Jeśli myślisz, że spróbujesz tylko raz – to posłuchaj kogoś, kto też tak myślał.
Pierwszy raz to był żart. Dopalacze. Śmiech. Euforia. Świat stał się prosty jak kreska na stole. Byliśmy królami życia. Wydawało się, że właśnie przejęliśmy stery od samego Boga i teraz możemy wszystko. Zero lęku. Zero wstydu. Zero odpowiedzialności.
I właśnie to „zero” okazało się początkiem. Nie ma momentu, w którym orientujesz się, że przegrałeś. To nie jest dramat z orkiestrą. To powolne przesuwanie granicy. Trochę więcej. Trochę częściej. Trochę mocniej. Aż któregoś dnia budzisz się i twoje życie nie jest już twoje.
Pracowałem na morzu. Morze jest twarde. Fale nie pytają, czy jesteś zmęczony. Masz stać i robić swoje. I stałem. Byłem funkcjonalny. Byłem „ogarnięty”. Byłem gościem, który zarabia, który daje radę, który ogarnia sprzęt i ludzi. A potem wracałem do domu i stawałem się cieniem. Moje życie podzieliło się na dwa światy: na morzu – odpowiedzialny facet, w domu – człowiek, który potrzebuje chemii, żeby poczuć cokolwiek. Z czasem już nie brałem, żeby było fajnie. Brałem, żeby nie było źle. A to zupełnie inna liga.
Kobiety przychodziły i odchodziły. Nie dlatego, że byłem potworem. Dlatego, że byłem nieobecny. Nie możesz kochać kogoś, kto jest mentalnie kilka gramów dalej.
A potem poznałem ją. Najlepsza rzecz, jaka mi się w życiu trafiła. Spokój. Ciepło. Normalność. Taka zwykła, zdrowa normalność, której ja już nie potrafiłem utrzymać. Miała przeczucia. Czuła, że coś jest nie tak. A ja patrzyłem jej w oczy i kłamałem bez mrugnięcia. Nie dlatego, że chciałem ją zranić. Dlatego, że byłem uzależniony.
Uzależnienie to nie jest „lubię sobie czasem wziąć”. To jest sytuacja, w której kolejna działka wygrywa z osobą, którą kochasz. I wiesz, że wygrywa. I mimo to wybierasz ją.
Dwa miesiące temu przestaliśmy się widywać. Na początku grudnia przestała się odzywać. I w tej ciszy nie ma dramatu. Nie ma awantury. Jest tylko konsekwencja.
To nie ona mnie zostawiła. To ja przez lata odsuwałem ją od siebie każdym kłamstwem, każdym powrotem do prochu.
Największa porażka? Nie to, że odchodzi. Największa porażka to świadomość, że miałem szansę żyć inaczej. Miałem kobietę, pracę, zdrowie. I wybrałem chwilowe odcięcie od rzeczywistości.
Nie zrobię sobie krzywdy. Będę żył. Wyjadę. Zacznę od nowa. Nie po to, żeby uciec przed miłością. Tylko po to, żeby przestać uciekać przed sobą.
Najgorsze w tym wszystkim jest jedno: dziś mam głowę, której wtedy nie miałem. Dziś wiem, że to nie był luz. To była autodestrukcja ubrana w śmiech.
Jeśli to czytasz i myślisz: „mnie to nie dotyczy” – też tak myślałem. Nikt nie planuje zostać uzależnionym. Każdy planuje tylko „spróbować”. A potem budzisz się kilka lat później i jedyne, co masz, to wspomnienie osoby, którą mogłeś być.
Morze nauczyło mnie jednej rzeczy: jak coś tonie wystarczająco długo, przestaje walczyć. Ja jeszcze walczę.
Pytanie, czy ty będziesz musiał.
Dłuższy czas jestem sam, 4 lata bez żadnego związku. Zbudowałem sobie swój świat, bardzo wygodne życie, gdzie to ja jestem głównym aktorem. Mam czas na dbanie o siebie, naukę języków, swoje przyjemności, mniejsze bądź większe. Nikt nie ocenia, nie muszę chodzić na kompromisy, rezygnować z czegoś dla kogoś.
Z jednej strony fajnie by było być w związku, na randki chodzę, ale to z góry wiadomo w jakim celu.
Jak pomyślę, że ktoś mógłby wejść w ten mój ułożony świat, będę musiał zrezygnować z czegoś (jednak związek to w dużej mierze sztuka kompromisów), wprowadzi emocje, (różne emocje, wiadomo, nie zawsze jest cukierkowo), to zdecydowanie wolę być sam, ciesząc się tym spokojem.
Bardzo irytuje mnie, kiedy słyszę „nie ma osób do pracy, bo młodym ludziom nie chce się pracować, chcą tylko brać pieniądze”. Mam 18 lat i od pół roku poszukuję pracy (tak, wiem, że to nie tak długo) WSZĘDZIE gdzie się da, i dochodzę do wniosku, że to nie tak, że młodzi nie chcą pracować, a po prostu pracodawcy nie chcą młodych pracowników. Ja nie mam wysokich wymagań, wiem, jak dużo roboty jest w gastro, a mimo to chciałabym tam pracować. W tym momencie marzy mi się praca za barem jako barmanka z certyfikatem, ale nigdzie mnie nie chcą, bo certyfikat nic nie daje, nawet nie mam jak nabrać doświadczenia. Chciałbym uzbierać sobie na pierwszy samochód, chciałabym sama za swoje pieniądze kupić bułkę do szkoły. Ja bardzo chcę pracować, ale to oni nie chcą mnie w pracy.
Zawsze uważałam moich rodziców za przykład idealnej, kochającej się pary. Mój sen rozmył się wczoraj, kiedy zobaczyłam mojego ojca z inną kobietą. Obejmował ją i… całowali się. Pod jego pracą. Nie przyznałam się, że to widziałam, bo byłam (i zresztą nadal jestem) sparaliżowana tym widokiem.
Nie wiem, co robić, mówić mamie? Ona się przecież załamie… Choć nie jestem małym dzieckiem, to w tym momencie mój świat się posypał. Nie myślałam, że coś takiego kiedykolwiek przytrafi się mojej rodzinie. Nie życzę takiej sytuacji najgorszemu wrogowi.
Moja przyjaciółka mieszka w zupełnie innej gminie, ale formalnie jest zameldowana w jednej z najbogatszych gmin w Polsce. Kiedyś opowiadała mi, że u przybranych dziadków ma porozkładane swoje rzeczy, żeby wyglądało, jakby tam naprawdę mieszkała. Dzięki temu może korzystać z rodziną z różnych przywilejów: stypendiów, dotacji, a nawet wyjazdów zagranicznych za bardzo niską kwotę.
Pamiętam, że raz pojechała na taki wyjazd zagraniczny, zapłaciła zaledwie 600 zł za 12 dni. Po powrocie opowiadała mi o wycieczce, ale narzekała, że hotel jej się nie podobał. Nie odezwałam się wtedy, ale w duchu pomyślałam sobie: Pojechałaś prawie za darmo i jeszcze narzekasz na hotel?....
Jestem kucharką. Jest to zawód, który chcąc nie chcąc wywiera presję, żeby ładnie wyglądało, żeby smakowało i takie tam. Do czego zmierzam? Nie wiem, czy przez ten zawód nie nabawiłam się depresji. Pracuję w zawodzie stosunkowo krótko, bo 4 lata, od momentu rozpoczęcia pracy zaczęłam się bardzo stresować, stres to nieodłączna część mojego życia i z jednej strony kocham to, bo gotowanie to moja pasja, ale z drugiej strony wiem, że mogę być lepsza. Przez długotrwały stres często się gubię, zapominam o czymś, nie robię wszystkiego na 100%, a do tego robię zaocznie (ale w tygodniu) technikum, bo zawodówka to dla mnie za mało. Chyba biorę na swoje barki zbyt dużo, bo zauważyłam, że często leci mi krew z nosa. Boję się, że takie życie mnie prędzej czy później wykończy.
Mam babcię, która bardzo szybko chodzi, myśli i działa, ale boi się sama poruszać po mieście, więc poprosiła mnie o eskortę do przychodni (RTG płuc miało być). Z autobusu wyskoczyła jak gazela, pomknęła jak strzała w kierunku przychodni i na portierni rzuciła krótkie: „Którędy na prześwietlenie klatki schodowej?”.
O dziwo, skierowano ją właściwie. :D
Poznałam kiedyś faceta. Spotykaliśmy się w sumie parę miesięcy. Gdy doszło do pierwszego razu, nalegał, aby mógł robić to ze mną w butach. Wydało mi się to dziwne, ale pomyślałam, że jakoś to zniosę.
Po wszystkim powiedział, że było cudownie i bał się, że nie zgodzę się na jego propozycję z butami. Bo wtedy wydałoby się, że jego stopy śmierdzą...
Koledzy z mojej klasy dziwią się, dlaczego pani ze sklepiku szkolnego zawsze odkłada dla mnie największą bułkę słodką i dlaczego zawsze uśmiecha się, jak mnie widzi.
Rada jest prosta: po prostu jestem dla niej miły, zawsze jak coś kupuję, to mówię „proszę” czy „dziękuję” – nie z chęci korzyści, tylko z czystej uprzejmości, bo zostałem tak nauczony. Najwidoczniej pani ze sklepiku chce mi się jakoś odwdzięczyć za moją uprzejmość.
Czasami warto być miłym ;)
Ukochany przez studentów czas, czyli sesja. Egzamin z bardzo prostego przedmiotu, z którego bardzo trudno nie zdać, jeśli cokolwiek się wie. 15 pytań zamkniętych, ponad połowa jednokrotnego wyboru. Żyć nie umierać.
Profesor wchodzi do sali, my za nim, rozdaje każdemu trzy kartki (jedna kartka z pytaniami, jedna kartka z arkuszem odpowiedzi i jedna kartka z diagramem do kilku zadań). Jako że mało zadań, egzamin miał trwać jedynie 30 minut. Mnie poszło bardzo szybko, w istocie prawie wszystko wiedziałem. Oddaję kartki po niespełna kwadransie, wychodzę. Przed salą dowiaduję się, że jakiś człowiek nic nie wiedział, bo oddał pusty arkusz. Wszyscy się dziwimy, bo przecież to taki prosty egzamin...
No... Tym kimś byłem ja. Dowiedziałem się o tym, widząc uroczą ocenę niedostateczną. Okazało się, że zapomniałem zaznaczyć odpowiedzi na karcie odpowiedzi. Dobijcie mnie.
Dodaj anonimowe wyznanie