Jestem najgorszym mężczyzną i ojcem na świecie.
Żona zmarła podczas porodu 5 lat temu, wydając na świat naszego synka. Nigdy nie mówiłem jemu ani nikomu z rodziny, że go o to obwiniam, bo to nie jego wina. Jednak nie potrafię spędzić z nim żadnych urodzin, które są jednocześnie rocznicą śmierci mojej ukochanej. Zawsze w okolicy tej daty „wypada” mi jakiś wyjazd z pracy. Syna oddaję pod opiekę dziadkom i jadę do takiego domku, który można wynająć na tydzień i cały czas piję, by nie myśleć.
Byłem u psychologa. Przez 360 dni w roku jest wszystko w porządku, ale nie potrafię się przełamać i spędzić z dzieckiem urodzin. To jest silniejsze ode mnie, podejrzewam, że rodzina podejrzewa o co chodzi, ale nikt nie porusza tego tematu.
Stanęłam oko w oko ze swoim idolem. Ze stresu zwymiotowałam. Ale zdjęcie mam.
A idol idolem pozostał, na co zasłużył, gdy na owym zdjęciu zakrył artystyczną plamę własną bluzą i powiedział, że to w sumie urocze.
Dziewczyny, nic tak nie działa na muzyków jak wymiociny.
Tak sobie analizuję spotkanie rodzinne ostatnio i myślę sobie, jak ludzie mają spaczone postrzeganie różnych spraw. Wszyscy zachwycali się kuzynem co po więzieniu został podróżnikiem, wysyła filmiki z ekstremalnych sportów, treningów itd. na YT, a jest dalej totalnym jełopem, prymitywem i chamem. Natomiast innego kuzyna, któremu się urodziło niepełnosprawne dziecko, wszyscy żałowali, a uważam, że to jest prawdziwy mężczyzna. Może nie ma tylu mięśni co tamten, nie zwiedza krain, nie uprawia ekstremalnych sportów, ale daje radę jako ojciec i mąż. Gość poświęca mnóstwo czasu dzieciakowi, ćwiczy z nim, jeździ na rehabilitacje, pracuje, dorabia, ćwiczy fizycznie, dba o żonę. Poświęcił się rodzinie, rezygnując z wielu rzeczy, którymi się pasjonował. Do tego jest inteligenty, oczytany, mądry i pozytywny. Miałem jednak wrażenie, że w oczach większości męskiej części mojej rodziny jest przegrywam, a tamten bohaterem.
Czy tylko ja uważam, że prawdziwy mężczyzna to nie ten, który chodzi na siłkę, skacze ze spadochronu i daje po gębie, jak ktoś go zdenerwuje, ale ten, który potrafi zadbać o bliskich, codziennie harując jak wół?
Mieszkam w PRL-owskim bloku ze starymi windami, które ręcznie się zamyka i otwiera. Zawsze współczułam ludziom, którzy mają mieszkanie przy samej windzie.
Za każdym razem, jak niechcący za mocno trzasnę drzwiami od windy, szybko zamykam drzwi od wewnętrznej strony i wciskam przycisk, bo boję się, że wybiegnie wściekły sąsiad w samych gaciach i mnie pobije albo zarąbie siekierą. Nie wiem skąd się to u mnie wzięło.
Jestem z narzeczonym prawie 4 lata i mamy 4-miesięcznego synka. Od kiedy mały się urodził, większość czynności przy nim robię ja, on sporadycznie go nakarmił, przewinął i pomógł kąpać. Od prawie 3 miesięcy robi coraz mniej, a prawie nic. Ja małego karmię (jest na mm), przewijam, kąpię, spędzam czas. On jak wraca z pracy weźmie na chwilę małego na ręce, pogada z nim i na tym się kończy. Czasami już jestem po prostu tym wszystkim zmęczona i najzwyczajniej w świecie potrzebowałabym chwili, żeby odpocząć, a żeby to on trochę zajął się małym. Rozmawiałam z nim o tym, to mówi, że on pracuje i jest zmęczony, a to mi płacą za siedzenie z małym (jestem na macierzyńskim) i na tym się kończy. Od kiedy mały się urodził, częściej się kłócimy i o każdą kłótnię obwinia mnie, że to ja zaczynam, a ja tylko mówię, że też mógłby mi coś pomóc przy dziecku albo w domu. Przyłapałam go parę razy na pisaniu z innymi dziewczynami… to usłyszałam, że to moja wina, że z nimi pisze, bo nie daję mu tego czego chce. Coraz częściej podczas kłótni słyszę różne obraźliwe słowa w moim kierunku, daje mi do zrozumienia, że nikomu bym się nie spodobała, przez co moja samoocena bardzo spadła. Po prostu czuję się nieatrakcyjna.
Nie wiem już co robić, jestem tym wszystkim zmęczona i mam już dość. Powiedzcie mi jak z nim rozmawiać? Albo co zrobić, by cokolwiek się zmieniło? Nie chcę, by w przyszłości dziecko widziało jak płaczę z bezsilności i jestem nieszczęśliwa.
Mam 25 lat i bardzo lubię sikać do dziecięcych nocników. Mam w pokoju dwa takie i jak nikogo nie ma w domu, to robię sobie posiedzenie na nocniku.
Sobota rano, zwlekam się z łóżka w porze nocnej... Bo jak inaczej można nazwać godzinę 4.40. Szybkie wyjście z psem, przemycie mordki i w drogę. Prawie-Żona w domu z dziećmi. Dzień jak co dzień, z tym wyjątkiem, że starsza pociecha zamiast w przedszkolu, to w domu. Około 13 Prawie-Żona pisze, że słabo się czuje i chyba położy się spać. Wszak pociechy uśpiła, więc i jej 15 minut nie zaszkodzi.
Do domu wchodzę chwilę po 14... Widok nie z tej ziemi. Wszechobecna biała ścieżka okazała się rozsypanym mlekiem w proszku dla dzieci... Najstarsza latorośl, nudząc się, wzięła pojemnik z mlekiem i zaczęła sypać ścieżkę... kuchnia, salon, przedpokój... Mleczna ścieżka zaprowadziła mnie do pokoju dzieci.
Tam Zuzia w najlepsze usypała mały kopiec kaszkowy, z którego biorąc garściami sypała na brata. Najwidoczniej małemu się podobało, bo śmiał się do rozpuku. Co z tego, że wyglądał jak bałwan. On i jego pościel. Ba, skubana wie, że do kaszki dodaje się wody. I tym sposobem wzięła zabawkową filiżankę i czerpiąc wodę z łazienki (z kranu na szczęście, nie z klozetu) polewała brata. Oni mieli dobrą zabawę, młody przymusową kąpiel, ja sporo sprzątania, prania, mycia, Prawie-Żona - dużą ilość spokojnego snu...
Jak będą dorośli i będą mieć własne mieszkania, też do nich wpadnę, wsadzę papier do klozetu, rozsypię mleko, zrobię burdel nie z tej ziemi i pójdę spać. Ot, taka mała zemsta...
Wyszedłem kiedyś ze sklepu nie płacąc z koszykiem pełnym zakupów. Po prostu się zamyśliłem, a zauważyłem co zrobiłem dopiero kilkanaście metrów dalej. Wróciłem się, zapłaciłem za zakupy i oddałem koszyk. Do dziś nie wiem jak to możliwe, że bramki nie zapiszczały.
Ochroniarz miał niezłą minę jak zobaczył po co wracam.
Kiedy byłem w gimnazjum, szkoła zorganizowała wymianę uczniów. Czyli jednego roku przyjeżdżają uczniowie z innego kraju (w tym przypadku z Niemiec) do nas na 2 tygodnie, a w drugim my jedziemy do nich. Zgłosiłem się do tego, bo wydawało mi się to ciekawe. A więc w pierwszej klasie przyjąłem pod swój dach Niemca - Manfreda, choć historia będzie z okresu, w którym to ja byłem gościem u niego, w Niemczech.
Był to już któryś dzień z kolei. Na ten konkretny dzień była zaplanowana wycieczka rowerowa po zajęciach, więc pojechaliśmy do szkoły rowerami. Niestety, na śniadanie dostałem coś, co chciało szybko opuścić mój organizm, lecz nie górą...
Będąc w szkole, dokładniej na zajęciach z angielskiego, poczułem, że lawina się zbliża. Spytałem się, czy mogę wyjść, ale w szkole, w której byłem lekcja była święta i choćby świat się walił, do kibla nie pójdziesz. No super. Siedziałem cały blady, sranie coraz bardziej mnie cisnęło, powoli z tego wszystkiego robiło mi się słabo, ale po kilkukrotnej prośbie w końcu nauczycielka mnie puściła, razem z Manfredem. Ten zaprowadził mnie do łazienki, lecz trwało to długo, gdyż tylko ściśnięte nogi mnie ratowały i szedłem jak pingwin.
I jest! Drzwi łazienki! W głębi duszy czułem ulgę, że to w końcu ze mnie zejdzie. Lecę na klopa, otwieram drzwi od kabiny, już zacząłem opuszczać spodnie i... zwieracze nie wytrzymały. Zesrałem się. Obsrałem spodnie, gacie, kafelki oraz muszlę. No cóż. O tyle dobrze, że w niemieckich szkołach dbali o to, żeby zawsze był zapas papieru. Wykorzystałem 1,5 rolki, żeby wytrzeć siebie i kibel.
Ze wstydem wyszedłem z łazienki i wyznałem Manfredowi, że pobrudziłem sobie spodnie i muszę je przebrać. Poszedł ze mną do dyrektora, wyjaśnił sytuację i wróciliśmy do domu, gdzie ciuchy od razu wrzuciłem do pralki, a sam siedziałem pół godziny pod prysznicem kilka razy się myjąc. Dyrektor sytuację zrozumiał, matka Manfreda chyba nie i do samego końca wymiany miała ze mnie bekę. Nie dziwię się.
Mam siostrę bliźniaczkę, powiedzmy Monikę. Monika praktycznie od przedszkola trenuje siatkówkę. Teraz gra już profesjonalnie i jest poniekąd sławna.
Monikę często na ulicy zaczepiają kibice, prosząc o autografy.
Kibice nie wiedzą, że połowa autografów jakie otrzymali nie są jej autografami, a moimi.
Dodaj anonimowe wyznanie