno temu, że mam wrażenie, że w poprzednim życiu. Zaczęło się od raka piersi. Walczyła 5 lat. W tamto lato, jako jeszcze student, wyjechałem do pracy za granicę na parę miesięcy. Po powrocie żyła jeszcze jakieś 6 tygodni. Nigdy nie powiedziała mi ani mojej siostrze, jak bardzo źle z nią jest w tej ostatniej fazie – choroba zajęła cały organizm i wyłączała po kolei kolejne narządy. Chyba w jakiś pokręcony sposób chciała nas chronić, choć do tej pory nie bardzo potrafię zrozumieć przed czym. A może sama nie chciała dopuścić do siebie myśli, że umiera.
Nie róbcie tego!
Jeśli jesteś rodzicem i masz raka, nie rób tego swoim dzieciom. Jeśli jesteś w tej sytuacji, to zdajesz sobie doskonale sprawę ze swojego stanu. Jeśli jesteś już na takim etapie, że wiesz, że koniec się zbliża, powiedz to swoim dzieciom. A właściwie to nie czekaj do ostatniego momentu i powiedz wcześniej. Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że nic nie zauważyłem, że ona nic nie powiedziała. A miałem tak dużo pytań. Było tak wiele rzeczy, o które chciałbym spytać. Od najbardziej trywialnych – jak przygotować ulubioną pieczeń – do bardziej poważnych – np. jak się poznali z tatą. Czy chociaż powiedzieć jej, że dobrze mnie wychowała, że postaram się tak postępować w życiu, aby zawsze była ze mnie dumna i że zawsze będzie w moim sercu. A może ona chciała mi coś powiedzieć? Może chciała przekazać mi coś ważnego? Być może mówiła, a ja nie słuchałem zbyt uważnie. Może gdybym zdawał sobie sprawę z jej stanu, moja uwaga byłaby większa.
W poniedziałek rano już prawie nie było z nią kontaktu, nie miała siły utrzymać szklanki w ręce. Zabrałem ja do szpitala. Tam usłyszałem wyrok. Zmarła w piątek o 5 rano. Miałem tyle pytań... Twoje dzieci też mogą je mieć.
Za dzieciaka wpadłem wraz z kuzynką na genialny pomysł. Otwieramy sklep. Na szybko z kilkunastu desek znalezionych w szopie zbiliśmy mały stragan, wymalowaliśmy piękny szyld i otwarliśmy interes.
Towary przez nas oferowane mógłbym teraz określić jako dość niecodzienne i bezsprzecznie urocze. Raz były to foliowe siateczki podwędzone mojej mamie z kuchni i napełnione piaskiem z piaskownicy, innym razem najładniejsze kamyki i gałązki jakie udało nam się znaleźć, a nawet ślimaki, na które polowaliśmy po wiosennych deszczach. Ceny były niewygórowane, 30 groszy za kamień. Kto by nie skorzystał?! Marketing również działał. Kuzynka większość czasu spędzała na bieganiu po wsi z kartonem... Stfu... Niesamowitym szyldem reklamowym zawieszonym na szyi, namawiając wszystkich do odwiedzenia naszego sklepu. Ja natomiast zajmowałem się sprzedażą i skrzętnie notowałem wszelkie transakcje w "księdze rachunkowej". Nie trzeba było długo czekać, by cała wieś huczała o naszym przedsięwzięciu. I ludzie kupowali, bo kto by dziecku odmówił :)
Dzisiaj znalazłem zeszyt, w którym prawie dwie dekady temu zapisywałem nasze handlowe dokonania. Z ciekawości zsumowałem wszystkie zawarte w niej kwoty. Oniemiałem... Nasz sklep funkcjonował dobre trzy miesiące. Później, jak to dzieciom, znudził się nam i poszliśmy się bawić w inne spajdermeny. Mimo to udało się nam na zwykłych patyczkach i kamyczkach zarobić mniej więcej 800 złotych. Nie ma to jak dzieciństwo :)
Nienawidzę ludzi. Wszystkich. Każda znajomość kończyła się porzuceniem i rozczarowaniem. Nikt mnie nigdy nie lubił, tym bardziej kochał. Kiedyś zależało mi na znajomościach, próbowałam jak mogłam, zaczęto się nade mną znęcać. Teraz każdy mnie niesamowicie irytuje (dotyk, zaglądanie w telefon, łażenie razem, łażenie za mną, nieporadne ciągłe próby zbliżenia się do mnie, zwykle w złym albo samolubnym celu, lub jestem „mniejszym złem” dla kogoś, kto nie ma też znajomych i chce kogokolwiek mieć), nieważne, czy ma dobre czy złe intencje. Nawet jak do kogoś zagadam, aby nie było niezręcznie, jestem zbywana jako gorsza osoba, ktoś, kto jest „mniej” człowiekiem. Chcę spędzić życie sama, bez nikogo. Nienawidzę ludzi.
Jestem w 3 klasie liceum. Od kilku lat biorę tabletki antykoncepcyjne, na początku ze względu na problemy z miesiączkowaniem, a później również jako antykoncepcję. Ostatnio, gdy byłam w szkolnej toalecie, zadzwonił mi alarm w telefonie, że to już czas na tabletkę, więc wyjęłam opakowanie z plecaka i próbowałam wyciągnąć pigułkę. W tym momencie do toalety weszła nauczycielka i wyrwała mi z rąk tabletki, po czym zaczęła krzyczeć, że jak ja mogę je brać, że to trucizna, a poza tym jest to nieodpowiednie zachowanie (?). Stałam jak wmurowana, a ona wygłosiła całą przemowę na temat tabletek antykoncepcyjnych, po czym zabrała je i poszła. Jestem nieśmiała, więc wpadłam w panikę, bo co mam zrobić, skoro nawet nie zdążyłam tej tabletki wziąć? W końcu przemogłam się i wyjaśniłam sytuację wychowawczyni, która poszła porozmawiać z tamtą nauczycielką i tabletki odzyskałam.
Wiecie co jest najśmieszniejsze? Że ta nauczycielka uczy WDŻ...
Japońska miejska legenda mówi, że jeśli nadal jesteś prawiczkiem kończąc 30 lat, zostaje się Magiem.
Za około rok przekonam czy to prawda, bo w moim przypadku prędzej nauczę się jak chodzić po wodzie, niż pójdę z dziewczyną chociaż na randkę.
Kiedy byłam mała i nieświadoma wielu rzeczy (miałam gdzieś 5 lat) bardzo dużo czasu poświęcał mi mój starszy brat. I jak to brat wytłumaczył mi już skąd się biorą dzieci.
Dokładnie pamiętam jak pewnego wieczoru siedziałam z bratem i rodzicami w kuchni, a że moi rodzice nie mieli zielonego pojęcia o tym, że ich mała córcia wie już co nieco, zaczęli sobie żartować ze mnie i zadawać niezręczne pytania typu: a (moje imię) może powiesz nam skąd się biorą dzieci?
Z pewnością byli przekonani, że opowiem o kapuście czy bocianie.
Ku ich zdziwieniu zaczęłam opowiadać mniej więcej takie rzeczy: "kiedy robi się ciemno kobieta się rozbiera i wchodzi do łóżka, a mężczyzna schowany nago w szafie czeka na odpowiedni moment i wybiega z szafy po czym kładzie się na kobietę."
Zawstydzone miny moich rodziców - bezcenne.
W tamtym roku niedługo po wakacjach przyszedł czas, abym w końcu poznał rodziców mojej dziewczyny. Mieli przyjechać w odwiedziny do miasta, gdzie studiujemy.
Przyjechałem do niej z samego rana, bo mieli być tam przed południem. Moja dziewczyna wyszła do sklepu, żeby kupić jakieś ciasto. Ja zostałem w mieszkaniu sam i coś czytałem na jej komputerze. Pomyślałem, że to świetny moment, aby zrobić kupę, póki jestem sam. Powstrzymywałem się już od dłuższego czasu, bo krępuję się załatwiać się u niej. Jej mieszkanie jest bardzo małe, to pokój z aneksem kuchennym i łazienką. Wszystkie ubikacyjne odgłosy są wszędzie doskonale słyszalne.
Gdy skończyłem z przerażeniem odkryłem, że skończył się papier toaletowy. Rozejrzałem się, sprawdziłem w szafce - nic. Wyszedłem z łazienki z opuszczonymi spodniami i w panice rozglądałem się za czymś, czym można się podetrzeć. Nic, nawet głupiej chusteczki. Przecież nie wytrę się w zasłonkę. W desperacji chwyciłem worek z krojonym chlebem. Nie mogłem dłużej zwlekać, a nic co by się lepiej nadało nie znalazłem.
Uff, nadało się. I to jak dobrze. Kromki miały idealną fakturę, były takie delikatne. Nie za twarde, nie za miękkie. Zużyłem chyba pół worka. Minusem za to było, że musiałem spuszczać wodę wiele razy i pomagać sobie szczotką.
Wychodzę z resztą chleba w ręce z łazienki, a tu moja dziewczyna wraz z rodzicami. Stoją i patrzą na mnie z obrzydzeniem. W całym mieszkaniu smród, a ja z tym chlebem wyglądam jakbym sobie zakąszał srając. Jak jakaś świnia.
Nie mogłem dopuścić, aby wywrzeć takie złe pierwsze wrażenie. Wyjąkałem, że nie jadłem, tylko nie miałem czym się podetrzeć. To był błąd, zaraz się zorientowałem po ich minach, jak do nich dotarło, że podcierałem się chlebem.
Nic już więcej nie mówiłem tylko wyszedłem. Parę tygodni potem zerwaliśmy, może to i lepiej, bo uniknąłem drugiego podejścia do poznawania jej rodziców.
Dodaj anonimowe wyznanie