#bGYnl

Mój partner miał kilka zwierząt:

- szczura o imieniu Fluffy (puchaty/ włochaty), który wyłysiał;
- szczura o imieniu Midnight (północ), który zdechł około północy;
- Kota o imieniu Bones (kości), który został zagryziony przez biegającego wolno psa;
- psa o imieniu Flash, który, choć za szczeniaka był szybki, nabawił się problemów z biodrami (dysplazja), przez co nie mógł za bardzo biegać.

Chłopak nie rozumie, czemu nie może wybrać imienia dla psa, którego planujemy mieć. :)

#uNxMd

Mając 21 lat dowiedziałam się, że najbliższa twoja rodzina, dla której oddałabyś życie, może ci wbić nóż w plecy.

Moja kochana mama w życiu nic mi nie dała, bo przez większość mojego życia piła. Brat nigdy się mną nie interesował, a kiedy matka chorowała, to nawet jej nie odwiedzał, a gdy miała gorsze momenty, to nawet nie dzwonił. No i brat właśnie dostaje mieszkanie, które miało być dla mnie (mimo że on ma dwa mieszkania i dobrą firmę). Ja mam mieszkać pod mostem.
To nawet nie chodzi o majątek, a o to, jak rodzina potrafi mieć cię gdzieś.

Witam w moim życiu, jeśli macie super rodziców i rodzeństwo, to wam zazdroszczę i życzę wam wszystkiego co najlepsze.

#a4UYN

Zawsze byłam dzieckiem z nadwagą. Od kiedy pamiętam jadłam 2 śniadania i 2 obiady (1 w domu, drugie w przedszkolu/szkole), a do tego czas wolny spędzałam głównie z babcią, która była kucharką, więc kochała mnie dokarmiać. Już wtedy miałam jakieś 10-15 kg nadwagi, co w podstawówce jest masakrą dla dziecka. Oczywiście rówieśnicy mnie wiecznie wytykali palcami, ale do tego można było przywyknąć. Gorzej, że to była szkoła z basenem, a rodzicom bardzo zależało, żebym nauczyła się pływać, dlatego tam mnie zapisali.

Któregoś dnia szłam wzdłuż basenu (w stroju kąpielowym) z jedyną koleżanką jaką miałam, mijałyśmy nauczycielkę pływania, która miała zajęcia z następną klasą. Spojrzała na mnie z góry na dół (nigdy tego nie zapomnę) i powiedziała na cały głos: „No, widzę, że słoninę na zimę już mamy”.
Od tamtej pory zaczęłam unikać basenu w szkole jak ognia, a nawet teraz, będąc 25-letnią kobietą, za każdym razem gdy nawet mijam basen staje mi ta baba przed oczami i słyszę te słowa. Kto tak mówi do dziecka, które ma 10 lat i wystarczająco przerąbane ze strony innych dzieciaków?

Ta sama baba wyprosiła moją koleżankę z zajęć tanecznych mówiąc, że w swojej grupie grubasów nie potrzebuje. Miała pecha, bo koleżanka przekazała wiadomość swojej mamie, a ta potulna nie była i zrobiła porządną aferę w szkole.

#cpeKY

W ogólniaku wiecznie miałem problemy z polskim. Każdy semestr to była walka o to, żebym dostał choć te 3 na szynach (wtedy najgorszą oceną było 2), a dodatkowe punkty, dzięki którym udawało mi się zaliczać semestry, miałem dzięki aktywności na lekcji. Wypada w tym miejscu wspomnieć, że nauczycielka odnotowywała sobie aktywność uczniowską w swoim notatniku, a notatnik ten na przerwie chowała do szuflady biurka. Szuflady, w której nie było zamka. W ten sposób cała klasa nadrabiała swoje braki :)

Maturę pisemną udało mi się jakoś zaliczyć. Było ciężko, ale zostałem dopuszczony do egzaminu ustnego. Praktycznie cały czas pomiędzy egzaminami pisemnymi a ustnymi przeznaczyłem na naukę polskiego, na pozostałe przedmioty robiąc tylko krótkie przerwy. Gramatyki nauczyłem się niemal perfekcyjnie, ale z literatury najlepiej byłem przygotowany z „Lalki”.

Kiedy przyszło do losowania pytań, z koszyka wyciągnąłem kartkę z zadaniem zreferowania jakiegoś tematu z... „Lalki”! Z pytaniami z gramatyki nie miałem problemów, z literaturą też sobie dobrze poradziłem, i wyszedłem z egzaminu z czwórką (5 było max).

Kiedy szedłem po egzaminie coś jeszcze załatwić, spotkałem na korytarzu moją nauczycielkę (tę od notatnika). Oczywiście zatroskana zapytała, jak mi poszło, i kiedy usłyszała, że dostałem 4, zaniemówiła, a jak już odzyskała oddech, poleciała szybko do koleżanek z komisji dowiedzieć się, czy jej nie oszukałem.

Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć jej tak szybko idącej, a od znajomych, którzy czekali na swoją kolej usłyszałem później, że wpadła do pokoju egzaminacyjnego jak bomba, nawet nie pukając. I była w ciężkim szoku, gdy dowiedziała się, że naprawdę dostałem 4 :)

#SPumw

Kiedy byłem w maluchach (najmłodsza grupa przedszkolaków), padło pytanie od przedszkolanki, kim byśmy chcieli zostać w przyszłości.
Moja odpowiedź brzmiała: emerytem.
Powiedziałem tak dlatego, że mój dziadek „nic nie robił i jeszcze dostawał za to pieniądze”.

Teraz mam 27 lat i dobrą pracę. Jednak wciąż bycie emerytem brzmi dobrze :D

#v5EVu

Od dziecka słyszałam od mamy, jacy to jesteśmy biedni, bo dzieci kosztują. Sama nie pracowała i każdy wydatek na nas był komentowany jako „wymysły”, nawet te potrzebne. Szybko się nauczyłam, że muszę sama o siebie zadbać, jej było to na rękę. Zaczęłam jej wypominać, że nie pracuje. Faktycznie zaraz po ślubie przestała pracować, bo „małe dzieci”, kiedy wszyscy poszliśmy do szkoły, to zaczęła chorować, i choć wróciła do zdrowia, to co chwila szukała tylko takich lekarzy, którzy przedłużą jej rentę. Naprawdę mogła pracować, ale wiecznie słyszałam, jaka to ona biedna i pokrzywdzona. Każdy pomysł na pracę dodatkową był zły, bo to ciężka praca, bo trzeba by zainwestować, bo tak to ona nie chce.
Stanęło więc na tym, jacy to jesteśmy biedni i jak to ktoś inny powinien dać.

Zaczęłam sama zarabiać i wtedy słyszałam, że jestem próżna, bo po co mi pieniądze (na własne utrzymanie na studiach), bo przecież mam stypendium socjalne (szalone 300 złotych, umówmy się, że nie da się za to utrzymać w pełni samodzielnie). Przez to, że pracowałam, straciłam i to stypendium. To była tragedia, ciągłe wypominanie. Nieważne, że zarabiałam około tysiąca (co pozwalało mi się utrzymać), ważne, że zaprzepaściłam darmowe pieniądze (które same w sobie były nic nie warte, bo nie dało się za to utrzymać). Nieważne było to, że miałam całkiem fajną, lekką, elastyczną pracę dodatkową, która na studiach dziennych była wybawieniem. Miałam ją rzucić, bo ona straciła na mnie kilka stów dodatku socjalnego.
Zaczęłyśmy się ostro kłócić, a ja zaczęłam tracić do niej resztki szacunku.

Nie była typową „madką”, bo owszem, wyciągała kasę na zasiłek, ale nie wydawała na ciuchy itp., dbała, żebyśmy się uczyli (do przesady co prawda, uzależniła postrzeganie samej siebie przez pryzmat sukcesów dzieci, to było serio chore).
Poszłam swoją drogą, było ciężko, ale teraz jest lepiej. Mam w sobie jakąś pogardę dla niej i jej wyborów. Nigdy nie była dla mnie autorytetem, najlepsze uczucie jakie do niej miałam to współczucie. Nie zamierzam przyznawać, że „no może miała wady, ale mimo wszystko jestem jej wdzięczna”. Ilość czasu i pieniędzy jaką spędziłam na wychodzeniu z emocjonalnego dołka, w jaki mnie wpakowała (rodzeństwo podobnie, to nie jest przypadek), nie pozwala mi przyznać jej jakiejkolwiek racji.

Mam w sobie strasznie dużo gniewu na nią, na stracone lata dzieciństwa, kiedy zaczęłam przejmować rolę dorosłego, mimo że wcale nie było tak źle, jak to przedstawiała. Za to, że nie wiedziałam, że istnieje miłość, która nie jest za coś – ona zawsze była za sukces, za dobre oceny, za siedzenie cicho. Uczyłam się tego sama. Od obcych ludzi, którzy dali mi ciepło i wsparcie, jakiego nie znałam w domu.
Nie umiem wybaczyć i zrozumieć.

#5VEX4

Uczę się obecnie w drugiej liceum. Moja koleżanka z klasy, która jest w związku z tegorocznym maturzystą, zapytała mnie, czy nie chciałabym pójść na studniówkę z X - znajomym jej chłopaka (Z). Zgodziłam się - sukienkę mam, tańczyć lubię, no i nic mnie to nie kosztuję (taki ze mnie Janusz imprezowania).

Na próbach poloneza było bardzo miło. X żartował, opowiadał różne ciekawe rzeczy, no i co ważne, nie poruszał się jakby miał miotłę w d*pie. Szczerze mówiąc, zdziwiło mnie to, że tak miły i ułożony chłopak potrzebował pośrednika w poszukiwaniach studniówkowej partnerki. Później zaczęłam rozumieć.

Jakoś na miesiąc przed studniówką podcięłam włosy. Zachwycona nową fryzurą, przyszłam na próbę i podeszłam do X. Stanął jak wryty, po czym zaczął na mnie krzyczeć - przy całej klasie! Co ja najlepszego zrobiłam, przynoszę mu pecha, gdzie ja żyję, że nie wiem, że przed studniówką włosów nie ścinamy. Zażenowana i zaskoczona odpowiedziałam, że myślałam, że ten głupi zabobon obejmuje tylko kobiety, a nie partnerów, na co on stwierdził, że jestem po prostu głupia. Zirytowało mnie to, więc powiedziałam, żeby się... bujał i wyszłam z sali. Jeszcze tego samego dnia zaczął mnie przepraszać i trwało to ok. tydzień. Dla świętego spokoju, zgodziłam się iść z nim po raz drugi.

W końcu rozpoczął się bal! Polonez wyszedł przyzwoicie, oficjalna część minęła szybko i zasiedliśmy przy stołach. Oczywiście nie mogło zabraknąć picia wysokoprocentowych trunków pod stołami. Święta nie jestem - napiłam się dwóch kieliszków. X natomiast, nachlał się jak świnia. Jak żyję, nie widziałam jeszcze nigdy nikogo w takim stanie. Zarzygana koszula, cały czerwony, spocony, bełkot zamiast mowy... I mimo że nie jesteśmy parą, to było mi za niego strasznie wstyd. Coś bełkotał o tym, że ilość wypitych procentów na studniówce = procenty na maturze. Z był całkowicie trzeźwy i zaproponował, że nas odwiezie, bo mogą być ogromne problemy.

Wsiedliśmy w auto, oprócz nas był jeszcze jakiś pijany chłopak. Z powiedział, że odwiezie nas pod dom X, ja go zaprowadzę, bo pewnie nie trafi, a on odwiezie wyżej wspomnianego chłopaka i po mnie wróci.

Odprowadziłam go pod dom i zła jak osa chciałam odejść. Pijany X wówczas złapał mnie za tyłek i do siebie przyciągnął. Na szczęście był tak bardzo nawalony, że nie miałam problemu go od siebie odepchnąć, ledwo trzymał się na nogach. Zaczęłam się wydzierać - co ty robisz palancie, na co odpowiedział tylko "studniówka nie ru*hana, matura niezdana" i powiedział, że skoro już z nim poszłam, to mam OBOWIĄZEK się z nim przespać. Ręce mi opadły. Na szczęście zaraz zjawił się Z i zawiózł mnie do domu.

Przesądny X ciągle wyrzuca mi, że przeze mnie nie zda matury... Nie będę mieć wyrzutów :D

#LJWEQ

Od niedawna szukam pracy, więc oprócz odpowiadania na ogłoszenia i przesyłania CV do firm postanowiłam dodać własne na jednym z portali. Opisałam w skrócie doświadczenie i określiłam, czego mniej więcej szukam. Nawet na portalu randkowym nie dostałam tyłu propozycji układu. Najlepsze, że niektórzy byli gotowi umówić się w swojej firmie i tam porozmawiać o szczegółach. Żenada.

#YO8RQ

Jak wywołać uśmiech na czyjejś (i przy okazji swojej) twarzy?

Kilka lat temu obchodziłam n-te urodziny, toteż zaprosiłam kilkoro znajomych. A że chciałam nieco rozweselić ponury, wynajmowany pokoik, postanowiłam udekorować go balonami. Ozdóbki owe wisiały jeszcze przez kilka dni, po czym stwierdziłam, że jednak do takiego wystroju to się nie ma co przyzwyczajać, bo jeszcze mi się spodoba, i co wtedy? Kilka baloników sflaczało śmiercią naturalną, ale co zrobić z tymi, które pozostały? Plan iście szatański – wyrzucę je z ósmego piętra. Niech rozjaśnią ten pochmurny dzień, a nuż komuś się mordka uśmiechnie? Jak postanowiłam, tak uczyniłam, i 5-6 baloników pofrunęło w siną dal, w odstępie kilku sekund każdy. A ja kurtka na plecy, torba na ramię i na uczelnię.

A teraz wyobraźcie sobie – wychodzę i za zakrętem potykam się o torbę z książkami. Obok stoi dziewczątko, a drugie, jemu podobne, biegnie co sił i łapie żółtego balonika, po czym wraca z wypisanym szczęściem, krzycząc do koleżanki: „Mam! Złapałam! Mówiłam, że złapię!”. Kilkanaście metrów dalej widzę mamę z kilkuletnim brzdącem, który dzierży balonika – tym razem czerwonego – w rączce i śmiało kroczy do przodu.
Dzień był chłodny, mżysty i niezbyt przyjemny, ale mi się zrobiło tak jakby cieplej... Ot, głupotka, a cieszy.

PS O zaśmiecaniu środowiska, przyznam szczerze, nie pomyślałam. Ale uważam, że są gorsze rzeczy niż tych kilka balonów.

#ySBZ6

Ostatnio do pracy w naszym laboratorium przyszedł chłopak po technikum, Krzysio. Przyjęli go po trosze po znajomości, bo chłopak nigdzie roboty nie mógł znaleźć, sytuacja w domu ciężka, a że jego ciocia do niedawna u nas pracowała (złota kobieta, naprawdę), to kierowniczka się zlitowała i go wzięła na próbę, zwłaszcza że odpowiednie wykształcenie miał.

Pierwszy dzień pracy, Krzysio się zapoznaje gdzie, co i jak. Początkowo nie było co mu dać do roboty, więc miał niszczyć papiery w niszczarce. Po trzech minutach takiej pracy Krzysio skomentował: „Nie po to skończyłem technikum, żeby teraz robić fizycznie” i zawinął się, zabrał swoje rzeczy i poszedł.

Nie powiem, ubaw mieliśmy z Krzysia niezły :D Tylko jego matki i ciotki szkoda ;)
Dodaj anonimowe wyznanie