#lLAgr

Mam 20 lat i przez całe dzieciństwo mieszkałem z rodzicami alkoholikami i byłem bity przez ojca za prawie każde najmniejsze przewinienie.
Powód do bicia zawsze się znalazł - czy to niedorobione lekcje, nieposprzątany pokój, nie wyprowadzony na spacer pies, można by mnożyć i mnożyć.
Dostawałem po prostu zawsze pasem po gołym tyłku, na co nikt nie reagował, nawet nauczyciele w szkole jak pewnego razu wuefista widział moje czerwone pręgi na tyłku nic nie powiedział.
Ogólnie gnębili mnie też koledzy w szkole, jeden nawet na mnie napluł kiedyś i wszyscy mieli z tego bekę.
Raz też jak byliśmy na kąpielisku, to schowali mi buty i musiałem w skarpetkach wracać pieszo albo jeden z kolegów kazał mi wystawić ręce i trzymać w nich pokrzywy.

#xbJrI

Szykowałam się na swoją pierwszą randkę.

Dziesięć minut przed spotkaniem, kiedy szłam przez park, gołąb zrobił na mnie kupę. To w tym dniu dowiedziałam się jak bardzo cuchnie gówno gołębia... Nie powiedziałam chłopakowi co się stało ale mimo, że wytarłam kupę chusteczką, to cały czas strasznie ode mnie śmierdziało.

Raczej nie zrobiłam miłego pierwszego wrażenia...

#9qLoy

Sporo latam samolotami. Trochę w delegacje z pracy, a trochę dlatego, że uwielbiam podróżować. Średnio jest to 20-30 lotów rocznie.
Ostatnio tak się złożyło, że leciałam z bratem. Bardzo mnie zdziwiło, gdy w środku lotu, wyciągnął on z plecaka kanapkę i zaczął wcinać. Zapytałam go więc, skąd ma tę kanapkę. On popatrzył na mnie jak na idiotkę i mówi, że z domu. Ja popatrzyłam na niego jak na idiotę i pytam, jakim cudem wpuścili go do samolotu. I tak patrzymy na siebie, zdezorientowani i nic nierozumiejący.

Ja przez wszystkie te lata mojego podróżowania (a jest to dobre 10 lat), myślałam, że nie wolno wnosić do samolotu żadnego własnego jedzenia. Jak miałam jakąś kanapkę, to wyrzucałam przed odprawą. Przepłacałam na lotnisku, kupując jakieś batony czy czipsy. Jak widziałam ludzi jedzących w samolocie, to byłam pewna, że po prostu kupili to już w strefie bezcłowej.
Jak do tego doszło? Nie wiem.

#7cn9X

Niedawno wprowadziłam się do nowego mieszkania. Na tym samym piętrze mieszka dziewczyna mniej więcej w moim wieku (26 lat). Jest wegeterrorystką.
Z góry mówię, że absolutnie nie mam nic do wegan, ale nie lubię, kiedy ktoś na siłę przekonuje mnie do swoich racji czasem podając argumenty tak durne, że aż głowa boli (np. nie jedz jajek, bo koguty są zmuszane do gwałcenia kur - słowa mojej sąsiadki). Sama zresztą nie jem mięsa, bo go po prostu nie lubię, ale jem produkty pochodzenia mlecznego.

Zaczęło się, kiedy natknęłam się na nią wracając z zakupów. Zobaczyła, że mam ser i mleko. Od razu dostałam wykład jak to źle postępuję. Odparłam, że może bardziej opłaca się walczyć z systemami masowego pozyskiwania mleka i jajek, a nie całkiem tego zakazywać. Wtedy odparła, że powinnam walczyć o to, by zwierzątka już nigdy nie musiały służyć ludziom w żaden sposób. Zauważyłam, że logiczne argumenty nic nie dadzą, więc ją zbyłam i szybko poszłam do siebie.
Kilka dni później zauważyła, że mam kociaka. Zapytała skąd. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że dostałam go od cioci. Oczywiście dostałam do zrozumienia, że powinnam wziąć zwierzę ze schroniska. Nie chciało mi się tłumaczyć, że zakochałam się w Gizmo od pierwszego wejrzenia i wiedziałam, że chcę tylko jego, a na więcej zwierzaków nie mogę sobie pozwolić. Innych sąsiadów też zamęcza swoimi wywodami.

Najlepsze jednak na koniec. Sąsiadka ma oczywiście zwierzaczka. I nie jest to kot, pies czy inne domowe zwierzątko.
Duduś jest prosiakiem. Coraz większym - kiedy Duduś i jego pani wsiadają do windy, dla nikogo nie ma już miejsca. Duduś jest bardzo ważny, kiedy wychodzą nikomu nie wolno zająć windy, nawet 80-letniej sąsiadce chodzącej o balkoniku. Kiedy ktoś powie, że nie życzy sobie, by Duduś trącał go ryjkiem albo by wsuwał ryjek w siatki na zakupy, dostaje solidny ochrzan. Na dworze jest to samo - prosiak nie jest zbyt subtelny, jeśli chodzi o roślinność (po prostu ją niszczy). W dodatku sąsiadka po nim nie sprząta.
Zanim jednak zapytacie, czy ktoś coś z tym robi wyjaśniam - owszem, wiem ,że sąsiedzi zgłaszali skargi, ale nasza sąsiadka jest ukochaną córunią administratora.

Ostatnio widziałam niezłą awanturę - jeden z sąsiadów wyszedł z psem, po którym zawsze sprząta i zwrócił sąsiadce uwagę, że nie życzy sobie, by Duduś go obwąchiwał. Wtedy usłyszał, że jest hipokrytą i stosuje podwójne standardy (jedno zwierzę kocha, drugim się brzydzi). Wtedy pan X odparł, że może i jest zacofany, ale dla niego świnia nigdy nie będzie zwierzątkiem domowym, bo psa czy kota można wychować i nauczyć czystości, świnek niekoniecznie. Usłyszał, że jest zacofany.
Cóż, biedna sąsiadka musi się męczyć z bandą zacofanych osób, bo wszyscy podzielają zdanie pana X.

#BJF3V

Mój narzeczony ma niezwykle chamską babcię. Brak taktu to jej drugie imię. Na początku mi to nie przeszkadzało, nawet ją lubiłam, ale kilka incydentów strasznie mnie do niej zraziło. Jak powiedziała kuzynce mojego narzeczonego, że miała na ślubie mocny makijaż, ale to dobrze, bo ma taką twarz, że im więcej tapety, tym lepiej, to już wtedy coś mi nie grało, ale przymykałam na to oko. Kilkakrotnie zdarzało jej się zaprosić kogoś na obiad, a po przyjściu powiedzieć, że jednak nie chciało jej się obiadu robić. Nie wspomnę o tym, że bywa po prostu niegrzeczna, nie składa życzeń, nie wita się. Jest bardzo otyła, ledwo skończyła 70 lat, ale przez jej wagę ma ogromne problemy z poruszaniem, więc ciągle chce, żeby wszędzie ją wozić, wszystko za nią załatwiać, zachowuje się trochę jak dziecko, które ma na wszystko wywalone. Jej córka, a mama mojego narzeczonego, była bardzo źle traktowana przez swojego ojczyma. Czasem jak słuchałam tych historii, to zastanawiałam się, gdzie ona była, jak jej mąż znęcał się nad jej dzieckiem? Czarę goryczy przelała jednak ostatnia sytuacja.

Organizowaliśmy z narzeczonym urodziny naszej córki połączone z chrztem. Zaprosiliśmy na imprezę mamę narzeczonego z mężem (ojczymem mojego narzeczonego) i babcię. Babcia tylko skinęła głową, ale nic nie powiedziała, szczerze to nawet nie zwróciłam na to większej uwagi. Przyzwyczaiłam się do faktu, że nawet nie przyszłoby jej do głowy powiedzieć „dziękuję za zaproszenie, będę” czy „dziękuję, niestety nie dam rady”. Zapowiadało się, że będzie cała trójka, ale coś mnie pokusiło, by to potwierdzić parę dni przed. Otóż okazało się, że będzie tylko mama narzeczonego, bez męża. A babci nie będzie, bo doszła do wniosku, że jej się nie chce.

Było mi przykro, bo na niedawnej komunii kuzyna mojego narzeczonego byli wszyscy. Szczerze to myślałam, że takie akcje to tylko w gimnazjum. A narzeczony nie widzi problemu.

#HhtxA

Wraz z moim chłopakiem biegamy w godzinach wieczornych/nocnych. Z racji pory roku, nosimy kominiarki chroniące twarz przed zimnem; czasem zakładamy plecaki, do których wkładamy kilka buteleczek z wodą (w celu zwiększenia obciążenia i intensywności wysiłku fizycznego).

Pewnej soboty biegliśmy około godziny 3 nad ranem. Ulice były puste. Z bocznej uliczki skręciliśmy w jedną z głównych dróg. Około 100 metrów przed nami, chwiejnym krokiem szedł młody mężczyzna. Po usłyszeniu za sobą donośnych kroków odwrócił się i zamarł. Zobaczył dwie zamaskowane postaci z plecakami, biegnące w jego stronę. Podjął próbę ucieczki, jednak alkohol nie był jego sprzymierzeńcem. Miotał się od jednego końca chodnika do drugiego, próbował złapać równowagę, nieznacznie przesuwając się naprzód. Gdy byliśmy tuż za nim, stanął nieruchomo, prawdopodobnie przygotowując się na utratę telefonu i portfela.
- My tu tylko biegamy - skomentowaliśmy, na widok jego przerażenia.

Kolego, jeśli czytasz anonimowe - wybacz, nie chcieliśmy Cię przestraszyć ani skroić :D

#AGQ1c

Pracuję w szkole dla dorosłych z dużą siecią oddziałów. Nieważne czy w liceum, na studiach, czy w szkołach policealnych. Ważnym jest to, jak bardzo doprowadza mnie do szału udawane pomaganie Ukrainie i zakłamanie.

Przed wojną mieliśmy już dużo osób z Ukrainy, które zapisywały się do naszej szkoły. Takie osoby były zapisywane na takich samych zasadach jak osoby z Polski, również na kierunki bezpłatne. Od razu po wojnie ruszyły akcje marketingowe, jak to pomagamy osobom z Ukrainy, jak stoimy bardzo za Ukrainą. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że państwo odcięło od dotacji uchodźców. Stało się tak na rzecz osób niepełnoletnich z Ukrainy i ich obowiązku nauki. W związku z powyższym teraz zapis takiej osoby wygląda zupełnie inaczej. Mamy obowiązek kontrolować, kiedy taka osoba wjechała do Polski i na jakiej podstawie, a jeżeli przyjechała po wybuchu wojny, to musi płacić więcej od innych osób, nawet o kilkaset złotych miesięcznie. Dodatkowo sytuacja ta nie dotyczy obywateli innych krajów, np. Białorusi czy Rosji.

Wiadomo, że gdyby nie odcięcie dotacji, firma nic by takiego nie zrobiła. Rozumiem to, że firma nie chce dopłacać do nauki każdej osoby z Ukrainy, ale jak po tym wszystkim mogą dalej reklamować się jako szkoła wspierająca Ukrainę, gdzie osoba z Rosji może dostać naukę u nas za darmo, a uchodźca z Ukrainy już nie? W Internecie też nie ma nigdzie informacji na ten temat. Taka osoba dowie się tego na miejscu, chcąc podpisać umowę.

#j28AT

Co wy wiecie o przypale...
Zesrałam się. Na własnym ślubie. Dostałam sraczki z nerwów i po prostu nie mogłam jej powstrzymać. Ale to nie wszystko, uwaga: Zasrałam siebie I MOJEGO ŚWIEŻEGO MĘŻA w chwili, gdy podniósł mnie do zdjęcia (no wiecie, ta typowa ślubna poza).

Tak mi nacisnęło na brzuch, gdy mnie brał na ręce, że przestałam to kontrolować. Cholera, nie przestawało mi z tyłka lecieć. Wszyscy widzieli mnie czerwoną ze wstydu, obsraną śnieżnobiałą sukienkę i garnitur lubego oraz jego zażenowana minę.

#p8AbF

Ja już siebie zupełnie nie rozumiem.
Mam 15 lat i niedawno wyszłam ze szpitala psychiatrycznego.
Z jednej strony powinnam się czuć szczęśliwa 5 wolna, odciążona, z ogromem możliwości, które na tak długo mi odebrano i czasem nawet tak jest. Mimo wszystko zaraz potem dobija mnie znowu uczucie tej pustki, beznadziejności, bezsilności, niemocy. Znów dobijają mnie myśli, że nie chcę żyć, że zasługuję na ból.
Po powrocie ze szpitala odczuwam strac przed myślą o mówieniu komukolwiek, co się ze mną dzieje. Nawet jeśli chcę sobie pomóc i z kimś pogadać, mam w sobie ogromną blokadę. Sam pobyt wspominam dobrze, ale chyba po prostu nie chcę już ze sobą współpracować. Chodzę na terapię, przyjmuję leki. Mam wokół siebie naprawdę zaufanych ludzi, za których jestem wdzięczna. Mam pasje, marzenia, kochane zwierzątka, do których zawsze mogę się przytulić. Mam wszystko, o czym mogłabym tylko zamarzyć. Dlaczego więc wciąż chcę umrzeć?
Dodaj anonimowe wyznanie