#guKBu

Trzy lata temu bezmyślnie zacząłem bójkę z innym kolesiem, ale niestety ją przegrałem i zostałem na dodatek okradziony z ubrań. Tak, ze wszystkich ubrań, a także butów (oprócz skarpetek). Sprawca uciekł. Próbowałem go gonić, ale niestety bieganie w samych skarpetkach po żwirowej polnej drodze nie należy do łatwych. Ochłonąłem trochę i zacząłem iść pieszo licząc, że spotkam kogoś po drodze i zostanę uratowany. Ale to tego dnia poznałem, jak ch*jowi są ludzie.

Gdy po kilku minutach zobaczyłem dwóch mężczyzn na horyzoncie, odetchnąłem. Zasłoniłem przyrodzenie jedną ręką i tyłek drugą, żeby ich nie gorszyć, i układałem sobie w głowie co powiedzieć. Ale już z daleka usłyszałem, jak się zaczynają ze mnie śmiać i pokazywać sobie palcami. Nie zdążyłem się nawet odezwać, a oni mnie minęli, nabijając się i rzucając jakimiś głupkowatymi tekstami. Dalej nie było lepiej. Większość ludzi ignorowała mnie, gdy do nich mówiłem patrzyli się w ziemię lub przed siebie. A jakieś dwie kobiety na rowerach gdy mnie zobaczyły z daleka, to zatrzymały się, odwróciły rowery i odjechały w przeciwnym kierunku. Ale szczytem było to, jak jacyś nastolatkowie zaczęli mnie wyśmiewać i rzucać we mnie szyszkami. Musiałem przez to zboczyć z drogi i uciec w pole, aby się odczepili.

Wtedy byłem wkurzony na maksa, sfrustrowany, co dodawało mi chyba adrenaliny i w niecałą godzinę dotarłem do przedmieść. Stąd było ok. 10 minut do mojego domu i tu miałem kryzys. Była godzina ok. 17-18, lato. Zacząłem myśleć, że przecież kumple mogą mnie zobaczyć. Sąsiedzi. Rodzina. Nie wiedziałem co robić. Iść? Przeczekać te parę godzin w krzakach do nocy? Ale byłem już zmęczony tym wszystkim, do tego spocony jak świnia i wszystko mnie swędziało. Zasłoniłem przyrodzenie i zacząłem biec do domu. Po chodniku było już łatwiej. Dobiegłem do domu, gdzie na szczęście byli tylko bracia, którzy po męsku nigdy nie poruszyli tego tematu, wiedząc chyba, co oznacza wracanie tak do domu.

I teraz najgorsze: gdy biegłem po polach, ktoś zrobił mi zdjęcie i wrzucił na lokalną grupę na Facebooku z pytaniem „Czy ktoś widział tego typa, co latał goły po polach?”. Zdjęcie było zrobione od tyłu, ale akurat odwróciłem się wtedy połowicznie i złapało mi trochę twarzy. Jakość zdjęcia była słaba, ale kto mnie znał, ten mógł rozpoznać. Zdjęcie spadło, ale niestety kumple i ludzie z pracy widzieli. Ale tutaj akurat obyło się pozytywnie: nikt nic nie powiedział, a koledzy nagle zaczęli być dla mnie milsi niż zwykle, tak jakby chcieli mnie pocieszyć z powodu tego, co się stało.

Nigdy ich o to nie zapytałem, ale wiem, że wiedzieli. Nie wiem, czy za moimi plecami o tym dyskutowali, pewnie tak. Ale przy mnie nigdy i traktowali mnie, jakby to się nie wydarzyło i chyba to był najlepszy rodzaj wsparcia.

Dzisiaj się przyznaję.

#amFJc

Pojechałam z mężem i dwójką naszych dzieci na święta Bożego Narodzenia do jednego kraju w Afryce. Jednej nocy mąż poczuł się bardzo źle i musiał wyjść przewietrzyć się i przy okazji miał iść do recepcji wyjaśnić jakąś sprawę. Ja zostałam z dziećmi w pokoju i spałam dalej, nie wiedziałam nawet o której wrócił i ile go nie było.
Dwa miesiące po powrocie dostałam wiadomość na Facebooku od dziewczyny z tego właśnie kraju, że jest w ciąży z moim mężem! Na potwierdzenie wysłała mi screeny ich rozmów. Podobno ona będzie jego kolejną żoną, obiecał jej, że do niej przyjedzie.

Tak, tej nocy co się źle czuł był u niej. Teraz już wiem, że podczas kolacji wigilijnej, gdy ja poszłam z dzieckiem do łazienki, podała mu karteczkę ze swoim numerem telefonu i numerem pokoju. Taka pamiątka z wakacji...

#6IPzw

O tym, jak spisałem sześcioro policjantów :D

Jestem wojskowym strażakiem. Mamy na naszej jednostce lądowisko dla śmigłowców. Często lądują u nas helikoptery lotniczego pogotowia (LPR). Odbywa się to zazwyczaj sprawnie – jedzie cywilna karetka z poszkodowanym (ZRM z WSPR) na nasze lądowisko (na jednostce wojskowej), ląduje LPR, przekazanie pacjenta i startuje. My jako straż zabezpieczamy to. Dodam, że odpowiadamy za załogę karetki na naszym terenie (żeby nie poruszali się sami/ robili zdjęć itp.).

Tego pamiętnego dnia wjechała karetka, ale za nią radiowóz policji. No okej, jedziemy na lądowisko. Podchodzę do policjantów i pytam, co tu robią. Otrzymuję odpowiedź, że przyjechali „popatrzeć”. Zaraz, co? Telefon do mojego oficera dyżurnego, czy coś wie na temat policji. No nie wie... dobra, spisać ich! No dwa razy nie trzeba mi mówić. W końcu ja ich, a nie oni mnie.
No to idę do nich i mówię „Dowódca pogotowia ppoż, stopień nazwisko (przedstawiam się), poproszę od państwa stopnie, nazwiska, imiona, numer boczny radiowozu i numer rejestracyjny”. Tu się zaczynają głosy niezadowolenia ze strony pięciu policjantów i policjantki. „Jak? Nas spiszecie? Dlaczego?” – mówi policjantka. No to mówię: „Bo wjechaliście na teren zajęty przez siły zbrojne RP, który jest poza waszą jurysdykcją. Wasz oficer dyżurny nie powiadomił naszego i zgodnie z procedurami i przepisami wartownicy powinni otworzyć na bramie do was ogień z broni palnej” (ich potwornie zdziwione miny były bezcenne). Powtarzam swoje żądanie mocno podniesionym głosem: „Stopnie, nazwiska, imiona, blachy i numer boczny radiowozu!”. Dowódca patrolu (sierżant) wydusza, że numer boczny jest taki jak blachy radiowozu. Kolejny raz bardzo stanowczo i mocno podniesionym głosem mówię: „Nie interesuje mnie to. Ma pan obowiązek mi to podać na moje wezwanie”. Sierżant już mocno zaszokowany zaczął podawać dane radiowozu, każdego z policjantów i swoje na końcu. Mówię: „Dobra, raz jeszcze, co tu robicie? Dlaczego wjechaliście bezprawnie na teren sił zbrojnych Polski?”. I słyszę: „Bo pacjent był agresywny w stosunku do zespołu ratownictwa medycznego” (karetki). Mówię: „Super, pana policjanci okłamali mnie na początku, twierdząc cwaniackim tonem, że przyjechali sobie popatrzeć. Tak ma wyglądać współpraca pomiędzy służbami? To co, wzywamy żandarmerię wojskową i kręcimy wam aferę, rozumiem?”. Ale po chwili dodałem: „Dobra, następnym razem jak chcecie wjechać do nas, powiadomcie naszego oficera, numer macie w Google”.
Szczerze? Czułem trochę satysfakcję :))

W czasie naszej rozmowy wylądował helikopter, pacjent został przekazany i helikopter odleciał. Na koniec odeskortowaliśmy policję do bramy i wróciliśmy na strażnicę opisywać całą sytuację.

Nikt nie jest poza prawem, zwłaszcza policja.

#nLqe7

Jestem człowiekiem widmem, czy powietrzem, jak kto woli... Ludzie mnie poznają, rozmawiają ze mną, spędzamy wspólnie kilka lat w szkole, na studiach, w pracy; potem nie widzimy się jakiś czas, a kiedy spotykamy się po latach, widzę ich zdziwione spojrzenia i niezadane pytanie: „A ty to kto?”. Na ulicy przechodzę niepostrzeżenie – nikt się nie obejrzy, nikt nie spojrzy, nikt nie zapyta o drogę (mimo iż faktycznie potrzebuje pomocy, a w okolicy nikogo nie ma).
Z początku nie zwracałam na to uwagi, ale zaczęłam się nad tym głęboko zastanawiać, gdy po raz wtóry zaproszono mnie na imprezę, a potem pytano się mnie, kto mi powiedział o zabawie. Potem zaczęłam składać inne elementy układanki – prowadząca na uczelni, która twierdziła, że nie chodziłam na zajęcia jej grupy, mimo iż siedziałam tuż przed jej biurkiem; ludzie, którzy WCHODZILI na mnie na chodniku – dosłownie, szli przed siebie, jakby nikogo nie było przed nimi (ich wielkie zdziwienie, gdy zderzali się z „powietrzem” – bezcenne); ta chwila ciszy, kiedy dzwonię do któregoś znajomego, a on/ona stara sobie przypomnieć „kto to do cholery jest?”; nawet rodzona matka, która wysłała pieniądze na życie mojemu bratu, a mi nie (kiedy zadzwoniłam w tej sprawie, powiedziała: „a bo ja o tobie zapomniałam!”) – aktualnie pracuję, więc nie mam problemu ze środkami na utrzymanie :P

W sumie fajna zdolność – mogłabym pracować w tajnym wywiadzie czy co :D
Z tym małym szczegółem, że czuję się okropnie samotna.

#TDLjL

Miałem przyjaciółkę. Wspaniałą, śliczną, uroczą, z pięknym uśmiechem. Znaliśmy się całe życie. Zawsze tylko przyjaźń. Zacząłem coraz bardziej się zakochiwać. Wspólne imprezy, filmy, kino. Postanowiłem wyznać co czuję. Powiedziałem wprost, że jestem zakochany, że mi na niej zależy. Chwila ciszy. Powiedziała, że fajnie, no ale poznała kogoś i tyle. Byłem totalnie w szoku, załamany, ale udawałem, że jest OK.
Poznałem go. Typowy sebix z osiedla. Traktował przyjaciółkę jak ostatnią szmatę. Wyzywał, poniżał itd. Wielokrotnie mówiłem mu, żeby się uspokoił. Nic nie pomagało. Dałem mu w pysk. Przyjaciółka zaczęła się drzeć, że mnie nienawidzi, nie chce mnie znać. Odszedłem. Nasza przyjaźń zakończyła się. Bolało. Przestałem się interesować, co z nimi.

Kilka lat później przyjaciółka odezwała się. Prosiła, błagała o spotkanie. Uległem. Na spotkaniu dowiedziałem się, że sebix zaczął ją bić, ćpał, kradł. Słuchałem i w głębi ducha miałem nadzieję, że go zostawiła. Okazało się, że zaszła z nim w ciążę. Urodziła. Ich dziecko jest upośledzone. Sebix po kilku latach takiego życia trafił do więzienia. W kilku pobili tak jednego faceta, że ten zmarł. Ona została sama z dzieckiem. Płacząc, przepraszając mnie, błagała o szansę. Powiedziała, że zawsze mnie kochała, ale nie była gotowa na stabilizację, a teraz jest. Dlaczego się odezwała? Dowiedziała się, że mam swoją firmę, która dobrze prosperuje. Kupiłem mieszkanie w kredyt, wziąłem leasing na samochód, zatrudniam ludzi. Wiedzie mi się bardzo dobrze. Niestety nie poznałem tej jedynej, z którą mógłbym stworzyć związek.

Wysłuchałem jej. Kiedy tak siedzieliśmy i ona płakała, naprawdę serce mnie bolało. Chwyciłem ją wtedy za dłoń i powiedziałem jej, że skoro teraz jest gotowa na stabilizację po tym, jak sebix jest w pierdlu, jak mają niepełnosprawne dziecko, to niech szuka jelenia, który będzie ich utrzymywał (przyjaciółka nie pracuje, bo musi się zajmować dzieckiem). Wstałem i wyszedłem.

Po jednym dniu dostałem naście telefonów od znajomych, jak mogłem tak zrobić, jakim jestem podłym człowiekiem. „Przyjaciółka” powiedziała wszystkim, że wyzywałem ją od szmat, że chciałem ją uderzyć, że kazałem się jej zabić. Co zrobiłem? Wyśmiałem każdego i powiedziałem w skrócie, jaka jest prawda. Nasi wspólni znajomi byli w szoku jaka jest podła i dlaczego tak kłamie.

Co w tym anonimowego? Chyba to, że mam satysfakcję, że „łobuz kocha najbardziej” jest w więzieniu, z którego długo nie wyjdzie, a ona została sama.

PS Co jakiś czas „przyjaciółka” pisała do mnie co słychać i czy mam ochotę się z nią zobaczyć. Po ostatnich wiadomościach wysłałem jej zdjęcie z moją narzeczoną i odpisałem „Nie, dzięki, mam narzeczoną”. Zostałem zwyzywany od podłych i zimnych skur**synów. Kontakt się urwał. Śmieci same się wyniosły. A ja mam się dobrze.

#JS1a1

W gimnazjum zazdrościłam koleżance powodzenia u facetów. Wpadłam więc na pomysł, że wymyślę sobie faceta, który rzekomo będzie pisał do mnie listy. Było to o tyle wiarygodne, że każde ferie i wakacje spędzałam u babci, 300 km od mojej miejscowości. Był on więc niby sąsiadem babci, z którym miałam spędzać czas. Po powrocie do szkoły mieliśmy pisać sobie listy. Był to czas, kiedy nie miałam jeszcze komórki, stąd list był na miejscu. Pisałam więc wszystko to, co każda dziewczyna chciałaby przeczytać, skrapiałam kartki perfumami starszego brata i pokazywałam koleżance, która zieleniała z zazdrości, bo powodzenie owszem, miała, ale żaden jej adorator nie był tak romantyczny, delikatny, zabawny i mądry jak ten mój.

Wstydzę się tego idiotycznego kłamstwa, ale za żadne skarby nie powiem jej jaki był nadawca tych listów, bo przecież wyśmiałaby mnie i moją głupotę.

#yqWEv

Są dwie rzeczy, których się wstydzę. Nic karygodnego czy niemoralnego, ale do tej pory nie daje mi to spokoju.

Rzecz numer 1: Byłam brudasem. Zawsze na bakier z higieną, z utrzymywaniem porządku wokół siebie. Nie chciało mi się myć, po prostu. Tak było odkąd pamiętam. Dlaczego? Nie wiem. Wychowywałam się w normalnym domu, gdzie może nie opływaliśmy w luksusy, ale biedni też nie byliśmy. Na przyborach do utrzymania czystości rodzice nigdy nie oszczędzali, a matka zawsze bardzo starała się, bym po domu i poza nim chodziła zadbana. Mimo to nie było we mnie tego poczucia, że trzeba o siebie dbać, regularnie myć zęby, podcierać się po skorzystaniu z toalety itd. Im bardziej dorastałam, im bardziej byłam samodzielna, tym mocniej problem narastał. W końcu się wyprowadziłam, skończyłam studia, zaczęłam pracę. Było mi wstyd jak cholera, gdy zdarzało się, że znajomi, współpracownicy czy nawet przełożeni (!) z niejakim zmieszaniem informowali mnie, że po prostu śmierdzę. Zawsze delikatnie, dyplomatycznie, ale przekaz był jasny. Tylko co z tego? Na parę dni powodowało to u mnie poprawę, a potem wracałam do starych nawyków.

Nie wiem co się stało, jak do tego doszło, ale w końcu sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Zaczęłam dbać o siebie jak nigdy. Szukać w internecie nowych sposobów pielęgnacji. Zawsze, ale to zawsze dbam o to, by mieć na sobie świeże ubrania, nie zapominać o umyciu zębów, regularnie brać prysznic (mam nawet ulubiony żel i szampon o zapachu truskawek). Zaczęłam też niemal pedantycznie troszczyć się o ład wokół siebie. I tym sposobem...

Rzecz numer 2: Gdy jestem wśród ludzi boję się, że cuchnę. Ogarnia mnie za każdym razem panika, że toczące się szeptem rozmowy nieopodal mnie dotyczą mojego przykrego zapachu. Że jeśli ktoś wychodzi z pomieszczenia, do którego weszłam, to dlatego, że śmierdzę. Że jeśli ktoś chociaż odrobinę zmarszczy twarz, to przeze mnie. Co z tego, że od dawna tamtego brudasa już nie ma – zastąpił go za to ten strach, że smrodu się już, choćbym się szorowała dniami i nocami, nie pozbędę, nigdy.

#uGUZ2

W środku nocy usłyszałem hałas. Wchodzę do salonu i widzę swoją kilkuletnią córkę prowadzącą dialog z ciemnością:
- Co robisz? Czemu nie śpisz?
- Rozmawiam z panią.
- Jaką panią?
- Nie możesz jej zobaczyć, bo nie żyje...

Nie powiem, zmroziło mnie, a i teraz czuję lodowaty dreszcz na samo wspomnienie.

#8IjXr

Prowadzimy z mamą mały biznes – mamy bar z hotelem. Nie jest to może pięciogwiazdkowy hotel, bardziej takie schronienie dla osób przyjezdnych bądź też pracowników firm budowlanych.

Kilka miesięcy temu do mojej mamy przyszła pewna para ok. 40 – mężczyzna i kobieta upośledzona psychicznie. Mówili, że ze względu na trudną sytuację życiową nie mają się gdzie podziać i chcieli zjeść coś ciepłego. Obie jesteśmy empatyczne, tak więc dałyśmy im to co chcieli, a nawet poszłyśmy o krok dalej – dałyśmy im dach nad głową. Mieszkali w jednym z pokoi hotelowych w zamian za pomaganie nam w pracy – mycie podłogi, pilnowanie porządku, czasem wyjście z psem na spacer itd.
I tak sobie żyliśmy przez kilka miesięcy. Aż do dzisiaj.

Okazało się, że nasi kochani znajomi w nocy okradli wszystkich mieszkańców hotelu i ślad po nich zaginął.
A my? Nie wiem, czy jesteśmy bardziej złe czy smutne. Nie ukrywam, tłumaczenie się przed naszymi gośćmi i policją przyjemne nie jest, ale gorszy jest brak wiary w ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie