Mam na imię Sandra, mam 23 lata. Mam też chłopaka. I nie wiem co zrobić z tym związkiem.
Mój ukochany jest parę lat starszy. I zarabia bardzo dobrze, znacznie więcej ode mnie, więc lubi też sprawić sobie przyjemność. Lubi podróżować. Przynajmniej raz w miesiącu robi sobie weekendowy wypad w góry, nad morze. Gdziekolwiek. Mieszka też w dużym, piętrowym domu. Uwielbia spędzać czas na mieście. Dwa razy w tygodniu to absolutne minimum. Przy takim trybie życia spokojnie wystarcza mu, żeby odłożyć około trzech tysięcy miesięcznie. I teraz chce, żebym się do niego wprowadziła. Skoro się kochamy, to w czym problem, prawda? Ano w tym problem, że mój ukochany cały czas pilnuje, żebym go nie wykorzystała. A mnie nie stać na jego tryb życia. W restauracjach płacimy każde za siebie. Wcześniej płaciliśmy na zmianę, ale zbuntowałam się, bo ja zamawiałam za połowę tej kwoty co on, bo zwyczajnie jem mniej. Zgodził się, powiedział, że nie chce mnie wykorzystywać. Za wycieczki płacę wszystko za siebie, jak oznajmiłam, że nie stać mnie, bo w zeszłym miesiącu były dwie wycieczki, to oznajmił, że nie ma problemu, pojedzie beze mnie. Już teraz od wielu miesięcy żyję niemal na styk. Jak wprowadzę się do niego, to będę musiała się dokładać połowę kosztów utrzymania tego wielkiego domu. Mówi to otwarcie. Mówi, że nie po to ciężko pracuje, żeby rozdawać pieniądze innym. Powtarza, że on nie będzie niczyim sponsorem. A przede mną rysuje się przyszłość, gdzie ja siedzę w domu i zastanawiam się za co kupić ciuch i patrzę, jak on podróżuje, widuje się z kumplami, jada na mieście.
Kiedyś o tym rozmawialiśmy. Przyznał, że dokładanie się do utrzymania domu jako procent od zarobków ma sens. Teraz gdy poruszam ten temat oznajmia, że nie będzie rozmawiał o pieniądzach i jakoś się dogadamy. A ja bym chciała, żeby czasem mnie gdzieś zabrał tak po prostu, bez myślenia, że mnie nie stać, bo nawet jak zapłaci, to za parę dni ja zapłacę za nas dwoje. Gdy mu mówię, że w sumie mógłby czasem tak zrobić, to obrusza się, że przecież zarabiamy tyle samo. A tyle samo to my mamy podstawy, on zarabia dodatkowe tysiące jako premie i prowizje.
Nie wiem co tym wszystkim myśleć. Czuję się jak materialistka, ale po prostu dla mnie to normalne, że lepiej zarabiający partner dokłada się nieco więcej albo chociaż dopasowuje się wydatkami do partnera. Gdybym ja zarabiała więcej, to nie miałabym żadnych oporów pokrywać większej części kosztów. Nie chcę całe życie kombinować, żeby starczyło mi na buty, sukienkę, leki i kosmetyki.
Ogólnie jest dobrym człowiekiem, uczciwym. Tylko na punkcie pieniędzy ma fizia.
Nie wiem, czy to ja jestem jednak ta pazerna, że oczekuję od niego pokrycia części kosztów jego trybu życia, czy on nadmiernie na mnie oszczędza.
Pewnego wieczoru wybraliśmy się z moim chłopakiem i jego znajomymi do klubu. Tańce, drineczki, ogólnie super zabawa. Siedząc przy stoliku z paroma znajomymi chłopaka dostrzegliśmy, że klepnął on w tyłek jakąś dziewczynę... ta jednak za bardzo nie zwróciła na to uwagi, a on zmieszany wrócił do nas. Okazało, że była ubrana bardzo podobnie do mnie, a od tylu wyglądała niemalże tak samo. Nie miałam mu tego za złe, śmiałam się wraz ze znajomymi, że gdyby wymienił mnie na nią, to nikt by nie zauważył.
Minął miesiąc, dziś nakryłam w łóżku mojego chłopaka z tą właśnie dziewczyną z klubu. Chyba za bardzo wziął sobie żarciki znajomych do serca ;))
Ostatnio siostra męża zwyzywała mnie od najgorszych przez jedna pierdołę. Chciała mu kupić na urodziny portfel, ale powiedziałam jej, aby sprawiła mu perfumy, bo trzy miesiące temu wymienił sobie portfel na nowy. Sama zapytała, co sądzę o tym pomyśle, odpisałam grzecznie i zgodnie z prawdą o prezencie. Nie wiem co się z nią stało, ale jakby sam szatan w nią wstąpił. Zaczęła mi zarzucać wtrącania się w ich relacje (nigdy tego nie robiłam), oburzać się, że dyktuję jej, co ma kupić własnemu bratu (sama zapytała). Nazwała mnie bezczelna gówniarą (mam 28 lat, mąż 30, a ona 36), która niszczy jej relacje z bratem. Do tego wiele, wiele różnych epitetów, mniej lub bardziej przykrych. Powiem wam, że pierwszy raz w życiu ktoś mnie nazwał słowem na „k”.
Nie wiedziałam, czy powiedzieć mężowi. Nie chciałam, żeby zniszczył sobie relacje z jedyną siostrą, jaką by ona nie była, nie mieszkamy blisko siebie (100 km odległości), więc nie widuje jej często. Uznałam, że jeśli mnie przeprosi, zamkniemy temat i tyle. Napisałam jej to nawet, żeby miała czystą sytuację. Nie przeprosiła mnie. Przyjechała tydzień później i jak gdyby nigdy nic ze mną rozmawiała. Mąż, oczywiście, nie miał pojęcia o jej wybuchu żalu. Wkurzyłam się na maksa. No żeby nie przeprosić? Nie okazać żalu? Byłyśmy nawet przez chwilę same i nie zdobyła się na zwykle „przepraszam”? Miarka się przebrała. Pokazałam mężowi wszystkie wiadomości od niej, opisałam całą sytuację. Na początku mąż wściekł się i na mnie, że zataiłam przed nim coś takiego, ale po moich tłumaczeniach zrozumiał mnie. Zadzwonił do siostry, a ona... wyparła się wszystkiego. To nie ona, nie zna sytuacji, wysłała nawet screeny z telefonu z datą i nie było żadnych wiadomości.
Sytuacja stała się z tragicznej komiczna. Oczywiście, obydwoje jej nie wierzymy i musieliśmy uciąć relacje, dopóki nie przyzna się do błędu. Swoją drogą, do teraz się zastanawiam co trzeba mieć w głowie, żeby zrobić coś takiego.
Umówiłam się na randkę z facetem poznanym przez internet. Wszystko było super. Najpierw poszliśmy do kina, a potem udaliśmy się na spacer po parku. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmawiać.
Nie wiem jak to się stało, może to wina gazowanego napoju, którego zazwyczaj nie piję, po prostu się spierdziałam. To był najohydniejszy i najgłośniejszy pierd, jaki kiedykolwiek z siebie wydałam. Zrobiłam się cała czerwona, chłopak spojrzał na mnie z poważną miną, po czym puścił niemal równie głośnego bąka. Bo nie chciał, abym była z tym samotna :)
PS Wkrótce kolejna randka.
Za czasów liceum dużo udzielałam się w samorządzie szkolnym. Organizowałam imprezy szkolne, wycieczki i inne. Tradycją szkoły było wyjście na Mikołajki do pobliskiego przedszkola, które ma oddziały integracyjne. Przebieraliśmy się za Mikołajki i rozdawaliśmy dzieciom drobne prezenty. Zazwyczaj rolę Mikołaja dostawał całkiem spory kolega z równoległej klasy, jednak tamtego roku nie mógł i poprosiliśmy mojego chłopaka. Michał jest świetnym facetem, ale ma jedną wielką wadę. Najpierw robi, potem myśli. To niestety nie zmieniło się do dzisiaj.
Tak jak wspomniałam wcześniej przedszkole, które odwiedzaliśmy, było integracyjne, dlatego chorych dzieci tam nie brakowało. Byliśmy w trakcie rozdawania prezentów i zasada była taka, że dzieci podchodzą kolejno do Mikołaja, zamieniają z nim parę słów i dodają prezent (chyba normalne). Przyszła kolej Stasia. Staś jest świetnym chłopcem, ale niestety jeździ na wózku inwalidzkim. Podjechał do Mikołaja, a ten wypalił bez namysłu do niego „ale masz fajnie, wszystkie dzieci muszą stać w kolejce, a ty sobie siedzisz”. W sali zrobiło się cicho i tylko mały Staś odpowiedział „Lamusy”.
Do niedawna miałam w telefonie taką durną aplikację – wirtualna opieka nad niemowlakiem. Skasowałam ją, bo była nudnawa.
I taka sytuacja: jedziemy windą z sąsiadem i mój 3-letni syn wypala: „Wie pan, dziecka już nie ma... Nie ma! Mama je usunęła!”.
Sąsiad spojrzał na mnie takim wzrokiem, że nawet nie próbowałam mu tego wytłumaczyć :D
Kiedy miałam 15 lat, przyłapałam swoich rodziców na oglądaniu filmów dla dorosłych. Nie wiedzieli, że ich widziałam, gdyż było to w nocy, więc myśleli, że śpię.
Parę dni później chciałam sprawdzić ich reakcję i pokazałam im historię wyszukiwania. Nie zgadniecie, co zrobili rodzice...
Zrobili awanturę mojej 10-letniej siostrze i dali jej szlaban na komputer oraz zrobili jej pogadankę na temat stron, na które wchodzi.
Jest takie miasto nadmorskie w Polsce, w którego prawie centrum jest jednostka wojskowa. Rok w rok jest problem z pijanymi turystami wspinającymi się na płot tej jednostki. W końcu sezon letni, wakacje. Na nic płot, kamery i drut z żyletkami. Pijani turyści idący koło tej jednostki nie mogą za nic oprzeć się pokusie przeskoczenia na teren wojskowy. Nie ma takiej siły, żeby ich powstrzymać, coś w stylu: „Ja nie przeskoczę? Ja? Potrzymaj mi piwo”.
Bohater tej historii także nie oparł się pokusie. Wracał z dziewczyną mocno pijany i myk na płot. Wspiął się nasz bohater i nawet dobrze mu szło, ale zaplątał się mocno w drut z żyletkami. Ukochana chciała mu pomóc, ona była trzeźwa. Pokonanie płotu na stronę wojska nie stanowiło dla niej problemu. Ukochany wplątany w drut kolczasty nieźle go pokiereszował. Pani nawet udało się wyplątać ukochanego. Pokaleczony, pijany Polak był pewnie dumny z siebie i ukochanej. Płot został pokonany. Oboje znaleźli się na terenie wojska. Brawo! Po chwili jednak zostali złapani przez wartowników i pododdział alarmowy. Nic nowego. Przyjedzie żandarmeria, wezwie policję i przekaże nieproszonych gości. Policja po przesłuchaniu da im mandat i tyle. Prawda? No nie tym razem. Pijany Polak i owszem, dostanie mandat i tyle, ale – he, he – jego ukochana okazała się obywatelką Republiki Białorusi. Ups, i to niezłe ups (był to okres ataku na naszą wschodnią granicę przez króla ziemniaków i jego psy, czyli specsłużby).
Akcja gruba. Obywatelka Białorusi została posądzona o penetrowanie terenu zajętego przez siły zbrojne RP. Straż graniczna, kontrwywiad, deportacja i zakaz wjazdu do RP na kilka lat.
Ciekawe, czy ich miłość przetrwała tę próbę. Myślę, że ta dziewczyna nie miała nic takiego na celu. Chciała uwolnić swoją drugą połówkę, a stała się przypadkową ofiarą swojej pijanej miłości.
Chyba jestem złym człowiekiem.
Kiedyś jedna pani z telemarketingu męczyła mnie telefonami na stacjonarny. Dzień w dzień chciała rozmawiać z jakimś Markiem i nie docierały do niej tłumaczenia, że ma zły numer. W końcu po kilkudziesięciu dniach męki z babsztylem powiedziałem, że Marek nie żyje, że zmarł rano... Więcej już nie zadzwoniła.
Mam nadzieję, że ów Marek ma się dobrze...
Pewnego razu, gdy chodziłam jeszcze do szkoły, koledzy z klasy wymyślili sobie pewną zabawę. Zaczajali się pod automatem z napojami, czekali aż ktoś przyjdzie i wrzuci swoje pieniądze, po czym znienacka szybko wciskali przycisk z rosołem, zanim ta osoba zdążyła wcisnąć kawę. Obdarowana rosołem osoba oczywiście głośno wyrażała swoją irytację, a dowcipniś uciekał, rechocząc pod nosem.
Gdy się o tym dowiedziałam, ogarnął mnie ogromny smutek i żal, tak mi szkoda było tego biednego rosołu, którego nikt nie chce, który jest zamawiany tylko wtedy, gdy ktoś robi sobie jaja. Pomyślałam, że przecież ktoś kto projektował ten automat umieścił tam rosół zupełnie na serio, myśląc, że może komuś się to kiedyś przyda... Wyobraziłam sobie, jak ciągle dosypują do tej maszyny kawy, a zbiornik z rosołem zostaje nietknięty...
Raz na jakiś czas mi się to przypomina i nadal mi smutno.
Dodaj anonimowe wyznanie