Sytuacja sprzed kilku dni. Miejsce – sklep. Ja, wysoka niebieskooka blondynka wierząca w miłość od pierwszego wejrzenia. On, wysoki na zabój przystojny brunet – cud miód. Podchodzi do mnie, ręce mi się pocą, mówię: „Cześć”, on się uśmiecha, po czym... wyciąga mi portfel z kieszeni! Nie wiem, co się dzieje, biegnę w pogoń, ale jest szybki niczym antylopa.
No cóż, nauka na przyszłość: „pozory mylą”.
PS Znajdę cię, draniu!
Nigdy z natury nie byłem zazdrosny i każdą z moich partnerek obdarowywałem zaufaniem. Jestem z tych, co nie sprawdzają telefonu dziewczyny ani nie robią jej scen zazdrości. A raczej byłem…
Przyłapałem Agnieszkę na dziwnej czynności. Wróciłem któregoś dnia szybciej z uczelni, a ona… robiła sobie zdjęcia przed lustrem w samej bieliźnie. I nie takie zwykłe, tylko wyginała się do nich jak kałamarnica. Co więcej, bielizna nie była raczej z tych, które nosi na co dzień, mi nigdy jakoś nie prezentowała się w takim wydaniu. Decydując o wszystkim pod wpływem impulsu, cofnąłem się spod drzwi sypialni i udałem, że niczego nie widziałem. Wziąłem sobie natomiast ten widok do serca i od tamtej pory zacząłem co jakiś czas przeglądać jej telefon. Nie jestem z tego dumny, powiem więcej, jest mi wstyd, że przeglądam jej telefon. Po raz pierwszy zdarzyło mi się stracić zaufanie do dziewczyny.
Na początku niczego nie znalazłem, na przejrzenie zawartości telefonu miałem przeważnie minutę, maksymalnie dwie. W wiadomościach żadnych podejrzanych czy dwuznacznych dialogów z facetami. Już miałem się poddać i olać temat, kiedy zobaczyłem, że Agnieszka kupiła nowy komplet bielizny (przyszedł kurierem, akurat ja odbierałem). Postanowiłem, że raz jeszcze pogrzebię, ale tak porządnie. Zacząłem nawet przeglądać jej rozmowy z mamą czy koleżankami. I wiecie, co się okazało? Że ona to wszystko robiła dla mnie. Za miesiąc mamy drugą rocznicę związku i Aga szykuje mi niespodziankę – album ze swoimi zdjęciami. Bieliznę dobierała do sesji zdjęciowej, co wyczytałem w rozmowie z jej koleżanką, której radziła się w kwestii wyboru kompletu. Znalazłem też wiadomości z fotografką, z którą się umówiła na zdjęcia.
Jest mi tak niewyobrażalnie głupio, że aż ciężko to opisać.
Cieszę się, że mam dziewczynę, która postanowiła zrobić mi niebanalny prezent na rocznicę – postaram się odwdzięczyć tym samym. A jej telefonu już nigdy nie ruszę, jednak zaufanie to podstawa, która buduje związek. Durne podejrzenia potrafią zniszczyć nawet najpiękniejszą relację.
Dziś są urodziny mojej mamy i co w tym anonimowego? Ano to, że to najgorszy dzień w życiu mamy i najgorsze urodziny, jakie miała (to są jej słowa, nie moje).
Prezenty dostała, tort był, laurek nie zabrakło, to co poszło nie tak?
Tort przywiózł z sąsiedniej miejscowości ojciec, z którym mama się rozwodzi. Mama weszła do domu, ja i rodzeństwo śpiewamy sto lat, wręczamy prezenty itd. A mama tort do śmieci zarazem z prezentami... Ja i siostry w płacz, bo smutno, prezenty i tort były zakupione z naszych pieniędzy.
Mam 14 lat i nigdy wcześniej nie było mi tak przykro. Naprawdę chciałyśmy, żeby to był miły dzień...
Sytuacja miała miejsce lata temu na wycieczce w Warszawie. Pochodzę naprawdę z zapyziałej wsi, gdzie jedyne znane drużyny sportowe to były Barca i Real. W Warszawie, jak wiadomo, jest Legia. Ja niestety nie miałem o tym pojęcia, co wykorzystali chłopcy w wieku 13-14 lat.
Nowi koledzy zażartowali (nie wiedziałem, że żartowali), abym podszedł do łysych panów w czarnych bądź zielonych umundurowaniach z trzema paskami na ubraniach i powiedział „je**ć Legię”. W swej bezdennej naiwności myślałem, że chodzi o cudzoziemską... Panowie w czarnych umundurowaniach nie byli zachwyceni moją osobą, a wielki, szeroki łysy koleś uświadomił mi, że jednak mam jakiś problem...
Po tym zdarzeniu miałem przezwisko „tygrys szablozębny”, ponieważ przez jakiś czas nie miałem jedynek z przodu.
Matura w maju, już tuż-tuż. Tymczasem moja koleżanka miesiąc temu dowiedziała się dopiero w przypadkowej rozmowie, że istnieje coś takiego jak matura ustna z języka polskiego i angielskiego. Jeszcze się ze mną kłóciła, że to nieprawda, bo przecież ona się na coś takiego nie zapisywała i na pewno jej to nie dotyczy.
Ostatnio przeżyła też szok, że zdając rozszerzony WOS, musi napisać wypracowanie. Tia...
Kiedy byłam małym gówniarzem, myślałam, że przykazanie „Nie cudzołóż” oznacza „Nie śpij w cudzym łóżku”... Pewnego razu przed pierwszą komunią świętą poszliśmy z klasą się wyspowiadać. No i oczywiście ja, pewna, że śpiąc u kuzynów/braci/rodziców zgrzeszyłam, wyznałam, że dopuściłam się cudzołóstwa...
Reakcja księdza była wybitna – następne pół godziny spędziłam z katechetką, która tłumaczyła mi znaczenie poszczególnych przykazań.
Kandydatka do pracy przyszła do mnie na rozmowę rekrutacyjną. W połowie spotkania wzięła kubek z wodą i ostentacyjnie przechyliła go nieco mocniej przy ustach. Krople wody zaczęły jej spływać po brodzie, szyi i aż na dekolt, mocząc jej bluzkę. Przez cały czas nie odrywała ode mnie wzroku.
Praca na moim stanowisku to przez to masakra. Ciągle mam takie przypadki i z reguły i założenia to bym od razu takie paniusie wyrzucał na drzwi, a z drugiej strony się boję, że jak one stosują takie sztuczki, to jak ich nie przyjmę, to mnie w takiej sytuacji pozwą o dyskryminację i jeszcze oskarżą o nie wiadomo co.
Pamiętacie to wyznanie, w którym ktoś kupował przez cały rok prezenty na święta? Ja robiłam tak samo. Tylko zamiast prezentów kompletowałam wyposażenie nowego mieszkania.
Wpadłam na ten pomysł mając 15 lat. Dorabiałam sobie pieniądze, więc mogłam sobie na to pozwolić. Kiedy nadszedł dzień wyprowadzki, nie musiałam wydawać ogromnej sumy pieniędzy na np. talerze, sztućce, kubki etc.
Przez 5 lat nazbierałam chyba 6 albo 7 kartonów.
Dzisiaj przeczytałam wyznanie na temat zabierania drzwi jako kary, u mnie w domu była również stosowana.
Może wam się wydawać to śmieszne, ale była to najgorsza kara, jaką sobie mogłam wymyślić.
Gdy moi rodzice kazali mi posprzątać kuchnię gdy miałam 6 lat, biegłam do pokoju ile sił i trzaskałam drzwiami, po czym mój kochany tata przychodził, mówił "nie trzaskaj drzwiami", na co ja znów trzaskałam. Wtedy mój opiekun brał drzwi i stawiał obok zawiasów. Oczywiście ja w ryk, że nie może mi tak robić. Mój kochany ojczulek wtedy odchodził do swojego pokoju.
Tu bym mogła skończyć, gdyby nie to, że mój 6-letni móżdżek wymyślił, że zrobi na złość tacie i włoży drzwi z powrotem. Jak pomyślałam, tak zrobiłam... no prawie.
Drzwi były jednak trochę cięższe niż mi się na początku zdawało i wywróciły się na mnie, robiąc przy okazji dziurę w ścianie.
Przyszli rodzice i pojechaliśmy do szpitala. Brew rozcięta - 3 szwy, a drzwi nie miałam do końca 8 roku życia :)
Tak oto rodzice zadbali o moje zdrowie.
Z pewnością większość z Was kojarzy Danonki.
Nie wiem, czy nadal tak jest, ale gdy miałam około 8 lat, dołączane były do nich różne magnesy z literkami, było tego kilka serii.
Danonki jadłam może z pięć razy w życiu.
Za to cała moja lodówka była zawalona tymi magnesami.
W domu się nam wtedy zbytnio nie przelewało, więc szkoda było pieniędzy na takie "pierdoły".
Skąd miałam te magnesy?
Na każdych zakupach mój tato przyczajał się i wyciągał kilka magnesów spod tekturek.
Wiem, że to nie jest najlepszy przykład dawany dzieciom, ale złodziejką nie zostałam :D
W sumie jak sobie o tym teraz pomyślę, to trochę mi za niego wstyd ;)
Nie robiłam histerii, że chcę magnesy, po prostu rodzice widzieli jak świeciły mi się oczy, gdy widziałam reklamy Danonków w TV.
Przepraszam wszystkich, którzy po kupieniu Danonków rozczarowali się, bo nie znaleźli pod tekturką gratisowych magnesów - możliwe, że to mój tatko - typowy Janusz.
Dodaj anonimowe wyznanie