#M9tRR

Działo się to kilkanaście lat temu. Miałam taką "przyszywaną" babcię, była to żona byłego szefa mojej mamy, który zmarł kilka lat wcześniej. Nie miała dzieci ani swojej rodziny, a rodzina jej męża mieszkała daleko, więc zaoferowała mojej mamie pomoc. Mam 2 starsze siostry i gdy zaczęłam szkołę był problem z odbieraniem mnie ze szkoły i przypilnowaniem przed powrotem mamy, bo moje siostry były już nastolatkami i wiadomo, że z dzieciuchem siedzieć nie będą. Tak więc pojawiła się w moim życiu babcia Zosia. 

Nigdy nie zapomnę, gdy nadszedł Dzień Babci. Wraz z jedną siostrą, która też często po szkole przychodziła do babci Zosi zrobiłyśmy laurki, kupiłyśmy kwiaty i poszłyśmy do babć. Oczywiście obie chciałyśmy od razu iść do tej babci, ale musiałyśmy iść najpierw do tych "prawdziwych", mimo że one nami się nigdy nie interesowały. Jak w końcu dotarłyśmy do niej, biedna musiała wyjść do drugiego pokoju, bo nie potrafiła się uspokoić ze wzruszenia. Przepraszała nas, że nic nie przygotowała, dla nas i tak najlepszy był jej uśmiech. Na każdy kolejny Dzień Babci czekała już zawsze z ciastem, ale i tak zawsze była bardzo wzruszona!

#i2ywq

Wybrałam się do Smyka po prezent dla dziecka mojej kuzynki. Mała mnie uwielbia, więc musiałam kupić jej jakąś super rzecz. Stoję sobie tak przy jakichś książeczkach o zwierzakach, jak zwykle zakręcona i nie wiedząca o co chodzi. Nagle zrobiłam krok do tyłu i buch, kogoś uderzyłam. Nie odwracając się od książeczek, powiedziałam "przepraszam". Oglądam je nadal i czuję, że ktoś za mną stoi, chciałam się przesunąć, nadal czytając te książeczki, i znowu buch w kogoś. Znowu przeprosiłam. Widzę kątem oka, że ochroniarz się podśmiewuje ze mnie, ale zignorowałam to, bo te książeczki takie ciekawe. 

Stwierdziłam, że wezmę trzy. Odwracam się i znowu buch, przewróciłam się, bo mocno zaryłam całym ciałem w tego kogoś. I podnosząc się, mówię ostrym tonem:
- Cholera, może by się tak pan przesunął, zamiast stać jak manekin. 
Ochroniarz w śmiech, turlał się po ziemi prawie. Patrzę, a to faktycznie był... manekin.

#GneKh

Kilka lat temu mieliśmy z żoną poważne problemy finansowe. Oboje straciliśmy pracę, ogólnie było ciężko. Miałem ostatnie 50 zł, żeby zrobić jakieś zakupy spożywcze, do wypłaty zasiłku dla bezrobotnych brakowało ze dwa tygodnie. Po drodze do sklepu był salon z automatami. Nie wiem co mnie tchnęło, ale wszedłem tam i... wygrałem ponad 5000 zł. Nakupiłem żarcia za ponad trzy stówy, za resztę żyliśmy w miarę spokojnie kolejne dwa miesiące. Wtedy znalazłem pracę (nawet w zawodzie!) i było już z górki :) Żonie powiedziałem, że pożyczyłem kasę od dalszego, dość bogatego kuzyna. Nikomu nie przyznałem się, że to dziadostwo, które tylu ludziom zniszczyło życie, mi uratowało tyłek.

#o3EAW

Historia sprzed bodajże miesiąca. Słowem wstępu powiem, że mieszkam na osiedlu, gdzie dresów jest więcej niż drzew przy drodze. Wracałam akurat od koleżanki, zasiedziałam się u niej i w efekcie wracałam do domu po 22. Miałam do wyboru iść jeden przystanek piechotą (wśród podejrzanych, nieoświetlonych bloków), albo czekać na autobus, który zawiezie mnie pod niemalże drzwi domu. Wybrałam komunikację miejską. Stoję sobie całkiem sama na przystanku, mija 5, 10 minut, a autobusu nie widać.

Nagle widzę zbliżającą się grupę niezbyt trzeźwych "Sebków". Cicho się odsuwam na bok, ale dresy idą wprost na mnie! Już się rozglądam jak by tu uciec, żeby mieć szansę na przeżycie, gdy z grupy wychodzi największy "Sebix" i mówi do mnie pijanym głosem "Nie pojedziesz stąd laleczko, he he". Serce już stanęło, nogi gotowe do biegu, a tu Sebek kontynuuje "Bo wiesz, na dole był wypadek. Autobusy nie jeżdżą tutaj", po czym mi nakreślił, który autobus jeździ jakim objazdem, gdzie powinnam pójść i za ile będzie następny. Potem jeszcze dorzucił "A jeśli musisz iść w stronę następnego przystanku, to chodź z nami - na taką laleczkę może czekać dużo niebezpieczeństw w ciemnych ulicach", a reszta Sebków z uśmiechem zaczęła potwierdzać i narzekać na brak oświetlenia.

Brakło mi odwagi, żeby iść z Sebixami, ale też nie mogłam wyjść z podziwu, co się właśnie stało? A te Sebki do tej pory widząc mnie na osiedlu oferują, że mnie odprowadzą - reszta osiedla zaś chyba boi się mnie zaczepiać, widząc, że jestem "kumpelką" najgroźniejszych osiedlowych Sebów.

#uhBdC

Znajomi moich rodziców ze studiów mieli żółwia. Nie był to żółwik z tych, które są małe i trzyma się je w akwariach/ terrariach, tylko było to całkiem spore żółwisko. Z tego powodu zwierzak ten swobodnie chodził sobie po mieszkaniu - zupełnie jak pies czy kot. Ale żółw, jak to żółw - lubi od czasu do czasu popływać.

Owi znajomi mieli w domu nieobudowaną wannę. Gdy Henio chciał popływać, szedł do łazienki i... stukał swoją skorupą o wannę. Robił to tak długo, aż ktoś przyszedł, nalał mu mu wody do wanny i go do niej włożył. Następnie żółw zostawał pozostawiony sam sobie, by mógł się nacieszyć kąpielą. A co, gdy chciał wyjść z wody? Henio nurkował i pazurem wyciągał z wanny korek. Gdy cała woda spłynęła, wtedy znów stukał skorupą o wannę i czekał, aż ktoś go z powrotem wyciągnie.
I niech mi ktoś powie, że żółwie nie są inteligentne...

#dUU4b

Do 24 roku życia mieszkałem z rodzicami i w końcu nadszedł dzień wyprowadzki. Podczas porządkowania mojego pokoju, matula gdzieś zza szafy wyciągnęła kilka par zakurzonych skarpet, jakieś stare słuchawki od walkmana oraz zapyziałe pisemko dla dorosłych pamiętające czasy, gdy chodziłem do gimnazjum. Najwyraźniej za dzieciaka musiałem je tam kiedyś schować i całkiem o tym „skarbie” zapomniałem. Moja rodzicielka przekartkowała świerszczyk, wnikliwie, znad okularów oglądając fotografie roznegliżowanych niewiast, a następnie podała mi pisemko mówiąc: „Ale wiesz, że teraz takie rzeczy można za darmo w Internecie znaleźć? Z ojcem pogadaj, on ci pokaże gdzie szukać...”.
Bardzo pedagogiczna rada, mamusiu.

#4H2Vy

Stało się to pewnego czerwcowego dnia w szkole. Byłam wtedy w drugiej klasie gimnazjum. Dzień był okropnie gorący, dlatego co chwilę chciało mi się pić. Wypiłam już całą zawartość mojego bidonu plus jeszcze zakupioną w sklepiku butelkę wody, czyli łącznie około 1 litr wody. Była godzina 12:57, właśnie trwała lekcja matematyki. W tym momencie poczułam parcie na pęcherz. Zapytałam nauczycielkę o to, czy mogę wyjść do toalety. Popatrzyła na mnie przez chwilę ze zdziwieniem, po czym odpowiedziała: "A od czego była przerwa? Trzeba było iść na przerwie. Poczekaj do końca lekcji, jeszcze tylko 13 minut". Nie pozostało mi nic innego, jak tylko czekać. Jeszcze tylko 13 minut... Przez jakiś czas starałam się o tym nie myśleć, ale uczucie było coraz silniejsze. Spojrzałam na zegar - zostało 7 minut lekcji. Zgłosiłam się drugi raz, znowu zapytałam o możliwość pójścia za potrzebą. Od nauczycielki usłyszałam, że nie powinnam przerywać lekcji przy tak ważnym temacie jak wyrażenia algebraiczne. Zrezygnowana opuściłam rękę i założyłam nogę na nogę. Próbowałam wytrzymać, ale z każdą minutą było mi coraz trudniej. Nogi zaczęły mi się trząść. Nawet nie podnosiłam już ręki, bo wiedziałam, jaka będzie jej odpowiedź.

Około 3 minuty później stało się. Nagle poczułam ciepło między moimi nogami. Pomyślałam wtedy: "Nie, to nie może być to, tylko nie to!". Zamknęłam oczy. Czułam ciepło nie tylko między nogami, ale też na nogach. Zaczęłam krzyczeć. Wszyscy obrócili się w moim kierunku, patrzyli na mnie, niektórzy zaczęli się śmiać. Zrozpaczona wybiegłam z klasy i zamknęłam się w łazience. Płakałam, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Nie wychodziłam z toalety przez długi czas. Dopiero gdy przyszła pani pedagog, zaczęłam z nią na spokojnie rozmawiać. Do domu wróciłam z rodzicami w samochodzie. Po powrocie wzięłam prysznic i rzuciłam się z płaczem na łóżko.

#3HTku

Zapewne tym wyznaniem wsadzę kij w mrowisko, gdyż teraz na czasie jest aborcja I wszystko co z nią związane.

Choć od 10 lat mieszkam w kraju, w którym aborcja jest legalna, to nie zdecydowałam się na nią i bardzo tego żałuję. Nie rozpisując się - moje dziecko miało 50/50 szans, że będzie miało zespół Downa. Z mężem staraliśmy się o nie ponad 5 lat. Cudem udało nam się zajść w ciążę naturalnie. Liczba moich komórek jajowych była nikła. Można by je raczej porównać do 45-50-letniej kobiety, a nie dziewczyny przed 30. Postanowiliśmy, że urodzę.

Okazało się, że dziecko nie ma zespołu Downa. Jednak prawda była o wiele gorsza. Bardzo szybko po urodzeniu okazało się, że ma porażenie mózgowe. To była chyba najgorsza chwila w moim życiu...10 lat jeżdżenia po lekarzach, rehabilitacji, praca męża na trzech etatach… Nasz syn przejdzie samodzielnie parę kroków, ale ogólnie nie chodzi. Ma niedowład w prawej ręce, ruchy mimowolne, zaburzenia w rozwoju umysłowym, zaburzenia mowy i padaczkę. Będzie taki przez całe życie.

Dwa lata temu mój mąż w wieku 38 lat miał zawał! Ja zaczęłam mieć problem z kręgosłupem, nie mówiąc już o depresji. Roku temu podjęliśmy decyzję o wiele trudniejsza niż aborcja. Oddaliśmy nasze własne dziecko do ośrodka dla przewlekłe chorych dzieci. W oczach rodziny jesteśmy potworami, ale prawda jest taka, że odetchnęliśmy z ulgą. Jeszcze chwila, a oboje byśmy się wykończyli.

Mąż już prawie doszedł do siebie po zawale. Znalazł lekka pracę jednozmianową. Ja też pracuję na pół etatu. Wracamy do domu i możemy odpocząć, zjeść kolację, obejrzeć film, kochać się. W niedzielę możemy wybrać się do teatru, do znajomych, na wycieczkę - ot tak, spontanicznie. Nie potrafię opisać jak wielka ulgę przyniosło nam oddanie dziecka do ośrodka. Odwiedzamy je prawie w każdy weekend. Wiem, że nas rozpoznaje, cieszy się, gdy przychodzimy, bawi się z nami i choć czasami mam wyrzuty sumienia, to za każdym razem wychodząc z ośrodka czuję ogromną ulgę, że nie muszę go zabierać ze sobą…

#DX0P7

Było późno. Wracałam z uczelni. Przemoczona, zmarznięta, głodna i niewyspana po całej nocy przygotowań do kolokwium i siedzeniu na "dodatkowych" ćwiczeniach, bo profesor X chciał sobie zrobić wolne trochę wcześniej, a musieliśmy przerobić z nim materiał.

"Jeszcze tylko 30 minut metrem i będę w domu. Zjem coś i położę się spać". Pierwszy raz od początku dnia na mojej twarzy zagościł błogi uśmiech. Rozmarzyłam się na chwilę i w ciągu kilku kolejnych sekund poczułam, jak ktoś wyrywa mi torbę. Zareagowałam niemal od razu, ale złodziej był szybszy ode mnie (buty na obcasach nie są najlepsze do biegów). Zdążyłam tylko krzyknąć: "Moja torebka!" i podbiec kilka kroków, ale przestępca nawet nie myślał o tym, żeby zawrócić i oddać mi moją własność.

Po sekundzie poczułam, jak ktoś lekko ociera się o moje ramię i z prędkością światła biegnie przed siebie. Po krótkiej chwili dostrzegłam czerwoną kurtkę idącą w moją stronę z moją torbą. Tą samą czerwoną kurtkę, która kilka minut temu minęła mnie z prędkością światła. 

Chłopak podszedł do mnie i zwrócił mi moją własność. Powiedział, że trochę się szarpali, ale w ich stronę zaczęło iść jeszcze kilka osób i złodziej po prostu się przestraszył i uciekł. Powiedział mi też, żebym nigdy nie dawała za wygraną i że tak naprawdę to cieszy się, że mógł mi pomóc, bo sam był dzisiaj przybity, a tak to rozpromienił się, mogąc zrobić coś dobrego.

A i zapomniałabym dodać: niedługo mijają cztery lata odkąd jesteśmy razem! Ale z moim chłopakiem z liceum ;) Natomiast czerwonej kurteczki już więcej nie spotkałam, ale jeśli to jakimś cudem czyta, to chcę mu jeszcze raz podziękować, bo tamten dzień byłby naprawdę straszny gdyby nie jego pomoc :)
Dodaj anonimowe wyznanie