Nie jestem z tego dumny.
W latach 90. jeździliśmy na obozy integracyjne, były tam też chore osoby. Mieliśmy wszyscy po około 17-19 lat, my byliśmy odpowiedzialni za różne zabawy ruchowe, pływanie, kajaki etc. Jedna z opiekunek tej chorej grupy wpadła mi w oko, ja jej chyba też, ale była taka dosyć powściągliwa w kontaktach, zwłaszcza z młodszym o 15 lat mną. Gdzieś usłyszałem, że ta opiekunka, nazwijmy ją Dorota, po alkoholu traci nad sobą panowanie, odwala jej. Stąd też nie pije.
Kiedy chowaliśmy kajaki do przechowalni, zaproponowałem jej słodkiego szejka z lodami. Poszliśmy do pokoju, bo moja lodówka zawsze była wyposażona w to, co niezdrowe. Potrafiłem przemycić w szejku sporo alkoholu i nie dało się tego wyczuć. Wypiła bardzo łapczywie, zrobiłem jeszcze dwa, opróżniła w dosłownie kilka chwil. Schlała się i była na mnie zła, a miało być tak pięknie... Na drugi dzień unikałem Doroty jak ognia, bo myślałem, że doniesie na mnie i po sprawie – wyjazd do domu.
Wieczorem przyszła do pokoju z samogonem, wypiliśmy i wtedy przestałem być prawiczkiem.
Do końca obozu, a trwał 3 tygodnie, co noc piliśmy i się zabawialiśmy w moim pokoju.
Ostatniego dnia dowiedziałem się, że ma męża, odebrał ją z obozu... Głupio mi do dzisiaj.
Moja nauczycielka fizyki z gimnazjum uwielbiała wymyślać własne zadania podczas zajęć. Najczęściej inspirowała się uczniami, których zapraszała do tablicy. Tak więc u nas nie było zwykłych żaróweczek choinkowych, których opór mieliśmy obliczyć – mieliśmy Zosię (obecną przy tablicy), która postanowiła zaoszczędzić kasę, którą wcześniej wydawała na fajki i kupić dla rodziców na Mikołajki najpiękniejsze niebieskie światełka choinkowe... których na sam koniec opór musiała Zosia obliczyć.
Po części było to zabawne, ale tylko wtedy, gdy samemu nie stało się przy tablicy.
W drugiej klasie gimnazjum drastycznie przytyłam. Lekarz wówczas przepisał mi leki hormonalne (niesłusznie, ale to inna opowieść). Panowała powszechna opinia, że przez dwa lata nauki żywiłam się jedynie chipsami i McDonaldem, jednak nikt głośno o tym nie mówił, więc nie miałam nawet jak temu zaprzeczyć. Widać również fizyczka zainteresowała się moją tuszą, bo gdy byłam przy tablicy, nauczycielka swoim piskliwym głosem dyktowała: „Kamila postanowiła w końcu schudnąć, więc wyszła pobiegać. Gdy tak sobie biegła, spostrzegła wózek. Uznała, że to dobry pomysł, żeby na niego wskoczyć. Oblicz prędkość Kamili i wózka, jeśli wiesz, że masa Kamili wynosi... dziecko, ile ty ważysz?”.
Klasa chichotała, ja spaliłam buraka, a ze wstydu i stresu nie byłam w stanie nic odpowiedzieć.
„Noo... na moje oko setka będzie! Napiszcie 100 kg. A jak szybko biegasz? Raczej nieprędko, nie? Ale damy ci 5 m/s, to chociaż szybko policzysz, mam nadzieję. Wózek ma masę 150 kg”.
Jak można się domyślić, wszyscy się potem ze mnie nabijali, więc wróciłam zapłakana do domu. Gdy rodzice dowiedzieli się, co się stało, poszedł raban na całą szkołę, a ze względu na to, że wszyscy uczniowie treści zadań mieli w zeszycie, ciężko się było nauczycielce wybronić. Fizyczka ostatecznie przystopowała z opowieściami, ograniczając się do „dzbanka Janka” i „uczniów 2 C w samolocie na bezludną wyspę”.
A ja właśnie znalazłam swoje stare zeszyty z fizyki przy okazji remontu. Ładnie palą się w kominku.
W naszej rodzinie kot był zawsze (i pies też, ale nie o nim mowa) W sumie przez moje życie przewinęły się dwa koty, jeden był z nami jeszcze zanim się urodziłam. Oba koty nauczone były porządku, nie biegały po blatach, spały w swoich posłaniach (i na moim łóżku, bo się na to godziłam), nie prosiły nawet o jedzenie przy stole.
Dwa lata temu wzięliśmy nowego, trzeciego kota. Od początku był żarłokiem i już jako kociak tylko łaził z nosem przy ziemi, bacznie sprawdzając, czy gdzieś na podłogę nie spadł nam przypadkiem jakiś smaczny kąsek, trzeba było uważać, bo żarł WSZYSTKO. Najgorsze jednak było jego łażenie po blatach i stole. Wiedział, że mu nie wolno, ale tylko wtedy, kiedy patrzymy... Kiedy jemy, to zazwyczaj się zamykamy i zawsze pamiętamy, by przykryć WSZYSTKO.
Pewnego dnia na imprezie rodzinnej organizowanej u nas mama wróciła do kuchni po resztę rzeczy ze stołu, patrzy, a tu... kot wtranżala surówkę. Miska oczywiście pełna karmy, ale nie, trzeba jeść surówkę! Matka robiła surówkę na szybko nową... Innym razem musieliśmy wymyślić na szybko wymówkę, dlaczego nie będzie grzanej kiełbasy... (zapomnieliśmy ją przykryć w tym całym zamieszaniu i kot może i kiełbasy nie sięgnął, ale wodę, w której się ugotowała, wypił). Nie powiemy przecież, że kot się poczęstował, bo to wstyd, żeby kot w domu po garach łaził, no i jest to zwyczajnie obrzydliwe...
Parę dni temu jemy sobie obiad jak co dzień, kot spał na górze, więc się nie zamykaliśmy. Ale nie, obudził się, dziadyga, przylazł i bezczelnie wskoczył na stół. Już chcę go zabierać i drzwi do kuchni zamknąć, aż tu on obwąchuje pierwszą najbliższą niego rzecz – ogórki kiszone. Jak wystrzelił do tyłu, to ze stołu spadł i uciekł z kuchni (zawsze najpierw powącha, potem kosztuje). Wpadłam wtedy na iście szatański plan.
Jako że mieliśmy parę dekli do słoików, które już przesiąknięte zapachem kiszonych ogórków (oraz ten świeżutki z obiadu), porozkładałam je w całej kuchni w strategicznych miejscach. Przez jeden dzień obserwowaliśmy, jak kot wskakuje sobie na blat, wącha dekielek na swojej drodze i ucieka. Minęło parę dni, a ten nawet do kuchni nie wchodzi...
WYGRALIŚMY!
Ostatnio zaprowadziłam młodą do moich rodziców, a po pracy wróciłam po nią. Kiedy usiadłam na herbatę, mama zaczęła mi opowiadać, co młoda odwaliła, mianowicie: mój tata poszedł do sąsiada na piwo i pogaduchy męskie, a ona wyczaiła moment, poleciała do nich i zaczęła sępić (ma 5 lat). „Dziadek... a babcia wie? Za 5 złotych nic nie powiem”. No i mój tata dał drobne młodej w nadziei, że moja mama się nie dowie, ale cwaniara do niej poleciała. „Babcia, dasz 5 złotych, to powiem, co dziadek robi z sąsiadem”. Mama też dała jej kilka złotówek, oczywiście mała wszystko powiedziała, ale kiedy mama zapytała, z którym sąsiadem, musiała zabulić znowu. Na koniec poleciała do mego taty i wysępiła 10 złotych za newsa dnia, który brzmiał: „Dziadek, uważaj, babcia wszystko wie i tu idzie”. Oczywiście tata dostał opiernicz, a młoda zarobiła ok. 30 złotych.
Nawet nie wiedziałam, że mam tak obrotne dziecko...
Mam trzyletnią córkę z mężczyzną, z którym byłam dwa lata, zanim zaszłam w ciążę. U nas w okolicy ciężko o pracę, więc ostanie pół roku spędził on za granicą, a ja sama zostałam z córką. Przed wyjazdem wynajmowaliśmy pokój, po jego wyjeździe zamieszkałam u mojej mamy.
Dwa dni temu w sobotę przyjechał. Zamiast do mnie, to do domu swojej mamy (100 km ode mnie). OK, nie mam samochodu, to wsiadam w busa z córką i jadę, bo ona stęskniona za tatusiem (zawsze mówi, że tatuś jest najlepszy i go kocha najmocniej).
Na miejscu on zapytał mnie, po co przyjechałam, przecież jakby chciał, to by sam przyjechał... Córka zaczęła płakać, a on dodał, że poznał tam inną kobietę i nas nie potrzebuje...
Ja sobie poradzę. Ale mojej córce zawalił się świat.
Mam 24 lata i jestem nimfomanką. Wiem, co sobie myślicie, ale nie jestem łatwa. Mam wieloletniego chłopaka, nigdy go nie zdradziłam i nie zdradzę. Przed nim miałam raptem dwóch i to były raczej nieudane związki, nie dopasowaliśmy się. Mam po prostu bardzo wysokie libido, MUSZĘ dojść minimum trzy razy dziennie. Mojemu chłopakowi się to podoba, no ale on też ma swoje limity albo czasem zwyczajnie nie ma ochoty. Dlatego stale używam wibratora, oprócz tego noszę w torebce kilka sztucznych członków. W pracy i na uczelni codziennie idę do toalety i zaspokajam się, inaczej nie mogłabym się na niczym skupić. Jestem też stałą odwiedzającą na stronach dla dorosłych.
Trwa to od jakichś 8 lat i szczerze coraz bardziej zaczyna mi przeszkadzać. Nie potrafię tak po prostu posiedzieć z moim chłopakiem, zawsze musi się skończyć łóżkiem. Przez to praktycznie nie ma u nas romantyzmu, żadnej gry wstępnej, bo ja od razu naciskam na finał. Przyłapuję się na myśleniu o nim instrumentalnie, jako o kimś, kto musi tylko dać mi rozkosz, a jego przyjemność schodzi na dalszy plan. Do tego podnieca mnie właściwie każdy przystojny facet, nawet jeśli tylko widzę go przelotnie na ulicy. Zaznaczam, że nigdy nie wyszło to poza patrzenie. Nie toleruję zdrady, mimo że czasem fantazjuję o innych. Zawsze mam wtedy wyrzuty sumienia. Wiem, że pewnie nie uznacie tego za realny problem, ale ja już naprawdę mam dość.
Na kilka miesięcy przed swoją śmiercią mój ojciec zdradził mi, że nie jest moim ojcem, ponieważ od urodzenia jest bezpłodny, o czym matka nie wiedziała. Nie wiedział, kto jest moim biologicznym ojcem, ponieważ go to nie obchodziło. Powiedział, że tak naprawdę nie ma znaczenia, kto jest ojcem biologicznym. A jakby matce powiedział, że wie, to pewnie skończyłoby się rozwodem, mnie musiałaby wychować sama, nikomu by to nie służyło.
Dało mi to wiele do myślenia. Czy dziecko musi być „moje”? Niekoniecznie, jak widać.
Po jego pogrzebie matka chciała mi powiedzieć prawdę i była w szoku, że już wiem. Gdy jej opowiedziałem powyższe, stwierdziła: „Twój ojciec to zawsze był prosty, ale przynajmniej dobry człowiek”. A mój biologiczny ojciec to „skończony idiota, co zwiał za granicę, gdy tylko dowiedział się o ciąży”.
W czasach podstawówki moja klasa dostała zadanie, by wymyślić jakąś przygodę Kubusia Puchatka. Jako że na pracę były aż trzy miesiące, przekonana byłam, że ma to być długa bajka, więc włączyłam moją wyobraźnię i każdego dnia sumiennie wymyślałam nowe historie. Praca miała ponad 70 stron.
Po trzech miesiącach, oddając pracę, zdziwiłam się, że niektórzy oddają tylko jedną kartkę A4. Gdy pani oddawała ocenione prace, okazało się, że jako jedyna z klasy dostałam 4, wszyscy inni mieli 5 i 6. Spytałam się nauczycielki, czemu tak oceniła. Na co ona odpowiedziała, że praca była dobra, ale za długa.
Tak oto straciłam zapał do nauki.
Wczoraj zaprosiłam koleżankę na wspólny obiad w restauracji. Objadłyśmy się do syta, ale i tak dopchałyśmy się jeszcze deserem. Po tym obfitym posiłku, za który miałam zapłacić fortunę (no, ale cóż – czasem można podarować sobie odrobinę luksusu), poprosiłam kelnera o pół szklanki wody, bo zawsze kilkanaście minut po obiedzie muszę przyjąć moje leki.
Kiedy dostałam rachunek, okazało się, że do rachunku na kwotę 170 zł doliczono mi 10 zł za wodę. Planowałam zostawić 30 zł napiwku, ale uznałam, że jednak nie tym razem...
W zeszłym roku ukończyłem szkołę i oczywiście zdałem maturę, planowałem iść na studia, ale nie wiedziałem, jaki kierunek by był dla mnie dobry, więc się zdecydowałem na rok przerwy. Oczywiste, że jeśli ktoś się nie uczy, to powinien w tym czasie pracować, w pełni się z tym zgadzam, niestety nie znalazłem dalej pracy, większość pracodawców ignoruje moje CV. Niektórzy nie zignorowali i miałem kilka rozmów o pracę, po rozmowie zawsze mieli się ze mną skontaktować w ciągu tygodnia z informacją, czy mnie zatrudniają, ale oczywiście później było zero odzewu. Bezrobocie nie jest niczym przyjemnym, aż nawet tęsknię za szkołą, wtedy przynajmniej nie czułem takiej pustki. Oczywiście nie jestem jedyny w takiej sytuacji, że nie umiem pracy znaleźć, dwóch moich znajomych boryka się z tym samym problemem, dwóch jest po zawodówce i już od dłuższego czasu ma pracę, pozostali znajomi studiują. Czuję się tragicznie ze swoją sytuacją, przecież próbuję znaleźć pracę i cały czas mam nadzieję, że się w końcu uda, w domu wykonuję większość obowiązków domowych, ale i tak przez swoje bezrobocie czuję się jak zwykły pasożyt.
Dodaj anonimowe wyznanie