#RLVNU

Kiedy miałem jakieś cztery czy pięć lat, umiałem już normalnie korzystać z toalety. W pewnym momencie coś mi się przestawiło – miewałem zatwardzenia, męczyło mnie to okropnie, a rodzicielka jedyne co była w stanie mi zaoferować, to rumianek (teraz już wiem, że to jest zespół jelita wrażliwego i wystarczyłby zwykły syrop, ale wtedy nikt o tym nie wiedział). Nie lubiłem chodzić na dwójkę do toalety, bo kojarzyła mi się już tylko z bólem brzucha. No i w końcu wpadłem na to, że będę robić w gatki... Rodzicielka nie wiedziała, jak mnie tego oduczyć, pytała, czemu nie wołam, że muszę do toalety, dlaczego chowam się do kąta i robię w spodnie. Wtedy nie chciałem się przyznać, ale sprawiało mi wielką przyjemność, że mały, twardy bobek siedzi mi w bieliźnie.
Nie mam pojęcia, czym się kierował mój kilkuletni mózg.
Całe szczęście mi przeszło.

#ZjFj3

Moja rodzina to prawdziwa, katolicka konserwa z patriotycznymi tradycjami i żelaznymi zasadami dyktowanymi wprost z kościelnej ambony. Kiedy miałam szesnaście lat, moi rodzice posadzili mnie przy stole w kuchni i postanowili zrobić mi wykład na temat dorosłości, odpowiedzialnego podejścia do podejmowanych przeze mnie decyzji i zła, które niesie ze sobą przedmałżeńskie baraszkowanie. Podczas gdy mama opowiadała mi o szatanie dybiącym na dusze grzeszników, ojciec walił pięścią w stół, warcząc spod czarnego wąsa hasła w stylu: „Żadnego spania aż do ślubu! Rozumiesz? Masz pozostać czysta! Nieskalana!”. Ja, młoda, zbuntowana metalówa z ukrywanym przed rodzicielskim okiem kolczykiem w pępku, bezczelnie rechotałam, będąc święcie przekonaną, że lada chwila odkryję ten zakazany świat wszelkiej maści cielesnych uciech. Większość z moich rówieśniczek miała już „to” za sobą, więc – jak to się mówi – „Natury nie oszukasz...”.

Dziś mam 36 lat i wciąż z nikim nie spałam. Nie mam też męża ani dzieci. Mam za to wrażenie, że te 20 lat temu, podczas pamiętnej rozmowy, moi rodzice rzucili na mnie klątwę.

Ostatnio podczas wspólnego obiadu ojciec warknął spod siwego wąsa: „Weź ty sobie,  wreszcie kogoś znajdź, na dyskotekę jakąś pójdź, może kogoś wreszcie wyrwiesz...”.

#PQmeC

Mam 24 lata, jestem w 8 miesiącu ciąży. Do czasu ciąży nie odczuwałam żadnych braków w sferze towarzyskiej. Miałam trochę znajomych z pracy, trochę z liceum, trochę ze studiów. Było z kim wyjść na imprezę, zakupy, do kina, na kawę itd. Zwykle kilka razy w tygodniu widywałam się z koleżankami, po pracy czy po zajęciach.
Od kiedy jestem w ciąży, czuję się jak trędowata. Od razu powiem, że nie publikuję swojego życia na instagramach itd., nie wstawiam natchnionych opisów o miłości do mojego ''bąbelka'' i zasadniczo nie mówię o ciąży, dopóki ktoś mnie nie zapyta. A jak już, to są jakieś ogólniki, że dobrze się czuję, że ciężko być grubym, niewiele poza tym.

Na początku starałam się utrzymać wszystkie znajomości, pisałam do znajomych, czy może jakaś kawa, zakupy, oczywiście bez alkoholu, ale poza tym, to „po staremu”. Jedna koleżanka wyszła ze mną na zakupy świąteczne w grudniu, a druga (sąsiadka) była ze mną w markecie kilka razy. Reszta mnie zbywała: a to zajęcia, egzamin, praca, przeziębienie (no przecież nie chcę cię zarazić). Raz zostałam zaproszona na urodziny, poszłam, posiedzieliśmy, pogadaliśmy, reszta coś piła, ja miałam sok i było w porządku.

Początkowo jeszcze sama gdzieś wychodziłam, na spacer, do galerii, do miejsca, gdzie pracowałam, ale od około dwóch miesięcy praktycznie nie wychodzę z domu, bo sama nie mam po co. Koleżanki, które tak bardzo nie mają czasu wpaść w odwiedziny (zapraszałam wielokrotnie na kawę, ciasto, ploteczki), najpierw opowiadają, jakie są zarobione, a później jest fotka na insta, całej „mojej” grupy znajomych #lejdisnight #party itp.

Chciałabym nieraz wyjść jak kiedyś, na film czy na plotki, ale po prostu nie mam z kim. Praktycznie nikt (a jeżeli już, to bardzo rzadko) nie odzywa się do mnie pierwszy. To, że będę miała dziecko, nie zmieniło mojej osobowości, chętnie robiłabym to samo co kiedyś, ale moi znajomi mają mnie totalnie gdzieś, a z licznej paczki zostały cztery osoby, z którymi czasem rozmawiam, i mój facet. Na razie staram się po prostu zajmować sobą, wyjść na spacer obok domu, poczytać książkę, obejrzeć serial. Ale jest mi przykro, że tak na dobrą sprawę przez większość czasu nie mam się do kogo odezwać i siedzę w domu sama.

#IWPEK

Dzień Matki. Jako że mieszkam jakieś 30 km od rodziców, mamusia wymyśliła sobie zaproszenie swoich synów – a ma ich dwóch – z żonami i dziećmi do siebie na obiad. No spoko. Nieważne, że brat ma jedną córkę, a ja dwie, i w sumie one też mają matkę, ale luz. Obgadane z żonami i jedziemy.

Nadeszła niedziela. Moja starsza córa w tajemnicy przed wszystkimi pozbierała kwiaty i zrobiła żonie śniadanie do łóżka. Później dała laurkę razem z młodszą siostrą i powiedziała, że wymyśliła dla mamy caaaały dzień i że idą na piknik. Myślę sobie – ekstra. Też bym tak chciał na Dzień Ojca. Tylko jest problem – umówiliśmy się na obiad u mojej „mamusi”. Szybka kalkulacja i info do żony: w sumie to ja jestem jej dzieckiem i najważniejsze, żebym ja się pojawił. OK,  spoko, jadę sam.

Dojeżdżam na miejsce, wchodzę do bloku, do windy, do mieszkania i... pytanie pierwsze: gdzie dziewczyny? Grzecznie odpowiedziałem zgodnie z prawdą, dlaczego jednak nie przyjechały, że się postarały, że nawet ja nie wiedziałem o niespodziance, ale przecież jestem ja – jej dziecko. Nawet nie wysłuchała życzeń, prezent rzuciła na komodę i się obraziła, jednocześnie krzycząc i wnerwiając się, dlaczego nie ma jej wnuczek i  że jak nie chcemy jej odwiedzać, to spoko, ale ona chce wnuczki zobaczyć (widziała je  tydzień wcześniej).

Przykro mi. Dziecko na Dzień Matki przychodzi z prezentem i życzeniami, a matka na własne dziecko nie czeka, tylko na jego „inwentarz”. Nie powiedziałem nic, ale wciąż mam o to żal.

#UwMs2

Ogólnie nie należę do zbyt bystrych osób, sama muszę to sobie przyznać.
Pierwszy dzień na nowym mieszkaniu, niczym jeszcze nie umiałam się posługiwać. Zamiast prysznica mieliśmy teraz wannę z nim połączoną, zamykała się taką szklaną „zasuwą”. Poszłam się umyć, zamknęłam się w wannie, normalnie przyciągając zasuwę do siebie, ale nadszedł czas wyjścia. Popycham ją – za nic nie chce się ruszyć, a przecież nie zawołam nikogo, żeby mnie wypuścił spod prysznica. Pomiędzy zasuwą a suszarką na ręczniki jest mała przerwa, a że jestem dosyć szczupłą osobą, to wpadłam na bardzo mądry pomyśl po prostu przeciśnięcia się tamtędy – jak pomyślałam, tak zrobiłam. No, tylko że nie byłam dosyć szczupła, bo się zablokowałam. Zasuwa miała ostre krawędzie, nikt pewnie nie przewidział, że ktoś tam kiedyś utknie. I na tej krawędzi zablokowało się właśnie moje gardło. Nie zamierzałam nikogo wołać, więc się po prostu stamtąd wyszarpnęłam.
No, i oto historia, jak prawie sobie poderżnęłam gardło prysznicem.

PS Moja głupota i tak się wydała, ciężko nie zauważyć krwawej krechy na gardle córki, poza tym ktoś musiał to opatrzyć. Tajemnica otwierania prysznica – składał się w bok, trzeba było przyciągnąć go do siebie i złożyć. Co prawda było pełno pytań i przypuszczeń, co mi się stało, ale na prysznic nikt nie wpadł. Najlepsze, że nie miałam pięciu lat, a piętnaście.
Dodaj anonimowe wyznanie