Wzrosły koszty życia oraz raty kredytu i to jest tragedia dla wielu rodzin. A dla mnie...
Mam męża i synka trzyletniego.
Przed ślubem pracowałam w sklepie spożywczym, ale gdy zaszłam w ciążę, za namową męża i rodziny zrezygnowałam z pracy. Mąż zarabiał dobrze i kupiliśmy dom na kredyt.
Gdy syn skończył rok, chciałam wrócić do pracy, ale mąż stwierdził z moją mamą, że dziecko jeszcze jest za małe. Poczekałam trochę i wróciłam do tematu, ale „...czego ci brakuje, źle ci?”, „będziesz robić na zmiany, a co z dzieckiem?”, „więcej wydasz na opiekunkę, niż zarobisz”, „ja pracuję, co, nie ufasz mi?”, moja mama jeszcze dorzucała, że powinnam myśleć o rodzinie, a nie o jakimś moim widzimisię. A ja chciałam do ludzi... Kocham synka, ale on dorasta i co będzie ze mną?
I przyszły podwyżki, jedna, druga, a mąż zaczął przebąkiwać, że mały jest w przedszkolu i co ja robię cały dzień, jak on na mnie haruje.
Znalazłam pracę niedaleko domu w butiku, który jest otwarty w godzinach pracy przedszkola. Moja mama twierdziła swoje, ale tym razem poparł mnie mąż, że jeszcze jedna wypłata się przyda. Od czasu gdy pracuję (ponad dwa miesiące), mąż jest innym człowiekiem – pomaga w domu, docenia mnie i opowiada, jak to poszłam do pracy, by pomóc mu w spłacie zobowiązań. Syn zadowolony, a ja tylko kiwam głową, że łatwo nie jest, ale dajemy radę.
Prawda? Cieszę się, że mam pracę, pieniądze się przydają, ale najważniejsze dla mnie jest to, że mam swoje i nie muszę się o nie prosić męża, no i mam swój świat poza domem.
Mój dziadek (lat 84) to dziarski, świetnie trzymający się starszy pan, który nie wymaga żadnej specjalnej opieki. Rok temu przeprowadziliśmy go do nowego mieszkania w nieco bardziej nowoczesnym budownictwie. Na początku zeszłego lata do mieszkania nad nim wprowadzili się nowi lokatorzy, ale zarówno dziadek, jak i ja widywaliśmy tylko uroczą, rudą sąsiadkę, nigdy jej mężczyznę.
Pod koniec sierpnia, przy okazji naszego cotygodniowego posiedzenia na balkonie, dziadek wyjątkowo obficie szafuje nalewkami i w końcu prosi, żebym pomógł mu zawiązać bliższą znajomość z panem Leopoldem Torebką, owym fantomowym sąsiadem należącym do rudej pani. Dziadek w jednym miejscu mieszkania czasami mimowolnie słyszał, jak pani Ania (owa ruda) zawzięcie rozmawia z tym panem, który najprawdopodobniej jest zapalonym wędkarzem (teksty w stylu "Leoś, no co ja się mam z tobą i tymi twoimi robalami/muchami..."). Dziadkowi oczy się świecą, bo uwielbia wędkowanie, ale oczy i palce już nie te, ja przez pracę i co tu dużo mówić, kompletny brak zainteresowania nijak się nie nadaję, a tu pod bokiem młody sąsiad, wędkarz, a nuż zaiskrzy...
Cóż, pretekst się znalazł, powędrowałem na górę i dzwonię. Pytam panią Torebkę o pana Leopolda, mam do niego interes w imieniu dziadka... śliczna, ruda pani robi wielkie oczy i wyraźnie zdezorientowana znika w głębi mieszkania, a po chwili wraca z ogromnym (metrowym) wspaniałym samcem legwana (jeśli dobrze pamiętam to co o nim mówiła) i pyta, co to za egzotyczne owady uprzykrzają życie dziadkowi, że musi je smokiem szczuć.
Ów smok na imię Leoś (na cześć działa kolejowego) alias Torebka, a sąsiadka regularnie go zagaduje. Ale dziadek się nie rozczarował, bo jak się okazało, panna Anna z zapałem uprawia wędkarstwo spinningowe (zaraził ją tym jej świętej pamięci dziadek) i regularnie przesiadują wspólnie na pobliską rzeką, albo i dalszym jeziorem, jak im się nie chce zanadto zmachać. Za to kiedy ona musi gdzieś wybyć na kilka dni, Leopold ma oddanego opiekuna. Panna Anna tej wiosny wychodzi za mąż... ale ani za mnie, ani za dziadka, tylko za bardzo sympatycznego, równie zapalonego co dziadek, programistę - wędkarza :)
Gdy idę wieczorem ulicą, zaglądam ludziom do oświetlonych mieszkań. Oglądam pokoje, jak je mają urządzone, myślę o tym, co bym zmieniła... Kilka pokoi było dla mnie inspiracją przy remoncie swojego domu. Uwielbiam urządzanie wnętrz, nie zajmuję się tym zawodowo, a chciałabym.
Bliska mi osoba zaczęła ćpać. Gdy się o tym dowiedziałam, wpadłam na dobry pomysł.
Zabrałam tę osobę na „zakupy”, a mianowicie do sklepu z trumnami. Kazałam wybrać mu trumnę, która najbardziej mu się podoba.
Zapytał mnie:
- O co ci chodzi? Dlaczego mnie tutaj zabrałaś?
Ja na to:
- Gdy się zaćpasz już na śmierć, muszę wiedzieć jaką ci wybrać. Żebyś był zadowolony i żeby było ci wygodnie.
Stał jak wryty i nie wiedział co powiedzieć, a ja żeby nie pomyślał, że to jakiś głupi żart, podeszłam do kasjera i zapytałam, czy jakieś ciuchy do trumny ładne też mają.
Osoba ta nie rozmawiała ze mną przez prawie dwa tygodnie. A potem przyszła do mnie i powiedziała tylko jedno słowo „Dziękuję”.
Od tej pory już nigdy nie usłyszałam, żeby ten ktoś ćpał, a nawet rzucił papierosy i poszedł na studia.
I taka oto ja uratowałam komuś życie! Jestem z siebie dumna, a z tej osoby jeszcze bardziej!
Jestem strażakiem (28 lat, '94 rocznik) w Wojskowej Straży Pożarnej.
Mamy pracowników resortu obrony narodowej w straży (cywilów, zazwyczaj emerytów z PSP). Chłopy między 50-60 lat. Nieroby straszne (bo byli dowódcami zmian w PSP)|.
Jezu, jacy to są zboczeńcy...
Na interwencjach czasem bywa tak, że poszkodowaną jest młoda, przystojna kobieta. Ja wtedy nie patrzę na nią jako na obiekt seksualny (no to by była przesada), a patrzę jak na osobę poszkodowaną. Dziady, emeryci z PSP i te ich komentarze, jak z memów: „ale bym ją cimcirimci”, „od niej to bym grosza nie wziął”. Ja już nie potrafię na to patrzeć, tego słuchać. Ostatnio nie wytrzymałem. Podszedłem do takiego dowódcy cywila z PSP i powiedziałem „Zamknij kurna mordę, bo ci wy***bię. Jak ci nie wstyd? Ta dziewczyna może być twoją córką”.
Zastanawiam się, czy żony tych pajaców o tym wiedzą. Wstyd mi za nich, tacy ludzie nigdy nie powinni być w straży pożarnej, i to jeszcze jako dowódcy zmian. Tfu, precz z nimi.
Mam 27 lat i póki co ani jednej fobii. Pająki? Super! Ciasne windy? Bez problemu!...
Acz jako dziecko raczej każdy się czegoś bał – ciemności, duchów...
Ja mając około 4 lata byłem chyba jedynym przypadkiem z... Drozdofobią.
Raczej każdy zna „Śmiechu warte”. Uwielbiałem ten program, lecz gdy tylko na ekranie po serii śmiesznych filmików pojawiał się Tadeusz Drozda, dostawałem ataku paniki i krzyczałem wniebogłosy.
Do dziś nie wiem dlaczego.
Zaczynam się poważnie zastanawiać czy nie staję się powoli rasistą i homofobem. A wszystko przez Disneya, Netflix, HBO czy BBC.
Jestem chwilę przed pięćdziesiątką, a całe życie przepracowałem w wielkich, międzynarodowych korporacjach. W trakcie tej pracy wielokrotnie pracowałem z ludźmi wszystkich kolorów skóry i wszelakich orientacjach seksualnych, i nigdy, ale naprawdę NIGDY nie oceniałem nikogo z tych powodów. Bywało, że byłem jedyną białą osobą w multikulturowych zespołach i takie wydarzenia są dla mnie do dziś bardzo miłym wspomnieniem. Dodam również, że niezależnie od rasy/orientacji byli to wspaniali ludzie, o bardzo wysokim poziomie kultury i olbrzymim doświadczeniu i wiedzy merytorycznej – często czułem się wśród nich jak „ubogi krewny”.
Co ważne, ludzie ci doskonale znali swoją wartość, i nie uważali się zarówno za dyskryminowanych, ani uprzywilejowanych ze względu na swoje pochodzenie.
A teraz do głównego wątku: od kilku lat obserwuję rosnącą tendencję do upychania na siłę przez wielkie stacje telewizyjne i platformy streamingowe reprezentacji ludzi i innym niż biały odcieniu skory oraz nieheteroseksualnej orientacji. Żeby nie być gołosłownym, podam konkretne przykłady: czarnoskóra Anna Boleyn (Anna Boleyn), czarnoskóry Achilles (Troja: upadek miasta), czarnoskórzy hobbici i elfy w „Pierścieniach Władzy”, czarnoskóry Wąż Morski w „Rodzie Smoka”, czarna Arielka w nowej syrence. Dodatkowo pozamieniane płcie i homoseksualna orientacja Phastosa w Eternals.
Zdaję sobie sprawę, że cześć tych produkcji to filmy z fikcyjnymi bohaterami, ale oni też byli osadzeni w pewnym, dobrze zdefiniowanym, kręgu kulturowym, i dodatkowo dobrze opisani w kwestii wyglądu (płowowłosy Achilles, różana Ariel, valeriańskie pochodzenie Corlysa Velaryona).
I nie chodzi tu o to, że nie lubię widzieć czarnych aktorów: uwielbiam Denzela Washingtona, Danny'ego Glovera, Kubę Goodinga Jr. i całą masę innych – wkurza mnie zarówno zakłamywanie historii, jak i „polityczne” wciskanie niepasujących postaci na siłę.
Żeby być dobrze zrozumianym – tak samo nie podobała mi się Scarlett Johannson w „Ghost in the shell” czy John Wayne jako Czyngis Chan – te role powinni zagrać Azjaci.
Przecież jest tyle niesamowitych postaci, o których można nakręcić setki świetnych filmów: Rosa Parks, Martin Luther King, Nelson Mandela, Ralph Ellison, Louis Armstrong i wielu innych. Poza tym Czarny Ląd ma kilka tysięcy lat historii i masę fantastycznych legend, postaci, wydarzeń na setki tysięcy kilometrów taśmy filmowej – po co upychać na siłę w rolach kompletnie od czapy???
Zacznę od tego, że mieszkam z rodzicami i dziadkami w jednym domu. Babcia i dziadziu są wzorowym małżeństwem i nigdy nie widziałam, żeby tak na poważnie się pokłócili, więc pewnego dnia gdy przyszłam na śniadanie nie wiedziałam o co chodzi, widząc babcię z miną, która może zabić, za to dziadek z miną winowajcy próbuje być niewidzialny. Próbowałam dowiedzieć się o co chodzi, na co dziadziu odpowiedział tylko, że uderzył babcię. Nie mogłam w to uwierzyć, bo taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca. W końcu dziadek opowiedział całą historię. A było tak: „Śniło mi się, że byłem z babcią na wycieczce w zamku. Spacerowaliśmy, ale w pewnym momencie zobaczyłem stado wilków, chciałem uciekać, ale babcia jak zwykle mnie nie słuchała, no i te wilki nas dopadły. Nie miałem się jak bronić, ale w ostatnim momencie znalazłem duży kij. Już czułem sierść tego wilka na ręce, no to walnąłem mu z całej siły w łeb”.
Jak się okazało, dziadziu smyrał przez sen babcię po głowie (tak, właśnie to była sierść wilka) i z całej siły uderzył ją pięścią w głowę myśląc, że to wilk.
Na następne urodziny babcia dostała kask, tak w razie czego ;-)
Jakiś czas temu ukończyłem studia, ale długi czas nie mogłem znaleźć pracy. Przynajmniej nie w swoim zawodzie. Roznosiłem dziesiątki CV po różnych firmach, ale zawsze słyszałem to samo – że odezwą się, jeśli moja kandydatura zostanie pozytywnie rozpatrzona. Oczywiście nikt się nigdy nie odezwał. Zdesperowany pisałem kolejne podania i rozsyłałem do coraz dalszych firm. W sumie chyba z ulgą przyjąłem fakt, że znowu nie było odzewu, bo przecież nie byłoby mnie stać na wynajem mieszkania w Warszawie czy Poznaniu. Przez cały ten czas poszukiwania byłem zarejestrowany w Urzędzie Pracy. O dziwo, przyszła stamtąd wiadomość, że jest dla mnie pewna propozycja zatrudnienia. Zdumiałem się, bo przecież wcześniej sam osobiście odwiedziłem wszystkie interesujące mnie firmy w okolicy i nikt mnie nie potrzebował. Jednak okazało się, że propozycja dotyczy niewielkiego prywatnego warsztaciku, który – szczerze powiedziawszy – średnio był związany z moim wykształceniem. Ale usłyszałem w urzędzie, że jak się nie zgłoszę na rozmowę, to mogą mnie skreślić z listy i stracę jakiś tam status. No więc poszedłem.
Na miejscu przywitał mnie właściciel firmy – człowiek w średnim wieku. Bez większych nadziei przyniosłem mu tysięczne wydrukowane CV, a on przeczytał je i spytał o list motywacyjny. Kuźwa, wariat. Jaką mogę mieć niby motywację do podjęcia zatrudnienia w rodzinnym zadupiu za marne grosze? Poprosiłem więc o kartkę papieru i przy nim, normalnie długopisem, siedząc naprzeciw niego, nabazgrałem jedno zdanie, że moją motywacją jest chęć zarabiania pieniędzy i że dlatego gotów jestem codziennie przychodzić i uczciwie pracować w zamian za równie uczciwe wynagrodzenie. Koniec, kropka.
Zostałem przyjęty. Ze względu na szczerość. Usłyszałem od przyszłego szefa, że przyjaciółmi może nie zostaniemy, ale z pewnością się dogadamy, bo on też lubi walić prosto z mostu i wykładać kawę na ławę.
W szkole podstawowej wraz z kolegą spuściliśmy powietrze z kół samochodu pana dyrektora. Za karę musieliśmy pompować koła pompką do roweru...
Dodaj anonimowe wyznanie