Moja była dziewczyna jest weganką. Ja jestem uczulony na soję. Chyba już wiecie do czego zmierzam. Historia zdarzyła się na początku naszego związku. Moja luba już od pierwszego spotkania próbowała mnie przekonać do niejedzenia mięsa. Oczywiście na marne, bo jak można nie jeść popisowej karkówki taty albo gorącego rosołu w chorobie? No cóż, Aśka nie dawała za wygraną i nadal próbowała ze mnie zrobić miłośnika sałaty.
Pewnego razu moja ukochana zaprosiła mnie romantyczną kolację. Od razu ją uprzedziłem, że nie chcę kiełków ani nic w tym stylu. Jak się okazało, jej koleżanka zostawiła u niej jakieś burgery z kurczaka, a moja luba nie wie co z nimi zrobić, więc postanowiła przygotować dla mnie burgery.
Zasiadamy do stołu, jej burger oczywiście wypchany jakimś "kotletem" z kalafiora. Mój natomiast wygląda bardzo apetycznie. Pierwszy kęs. W sumie nic wiele nie poczułem w gąszczu szpinaku i innych takich, ale smak całkiem niezły. Parę minut później poczułem się bardzo źle. Ból w brzuchu i nagła potrzeba wyjścia do toalety. Tam nie było lepiej. Na zmianę wymiotowałem i za przeproszeniem srałem. Wyszedłem z łazienki blady jak Jackson pod koniec życia i pytam się, co do cholery było w tym burgerze? Asia przestraszona tłumaczy, że chciała mnie przekonać do SOJOWYCH burgerów. No tak. Szybka decyzja - jedziemy do szpitala. I tak nasza randka skończyła się na izbie przyjęć. Najgorsze było to, że po wszystkim moja luba była obrażona na mnie, że przez moją alergię zabijam zwierzęta (?).
Z Asią nie jesteśmy już razem. Od niedawna jednak spotykam się całkiem fajną dziewczyną. Wczoraj dowiedziałem się, że jest wegetarianką. Help.
W mojej małej miejscowości na trasie, którą cała młodzież szkolna chodzi w godzinach rannych, leży mały sklepik w którym można kupić dosłownie wszystko. Od jedzenia po proszek do prania, wielu uczniów zachodzi tam na szybkie zakupy przed szkołą. Jednak sklepik ten ma jedną wadę, a mianowicie stałą bywalczynie - Panią Helenke.
Pani Helenka to starsza pani na emeryturze, (mąż nie żyje, a dzieci wywaliła z domu gdy tylko skończyły 18 lat) która za swoje hobby przyjęła robienie powolnych zakupów, w godzinach sklepowego szczytu czyli około 7:35. A to musi wrócić się po mleko, a to zła tłustość, a to dziwny ser, a to nie wzięła portfela i chce anulować rachunek, a potem jednak pieniądze magicznie się znalazły, ma wiele metod, ale każda to wymówka by w sklepie zająć jak najwięcej czasu i żeby czekający w kolejce uczniowie spóźnili się do szkoły.
Ja nauczona doświadczeniem zrezygnowałam z porannych zakupów, ale tej nieszczęsnej środy byłam do tego zmuszona. Weszłam do sklepu pogodzona że swoim losem i spóźnieniem, jakie było moje zdziwienie gdy przy kasie nie było Pani Helenki, ucieszona stanęłam w kolejce, a po chwili poczułam mocne uderzenie w plecy i usłyszałam oburzony głos: "Masz mnie natychmiast przepuścić, gówniaro! Mi się spieszy!" Odwróciłam się i spotkałam nienawistne spojrzenie Pani Helenki ściskającej nerwowo w dłoniach Stoperan.
Najgrzeczniej jak tylko umiałam powiedziałam, że mi również się spieszy i żeby poczekała cierpliwie. Nie byłabym sobą gdybym nie wykorzystała okazji. Po długim czasie zdecydowałam się na założenie karty stałego klienta, wróciłam się po "zapomnianego" batona, źle wpisałam PIN, następnie anulowałam rachunek po czym magicznie znalazłam pieniądze, pani na kasie chyba podchwyciła moją ideę i zmieniła rolkę papieru do paragonu. Gdy po 20 minutach wyszłam ze sklepu, prawie pękałam z dumy.
Spóźniłam się do szkoły, dostałam uwagę i musiałam pisać karną kartkówkę, ale było warto, bo Pani Helenka zaprzestała swoich porannych zakupów.
Niedługo stuknie mi 30, i jakoś do tej pory nie mogę się przyzwyczaić, że już nie jestem nastolatką... I to wcale nie chodzi o jakiś brak odpowiedzialności – wyprowadziłam się z rodzinnego domu niedługo po 18, zawsze byłam zaradna, od kilku lat jestem żoną...
Ale mam drobną figurę, zawsze wszyscy brali mnie za młodszą, mogłam znaleźć wspólny język z młodzieżą, bo brali mnie za swoją... A teraz każdy traktuje mnie jako człowieka dojrzałego.
Miał tak ktoś? Nie mam pojęcia, czy chodzi o to, że już widać upływ wieku po mojej skórze, czy może ludzie mnie biorą za poważniejszą, bo jestem mężatką.
Mam 22 lata, jestem chłopakiem, a mama przy gorączce wkłada mi czopki. Ostatnio miałem w wieku 18 lat i w tamtym tygodniu znowu, jak była gorączka, aż 3 razy. Nie lubię tego, jest mi z tym dziwnie, ale nie potrafię mamie odmówić, jak z nim przychodzi do pokoju. Pojęczę trochę, że nie chcę, ale i tak po namowie grzecznie odwrócę się na brzuch, zdejmie mi majtki i wkłada zimnego czopka. Później wciska palcem głęboko i trzyma, wtedy najbardziej piecze, potem ściska pośladki i tak trzyma prawie minutę.
Niestety często przy tym jest polucja. Mama o tym nie wie, bo leżę na brzuchu.
Niby to mega przyjemne, ale ta świadomość, że mama obok...
Gdy widzę w tv reklamy podpasek, wracam myślami do czasów, kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z okresem. Nie są to miłe wspomnienia.
Wychowała mnie matka, dla której zawsze ważniejszy ode mnie był alkohol, a co się z tym wiąże bez przerwy brakowało pieniędzy. Ile razy musiałam wybierać, czy kupić jedzenie czy podpaski, ile razy nie poszłam do szkoły, ile razy nie wyszłam na podwórko pobawić się z koleżankami, bo na podpaski akurat nie miałam pieniędzy... Jak sobie radziłam? Najlepszym pomysłem jak na ten moment mi się wydawało było cięcie bluzki na paski i wkładanie w majtki. Potem te szmatki prałam, suszyłam i były na kolejny raz. Siedziałam w te dni zazwyczaj w domu z obawą wyjścia gdziekolwiek. Matka jeśli łaskawie kupowała podpaski, to były to najtańsze i na przydział, dosłownie dostawałam 5 sztuk na te kilka dni albo i wcale nie dostawałam. Gdy tylko dostałam raz na ruski rok jakieś pieniądze od ciotki, zazwyczaj niewielkie, bo 10- 20 zł, to pierwszą rzeczą jaką kupowałam były właśnie podpaski.
Jak teraz o tym myślę, to jest mi siebie cholernie żal, ale radziłam sobie jak umiałam. Okres dostałam w wieku 10 lat, więc o zarabianiu pieniędzy nie było mowy. Około 13-14 roku życia w wakacje zaczęłam jeździć na zbiór wiśni i truskawek, więc moja traumatyczna sytuacja się trochę poprawiła. Mogłam już sobie pozwolić nie tylko na podpaski, ale i ubrania czy książki do szkoły. Pamiętam, że za pierwszą wypłatę kupiłam cztery paczki podpasek, żeby mieć na zapas. Dziś zawsze w szafce muszę mieć ze dwie, trzy paczki w zapasie, taki skutek uboczny tamtych lat.
Z mężem staramy się o dziecko. To dopiero początki, ale strasznie się waham. Nie wiem, czy jestem materiałem na matkę. Dla wyjaśnienia, postrzegam siebie jako dobrą i ogarniętą osobę, nie odmówię pomocy, jestem miła dla innych, wykształciłam się i pracuję w zawodzie. Z mężem też mam świetne relacje i bardzo to kocham. Nie wiem jednak, czy jestem materiałem na matkę.
Patrząc na swoje koleżanki, które podczas spotkań w gronie znajomych sączą piwo 0% i głównie obserwują zamiast się bawić, dochodzę do wniosku, że jestem... inna. Chlałam równo z chłopakami (od pół roku nie, odkąd tylko zdecydowaliśmy się na dziecko), popalałam blanty z chłopakiem. Zawsze to ja jestem inicjatorem wspólnych śpiewów, w których uczestniczą wszyscy oprócz damskiej części towarzystwa. Ogólnie lubię się dobrze bawić. Nie puściły mi nigdy hamulce, tylko raz wymiotowałam po alkoholu i nigdy mnie nie odcięło podczas imprezy, z reguły to ja zawsze sprzątałam po i dokładałam jedzenia w trakcie. Ale dużo wtedy przeklinam, głośno się śmieję i głupio żartuję. Nie prowadzę też super zorganizowanego trybu życia jak one, mam wolny zawód, mąż też, więc często wyjeżdżamy za granicę, by tam wynająć tanie lokum i pracować. Mój dom nie jest idealnie czysty jak ich, a na jednej półce mam serce konia w formalinie i dwie czaszki zwierząt, zamiast zdjęć rodziny.
Za każdym razem podczas jakichś hucznych imprez, kiedy się bawię, mam wrażenie, że widzę zgorszenie na twarzach dziewczyn. Rozmawiają między sobą, wyraźnie mnie oceniając, zwłaszcza odkąd staramy się o dziecko. Co prawda mam znakomite relacje z ich partnerami i mężami, ze swoim mężem mamy najdłuższy staż w grupie, więc wielu z nich znałam jeszcze jako kawalerów. Jeździłam z nimi na kawalerskie (razem z mężem oczywiście), rozmawiam z nimi na co dzień, lubimy się. Jednak z ich dziewczynami, a później żonami też starałam się mieć fajny kontakt, chodziłam na ich panieńskie, a niektóre nawet pomogłam zorganizować, zawsze z nimi rozmawiam, ale one mnie jakoś odcinają. Kilka razy słyszałam, jak mnie obgadują, śmieją się, że nie będę dobrą matką.
Wstyd się przyznać, że w wieku 30 lat opinia kilku dziewczyn tak siadła mi na głowę, ale to prawda. Strasznie się boję, że przez moje zachowania, często lekkomyślność, dziecko będzie ze mną nieszczęśliwe. Wszystkie znane mi kobiety jak urodziły nagle się ogarnęły, nagle piwo 0%, noga na nogę i wszechwiedzące miny. To wszystko mnie przeraża, bo ja nie chcę się zmieniać. Boję się, że albo nie będę potrafiła się ogarnąć, albo gdy się ogarnę, to nie będę już sobą.
Mój tata jest takim „Januszem oszczędności”, że kiedy poszedł do Biedronki, aby kupić karmę dla psa, wrócił z jedzeniem dla kota, mówiąc, że na to była promocja, a pies i tak nie umie czytać.
Nie rozmawiałem z dziećmi od czterech miesięcy. Dzwonią w święta i w moje urodziny, ale nigdy pomiędzy. Nie winię ich. Byłem koszmarnym ojcem…
Parę dni temu mój 5-letni synek zapytał mnie, co takiego zrobił mój mąż, że się w nim zakochałam. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że spełnił moje marzenie o chłopcu, który wyznaje miłość stając pod oknem z boomboxem i kwiatami.
Dziś synek zapytał się, czy możemy iść odwiedzić jego koleżankę Kasię z osiedla. Zgodziłam się i całą rodzinką poszliśmy do Kasi (jej rodzice to nasi dobrzy znajomi). Wyobraźcie sobie nasze miny, kiedy podchodząc do bramy synek wyciąga z kieszeni przebiśnieg i swoje zabawkowe radyjko grające piosenkę z Toy Story i krzyczy "Kasia, będziesz moją dziewczyną?" :)
Tydzień temu dowiedziałam się, że moja mama ma raka. Zawsze byłam do niej bardzo przywiązana emocjonalnie, wręcz uzależniona emocjonalnie. Strasznie przeżywam jej pobyt w szpitalu, nie mogę przestać o niej myśleć w dzień i w nocy. Panicznie boje się że zaraz umrze a ja bez niej nie będę potrafiła żyć. Nie umiem normalne funkcjonować, skupić się na czymkolwiek i żyć. Czasem nawet myślę, że jeśli odejdzie, to odejdę razem z nią. Boję się zostać sama, mimo że mam dużą rodzinę i męża. Boję się zostać sama w pokoju, od razu dzwonię do mamy. Biorę leki od psychiatry, ale i tak sobie nie radzę. Bardzo chciałabym, żeby mama wyszła ze szpitala.
Dodaj anonimowe wyznanie