#FIEIf

Mam 16 lat i nie chcę w przyszłości mieć dzieci, dla mnie to jest nadmiar obowiązków i wyrzeczeń i chcę przeżyć swoje życie tylko dla siebie, bez ograniczeń, jakim jest ogromna odpowiedzialność za drugą osobę. Ostatnio powiedziałam o tym swojej matce, jej reakcji po niej się nie spodziewałam. Powiedziała, że to brzmi idiotycznie i że pewnie naczytałam się jakichś głupot w internecie i dlatego tak uważam, ale kiedyś z pewnością przyjdzie moment że odmieni mi się (jestem pewna że nie). Powiedziała że muszę koniecznie urodzić dziecko bo jeżeli organizm kobiety nie spełni najważniejszej funkcji to potem będą problemy ze zdrowiem. Cóż, jakoś nie przekonało mnie to do zmiany zdania.

#rprdM

To zdarzyło się w poprzednie Walentynki. Jestem miłym gościem. Uważam, że swojej kobiecie trzeba okazywać uczucie każdego dnia roku i dlatego zawsze olewałem Walentynki jako sztuczne, marketingowe pseudoświęto, mające na celu napędzanie sprzedaży w sklepach. Jednak trudno było nie zauważyć, że moja dziewczyna ma inne zdanie i chciałaby jakoś uczcić ten dzień.

Zarezerwowałem zatem stolik w romantycznej, małej restauracji i zamówiłem bukiet z dostawą do domu, a na załączonym bileciku zleciłem aby wydrukowali “Od... ?”. Bo ja przecież nie obchodzę Walentynek. Nie był to trafiony pomysł.

Gdy przyszedł 14 lutego i kurier przyniósł kwiaty spytałem ją dla żartu “Jak myślisz kto taki mógł je przysłać?”. Odpowiedź zupełnie mnie zaskoczyła “Pewnie Marcin z pracy.”. EEE? Kto to kurde jest Marcin z pracy?

Jak pomyślałem tak powiedziałem: “Nie, są ode mnie! Kto to do cholery jest Marcin z pracy?”. Moja dziewczyna wyjaśniła, że Marcin z pracy od kilku miesięcy usilnie próbuje ją poderwać i ostatnio pytał jakie są jej ulubione kwiaty (tulipany - takie też kupiłem). Resztę dnia spędziliśmy na omawianiu Marcina z pracy i jego zalotów. Kolacja w restauracji upłynęła w niezręcznej atmosferze, a po powrocie do domu znaleźliśmy kartkę walentynkową w skrzynce na listy. Nie było napisane od kogo…

Moja rada lepiej podpisujcie walentynkowe liściki albo ona pomyśli, że to Marcin z pracy.

#3FsIv

Wiecie co jest najgorsze w pracy strażaka? Dostać na służbie wezwanie ze stanowiska kierowania PSP: „Wyciek gazu, udajcie się na ulicę...” – i tu usłyszeć swój własny adres. Chyba najgorsza służba w mojej karierze. Serce mi waliło jak oszalałe. Ciśnienie krwi to chyba miałem z 300 na 200. W głowie wszystko co najgorsze, same czarne scenariusze. Tak potwornego stresu nie miałem nawet na pierwszym wyjeździe po szkole pożarnictwa. Jak dojechaliśmy na miejsce zdarzenia, to były już trzy zastępy z jednostki ratowniczo-gaśniczej. Jak usłyszałem, że sytuacja opanowana i nic się nie wydarzyło, to musiałem usiąść na ziemi. Emocje opadły i momentalnie opadłem z sił.

Przez sześć lat pracy w straży się tak nie bałem, jak na tej służbie.

#Z20QC

Jakieś 10 lat temu przed świętami przyjechałem do domu na przerwę świąteczną. Od kilku tygodni zapuszczałem brodę. Kolega poradził mi, aby w ogóle jej nie ruszać, tylko niech sobie rośnie na dziko i dopiero jak będzie pokaźna, to podstrzyc do konkretnego kształtu. A że dodatkowo dawno nie byłem u fryzjera, to wyglądałem jak rasowy menel. Moja mama była zajęta i poprosiła mnie, abym pojechał jej samochodem (kilkunastoletni rzęch) odebrać młodszego brata ze szkoły. Przyjechałem przed szkołę sporo przed czasem i zaparkowałem tak, aby mieć z samochodu dobry widok na wyjście ze szkoły. Zapomniałem komórki, nie miałem co robić, więc z niecierpliwością wypatrywałem, kiedy zacznie się przerwa. Po 10 minutach dzieciaki zaczęły wychodzić ze szkoły. Brat zwykle szybko wychodzi, ale tym razem chyba coś go zajęło, bo po paru minutach wciąż go nie było. Mijały kolejne minuty, przerwa się skończyła, jego nie ma. Plac przed szkołą opustoszał, większość samochodów poodjeżdżała, a ja wciąż czekam w samochodzie i gapię się na drzwi. Zauważyłem, że co chwilę woźna podchodzi do okna i patrzy w moim kierunku. W końcu znikła, ale wróciła z dwójką nauczycieli i patrzyli na mnie we trójkę.

Wtedy sobie przypomniałem… MÓJ BRAT NIE CHODZIŁ JUŻ DO TEJ SZKOŁY. Od września chodził do gimnazjum, a ja stałem przed jego podstawówką. Czym prędzej odjechałem.

Z ich punktu widzenia jakiś podejrzany, zarośnięty koleś stał przed szkołą pół godziny, gapiąc się na dzieci ze sfrustrowanym wyrazem twarzy, a następnie odjechał...
Na wszelki wypadek nie pokazywałem się w tamtej okolicy przez jakiś czas.

#cP8Ge

Moja córka ma 27 lat, jest niepełnosprawna neurologiczne na skutek wcześniactwa. Ma dość silny niedowład nóg, lekki rąk, lekkie zaburzenia mowy oraz zaburzenia integracji sensorycznej. Intelektualnie wszystko jest OK. Poza domem porusza się przy balkoniku, w domu przy meblach. Jednak martwi mnie jej brak chęci do normalnego życia. Po liceum jej niepełnosprawni rówieśnicy poszli na studia czy do szkół policealnych. Córka oblała wszystkie możliwe podejścia do matury pomimo korepetycji. Nigdy nie była wybitną uczennicą, szczególnie z przedmiotów ścisłych, często miała dwójki i trójki. Do liceum dostała się z odwołania, bo żadne szkoły w okolicy nie chciały niepełnosprawnej uczennicy. W liceum trafiła do klasy z rozszerzeniami z przedmiotów ścisłych, bo tam była jedyna klasa integracyjna, a mi zależało, by córka miała nauczycielkę wspomagającą. Wtedy jej problemy z nauką się pogłębiły. Szkolny psycholog, tłumaczył jej, że ze względu na stan zdrowa powinna uczyć się lepiej niż inni, bo ma więcej czasu, ale tylko bardziej zniechęciła się do nauki.

Do żadnej pracy nie chce iść, odrzuca wszystkie możliwe staże. Jej jedyny dochód to renta socjalna. Mówi, że nie czuje potrzeby posiadania pieniędzy, rentę oddaje mi całą. Zdaje się nie rozumieć konwenansów społecznych. Często nie wie jak podtrzymać rozmowę inaczej niż półsłówkami. No chyba że mówi o swoich pasjach (neurologia i Japonia), wtedy rozmowa przybiera kształt monologów. Jak na swój wiek jest nadmiernie emocjonalna, byle co umie u niej wywołać duży stres, rozpacz, jak i wybuch radości, nie jest przy tym jednak ani głośna, ani agresywna. Nie umie też nazywać swoich emocji ani odczytywać emocji innych czy współczuć innym ludziom. O innych przypomina sobie dopiero wtedy, gdy czegoś potrzebuje. Jedynymi jej znajomymi jest dwójka rehabilitantów turnusowych oraz poznana przez internet dziewczyna z tą samą niepełnosprawnością. Parę lat temu bardzo zainteresowała się własną rehabilitacją, dzięki temu cztery lata temu wstała z wózka. Bez przerwy może gadać o rehabilitacji, neurologii czy jej własnych uszkodzeniach mózgu. Intensywnie też ma rehabilitację. Ma dość nastoletni styl ubierania się, wiąże włosy w kitki czy warkocze, czyta książki głównie dla nastolatek (sama jedną pisze). Wykonuje polecenia, ale sama nie wykazuje inicjatywy. Mogłaby żyć w syfie, póki nie zwrócę jej uwagi, by posprzątała. Każda zmiana w jej grafiku powoduje u niej foch czy płacz, niezależnie czego zmiana dotyczy. Poza wyżej wymienionymi kontaktami społecznymi relacje społeczne mogłyby nie istnieć. Na spotkaniach rodzinnych nawet nie udaje, że słucha, tylko gapi się w telefon, czasami powtarza usłyszane zwroty.

Co robić? Bardzo się martwię o jej przyszłość. Szczególnie że jej własne rodzeństwo unika jej, według nich jest dziwna i nie wykazuje żadnej inicjatywy w relacji z nimi. Powiedzieli też, że w przyszłości się nią nie zajmą...

#MIwuf

W gimnazjum miałem swojego najlepszego kolegę Jacka. Bardzo się lubiliśmy, ale byliśmy zupełnie różni pod względem charakteru. Jacek zawsze się spóźniał na lekcje, często czegoś zapominał. A ja przeciwnie, zawsze czekałem pod klasą kilkanaście minut przed dzwonkiem, plecak pakowałem wieczorem i trzy razy sprawdzałem, czy niczego nie zapomniałem.

Nasze gimnazjum zorganizowało wycieczkę do jednego z większych miast w Polsce. Po dotarciu na miejsce zostaliśmy zakwaterowani – dostaliśmy z Jackiem dwuosobowy pokój. Rano, o 8:30, mieliśmy być gotowi do wyjścia z pokoju. Ja oczywiście już od 8 siedziałem na łóżku umyty, ubrany i spakowany do wyjścia. A Jacek? Jacek spał i nie reagował na żadne próby budzenia. O 8:30 jedna z opiekunek robiła obchód, gdy weszła do naszego pokoju pokoju i zobaczyła śpiącego kolegę, złapała jego kołdrę i energicznie szarpnęła. Odkryty, ale i bardzo zaspany Jacek wymamrotał tylko „Weź spier*alaj, mówiłem, że zaraz wstanę”. Zdziwiona opiekunka wymamrotała tylko „Radzę się pospieszyć” i poszła dalej :D

#Cc5Ok

Ostatnio w pracy przydarzyła mi się bardzo przykra sytuacja. Niosłam na tacy herbatę dla gościa i pech chciał, że tego dnia naprawdę był ruch nieziemski. Jedna pani szła przed siebie i rozmawiała przez telefon, kompletnie nie zwracając uwagi na to, co się wokół niej dzieje. No i weszła we mnie. Udało mi się na tyle wymanewrować tacą, że nikogo poza sobą wrzątkiem nie oblałam. Ból był tak potworny, że upuściłam wszystko co miałam i krzyknęłam. Pani spojrzała na mnie, odłożyła na chwilę telefon i powiedziała do mnie: „UWAŻAJ JAK CHODZISZ, KRETYNKO, MASZ SZCZĘŚCIE, ŻE NIC MI SIĘ NIE STAŁO!”. I poszła dalej jakby nigdy nic.

Ja mam poparzenie drugiego stopnia przedramienia i pierwszego stopnia na brzuchu. No ale co zrobić, skoro trafiło na córeczkę szefa, która poskarżyła się jemu, że to ja na nią weszłam i jeszcze na nią klęłam. Odszkodowanie co prawda dostałam, ale „przepraszam” nie usłyszałam do tej pory.

#F35Kj

Sprzątając dziś półkę mojego przyszłego męża, natknęłam się na pudełeczko po prezerwatywach, co przypomniało mi historyjkę jak jeszcze pracowałam w hipermarkecie.

Któregoś jakże pięknego, deszczowego, zimnego i wietrznego dnia pracowałam sobie jako sześćdziesiątka, czyli zbierałam koszyki, nosiłam warzywka do zważenia, odnosiłam zwroty... Ot, dzień jak co dzień.

Przechodziłam akurat niedaleko działu z prezerwatywami i moim oczętom ukazuje się scenka – trójeczka pacholąt w wieku gimnazjalnym radośnie dziurkuje opakowania gumek (wybrali najdroższe albo prawie najdroższe). Cichaczem zawołałam ochroniarza. Efekt „zabawy”? 30 podziurkowanych opakowań, rodzice, policja (było więcej jak 300 zł, więc już przestępstwo).
I co się okazało? Jaśnie kawalerowie dali dyla z lekcji i postanowili poszwendać się po markecie...
Dodaj anonimowe wyznanie