Pracuję w kawiarni na jednej z krakowskich ulic. To tyle słowem wstępu.
Pewnego razu przyszła do nas starsza pani (na oko miała może z 70 lat), po ubiorze można było wywnioskować, że była bezdomna.
Przychodzi do kasy i pyta, czy mamy jakieś kremówki, więc odpowiadam zgodnie z prawdą, że mamy jeden rodzaj, a dokładniej kremówkę wiedeńską. Pani słysząc to zacytowała słowo w słowo jeden z paragrafów artykułu polskiego prawa mówiący o tym, że każda kawiarnia powinna posiadać listę z czego zrobiony jest dany produkt. (Nie bijcie mnie, nie zapamiętałem wszystkiego dokładnie, więc w paru kwestiach mogę się mylić). My w szoku, a szef podaje pani kartę z produktami użytymi do produkcji naszej kremówki. Pani popatrzyła i spokojnym głosem informuje nas, że to nie jest kremówka wiedeńska, tylko krakowska, bo krakowska jest zrobiona z tego i z tego, wiedeńska z tego i z tego oraz wymieniła jeszcze parę różnych rodzajów kremówek. My w jeszcze większym szoku, pakujemy pani kremówki, bo jednak zdecydowała się na krakowskie. Kolejne pytanie od starszej kobiety: "Czy mają państwo terminal?". My już w głowie "Aha. Czyli płaci kartą". I wtedy pani dopowiada: "Ja płacę blikiem" (??). Całe szczęście był szef obok, bo my nie wiedzieliśmy co to jest blik.
Pani zapłaciła, siada do stolika i nagle dzwoni jej telefon. Pani wyjmuje słuchawkę Bluetooth, zakłada na ucho, podwija rękaw, a pod rękawem smartwatch. Wszyscy klienci patrzą na babcię z wytrzeszczonymi oczami, a ta jak gdyby nigdy nic zaczyna rozmawiać, bierze kremówki i wychodzi.
Babcia hipster, nie ma co.
Wychowujemy już szóste pokolenie sikorek, tzn. dokarmiamy... W piątym pokoleniu jeden z tych ćwirków wskoczył na parapet wewnętrzny i ćwierka i stuka, że słonecznika w pojemniku nie ma. To było o piątej rano. No to co, rano trzeba wstać, rano to dzień. Nasypane, wrócił do mnie ćwirek, zaćwierkał i poleciał, nie wiem, czy to było podziękowanie czy coś, ale OK. Gorzej, że tę historię opowiedział swoim dzieciom... To co zrobił jego syn czy córka przerosło to, co on zrobił w tamtym roku...
Lato, gorąco, to okno otwarte na oścież, godzina 7:00. Mam przy łóżku stolik, na nim miałem żarcie przykryte metalową miską... (no dokładnie). Jeden ćwirek postanowił wlecieć do mieszkania, stanąć na tej misce i walić dzióbkiem, żeby mnie obudzić, a jak to już się stało, to później podleciał na parapet zewnętrzny jeszcze kilka razy, zastukał i popatrzył się na mnie i odleciał na drzewo. Skończył się słonecznik w misce...
Dla niektórych wkurzające jak można tak dziecko wychować, a dla drugiego słodkie, że dzikie zwierzęta nie boją się :) Ale ten skubaniec co zrobił, to w szoku byłem.
Mój ojciec jest pszczelarzem. Zwykle, gdy rusza w plener (grzybobranie, jezioro itp.), bierze ze sobą do picia roztwór wody i miodu w plastikowej butelce. Czasem niedopita woda z miodem zalega gdzieś w kącie kuchni do czasu, aż matka ją znajdzie i sprzątnie.
Mój ojciec ma w domu schowek na sprzęt – trzyma tam czapki i stroje pszczelarskie, wędki i tym podobne rzeczy. Kiedyś przy sprzątaniu tego schowka matka znalazła pełną dwulitrową butlę wody z miodem, w zaawansowanej fazie fermentacji. Gazy fermentacyjne rozpychały ją od środka, nadając jej kształt jaja z nakrętką na czubku.
Spojrzałem na brata porozumiewawczo – przecież to prawdziwa gratka! Idealny materiał, żeby zrobić jakiś żart! Myśleliśmy trochę nad planem, ale nic sensownego nie przychodziło nam do głów. Przede wszystkim wynieśmy to z domu, zanim eksploduje – stwierdziłem i chwyciłem bombę za nakrętkę, coby nie uciskać ścianek. Wyszliśmy przed dom, a ja postanowiłem postawić wybuchowy ładunek na chodniku.
W tym momencie stało się bardzo wiele naraz.
W jednej chwili usłyszałem ogromny huk i pisk w uszach. Zupełnie oszołomiony próbowałem ogarnąć sytuację. Gdy po chwili wrócił mi słuch, usłyszałem dziki śmiech brata – zwijał się ze śmiechu na trawie. Wtedy ogarnąłem, że od paru minut stoję jak ten kojot z bajki – mokry i lepki, nachylony nad chodnikiem, w wyciągniętej ręce trzymając za korek górę od butelki (z poszarpanymi brzegami na kształt kwiatka).
PS Sąsiadka myślała, że gdzieś eksplodował powojenny granat.
Spodu butelki nigdy nie odnaleźliśmy.
Od roku prowadzę serwis komputerowy. Handluję głównie sprzętem nowym, ale mam także osobną gablotę ze sprzętem używanym. Szczerze mówiąc, wzięcie na „używki” jest dość duże. Sprzęt testowany, z trzymiesięczną gwarancją, w bardzo atrakcyjnych cenach. Czasem zdarza się, że nazbiera się części na komputer, składam go i czeka na kupca.
Kilkanaście tygodni temu przyszedł chłopak na oko 12-13 lat. Pooglądał, popytał, szukał czegoś taniego. Widać było, że w domu się nie przelewa. Młody przychodził praktycznie codziennie, pytając, czy jest coś tańszego. Niestety nie było. Z czasem zrobiło mi się go trochę szkoda. Rozbebeszyłem wszystko co miałem do demontażu, pogrzebałem po kartonach i złożyłem całkiem przyzwoity sprzęt. Zaproponowałem chłopakowi, że jak mi poroznosi ulotki, to mu go podaruję. Uradowany poleciał do domu zapytać o zgodę.
Nie minęło 10 minut, jak wpadła do mnie „trącająca” alkoholem i niepranymi skarpetami matka, niemal buchając ogniem z nosa.
[M]atka: Co ty mi będziesz dzieciaka do pracy wykorzystywał?! Daj mu ten komputer, bo to zgłoszę!
[J]a: Słucham?
[M]: Daj mu ten komputer, stać cię!
[J]: Proszę pani, robię pani przysługę i chcę podarować pani synowi za drobną przysługę sprzęt o wartości kilkuset złotych, którego pani mu raczej nie zapewni.
[M]: Ty go chcesz do ciężkiej pracy wykorzystywać (miał roznieść 250 ulotek). Mój dzieciak nie będzie się dla takiego chama niewolnikiem!
I wyszła. Opad szczęki mi chyba został do dzisiaj. Tylko dzieciaka mi cholernie szkoda.
Dzisiaj, będąc w toalecie w pewnej galerii, stałem przy pisuarze i robiłem swoje. Myśląc, że jestem sam, puściłem takiego atomowego bąka, że sam prawie tam umarłem.
Nagle za mną z kibelka wyszedł nie kto inny, jak mój nauczyciel od biologii. Spojrzał na mnie i powiedział: „Cóż, raz z tłumikiem, a raz z armaty”...
Teraz mi głupio na jego lekcje chodzić.
Jesień 1999 roku, zacząłem właśnie pierwszą klasę szkoły podstawowej. Popołudniami często graliśmy z kolegami z nowej klasy w piłkę, jednak zawsze mówiłem, że rodzice kazali mi wrócić do domu najpóźniej o 17:30.
Prawda wyglądała jednak tak, że o 17:45 na Polsacie była Luz Maria, którą oglądaliśmy całą rodziną i nie wyobrażałem sobie, że mógłbym nie obejrzeć nowego odcinka.
Czasy mojej szkoły podstawowej. Mała wieś, 15 dzieci w klasie i Madzia. Madzia była zawsze najmądrzejsza, najładniejsza, najzdolniejsza. Madzia była gwiazdą w naszej klasie. Na czym polegał jej fenomen? Jej mama była dyrektorem szkoły. Z tej racji sporo nauczycieli aby wejść w tyłek pani dyrektor podwyższało Madzi oceny. Jak? Np. sprawdzian, dostajemy kartki z pytaniami, z przodu kartki trzy pytania, z tyłu dwa. Rozdanie sprawdzianów, nauczycielka obwieszcza wszystkim, że Madzia dostaje piątkę, mimo że nie odpowiedziała na te dwa pytania z tyłu kartki, bo pewnie ich nie zauważyła, ale gdyby zauważyła, to na bank znałaby na nie odpowiedź.
Madzia przecież zawsze była stawiana za wzór, zawsze, gdy z kimś rozmawiała była niczym smerf ważniak ze swoimi radami i mądrościami, zawsze musiało być tak jak ona chce, mimo że nie zawsze miała rację. Mama Madzi przychodziła pod koniec roku do nauczycieli, zaglądała w dziennik i pytała, jaka ocena Madzi wychodzi, a gdy słyszała „cztery”, potrafiła z pretensjami rzucić „To trzeba dopytać, ona w domu przecież się uczy”. Madzia zawsze w każdym przedstawieniu grała główne role, nawet te śpiewane, gdzie zdolności muzycznych nie miała żadnych. Długo by opisywać...
Madzia jako jedyna poszła do szkoły średniej do Warszawy, ambitnie, ale czy wyszło jej to na dobre? W drugiej klasie Madzia miała komisja w wakacje, tam władza jej matki nie sięgała i Madzia nie była już klasową prymuską. Studiów nie skończyła, rzuciła po roku. Dziś na fejsie co chwilę widzę, jak ludzie z naszej klasy zakładają rodziny, jeżdżą na wakacje, a Madzia została na wsi z rodzicami i z tego co wiem, nigdzie nie pracuje, czasem dorywczo przy zbiorze owoców. Miłości też nie znalazła żadnej, jest sama. Bez wykształcenia, bez pracy, bez perspektyw. Madzia dalej niczego się nie nauczyła, cały czas, gdy się gdzieś zobaczymy zadziera nosa i udaje najmądrzejszą...
Miło popatrzeć, że życie weryfikuje.
Kiedy byłam mała i chodziłam do przedszkola, miałam bardzo niemiłe wychowawczynie. Do tego byłam ruchliwym dzieckiem i nienawidziłam leżakowania.
Pamiętam bardzo dobrze jedną, piękną sytuację. Podczas leżakowania podniosłam rękę i poprosiłam o wyjście do toalety. Nie udzielono mi pozwolenia, mimo że mówiłam, że muszę siku. No ale dostałam burę: „Nie będziesz tyle łazić! Idź spać!”.
Skończyło się to perfidnym siku na leżak w ubraniu i sprzątającej to wychowawczyni, do której z wrednym uśmieszkiem powiedziałam „Mówiłam, że chce mi się siku”.
Takiej złości w czyimś spojrzeniu nigdy więcej nie widziałam ;)
Nigdy nie umiałam rozmawiać z ludźmi. W sensie – wymyślać tematów. Jeśli ktoś do mnie nie zagaduje, to stoję jak debil i milczę, dopóki druga osoba się nie odezwie – o ile w ogóle chce ktoś ze mną rozmawiać.
Nie mam przyjaciół. Mam jedną koleżankę z podstawówki, ale gdy się spotkamy, to ona musi mnie zagadywać, bo inaczej jest cisza. Tak samo z koleżanką z ławki. Czasem powiem coś, co u mnie się wydarzyło, ale mam raczej nudne życie, więc po chwili znowu nie mam o czym rozmawiać.
Naprawdę, wiem, jak to brzmi, ale zazdroszczę osobom, które są gadułami.
Najdziwniejsze, że kiedyś sama byłam gadułą, ale gdy zaczęłam mieć większy problem z wysławianiem się (niewyraźnie mówię, nie mogę się wysłowić czasem etc.), to z czasem przestałam mówić, żeby się nie zbłaźnić przed innymi.
Wie ktoś co na to poradzić? :(
Pracuję w dziale IT – kiedy komputer pracownika „nie bangla”, zgłasza się to do mnie.
No i godzina ósma rano, dzwoni telefon – zgłoszenie. Klientka o zmęczonym głosie mówi, że „urządzenie nie działa”. W związku z tym pytam ją o numer pracownika, takie tam formalności i przechodzę do pomocy:
- Na jakim systemie pani pracuje?
- Umm... No... Ummm, no nie wiem... Niech pani poczeka... Samsung... Siemens... Tak, Siemens.
No okej, zdarza się, ludzie nie wiedzą.
- Chodzi mi o nazwę SYSTEMU, czy to jest Windows, Linux ..?
- No, nie wiem... Windows. Chyba... Tak, pewnie Windows.
W bazie niestety nie mam takich informacji, bo pracowników jest masa i nie zawsze z tym dajemy radę. No ale trudno, spróbuję podejść z innej strony:
- Dobrze, w porządku, to może proszę mi szerzej opisać problem, co nie działa?
- Ouu, no w ogóle nie działa, bo próbowałam z trybem ekonomicznym.
- Trybem ekonomicznym? Pracuje pani na urządzeniu przenośnym?
- Nie, nie, nawet nie wiedziałam, że są przenośne. No takie zwykłe no... Wciskam tryb ekonomiczny i nie działa. Wie pani, na ten obrazek z trybem ekonomicznym.
- Czy może mi pani dokładnie wyjaśnić co pani robi i w którym momencie urządzenie odmawia współpracy?
- No wkładam naczynia, naciskam ekonomiczny i potem start i nie rusza.
Tak, chodziło o zmywarkę. Od tego wydarzenia do prezentacji szkoleniowej dla nowych pracowników dodaliśmy dopisek, czym zajmuje się dział IT. I że nie są to urządzenia AGD :)
Dodaj anonimowe wyznanie