#359ek
Tak spędziłam dzieciństwo, razem z setkami innych dzieciaków z pokolenia betonowych lasów.
W moim domu zawsze były bardzo niezdrowe relacje z jedzeniem. Każda odmowa była traktowana jako kaprys, wymysły, naśladowanie nowoczesnych amerykańskich rodzin. Szkodliwe i niebezpieczne.
W domu zawsze były tradycje. Na święta piekło się ciasta, robiło sałatki, mięsa, których potem nikt nie jadł. Na niedzielę dwudaniowy obiad, ciasto i kawka.
Mama i ciotka zawsze miały nadwagę. Pracowały nad tym skutecznie przez całe lata, spędzając wieczory przed telewizorem. Ja od małego byłam niejadkiem. Śniadanie było dla mnie wręcz abstrakcją, wojna o kromeczkę trwała zawsze ze dwie godziny. Mama i babcia załamywały ręce. „Wodę będziesz piła? Dolej sobie soku z malin albo herbatki ci zrobię. A soczku może chcesz?”, „Ciocia tyle się przy pieczeniu wystała, a ty nawet kawałka nie zjesz?” itp., itd.
I tak mieszkając w domu, ważyłam ok. 65 kg przy 170 cm. Niby okej, ale raczej byłam „okrągła” niż szczupła, zwłaszcza brzuch wiecznie mi wystawał.
Myślę, że takich ludzi jak moja rodzina jest dużo. Ich dzieci powielają wyniesione z domu wzorce i nie do pomyślenia jest, by robić coś inaczej. I stąd ta cała epidemia otyłości. Ciekawe zjawisko obserwuje się też w USA. Im biedniejsze społeczeństwo, tym więcej jest w nim ludzi z otyłością. Wynika to po części z niewiedzy, po części z wygody, no i fast food jest bardzo tani. Paradoksalnie ludzie majętni częściej o siebie dbają.
Dziś mieszkam daleko od mamy i ważę 57 kg. Jestem zdrowa i sprawna. Mama i ciotka mają cukrzycę, problemy z nadciśnieniem. No ale ciasto na niedzielę musi być!
No takie były czasy i świadomość - ludzie po latach komuny mieli wrażenie dostatku jak mogli sobie pozwolić na takie żywienie. A jak jeszcze było cię strać na zachodnie marki jak Nestle czy soki owocowe to czułeś, że dajesz swoim dzieciom coś czego nie było dane doświadczyć. Dzisiaj jest inna świadomość, ale niestety czasem wiedza rodzi się z błędów i doświadczenia.
Panna na wydaniu i stara panna... ach, cóż za romantyczny powrót słownictwa z dawnych lat ;)
O napojach wtedy się nie mówiło tyle, a i hasło "cukier krzepi" mocno wybrzmiewało w społeczeństwie.
W zasadzie to o jakichś wyraźnych szkodach na Tobie tutaj nie piszesz. Ot, wychowanie zgodne z ówczesną wiedzą. I wypoczynek zapewne adekwatny do ilości energii, jaka zostawała tym paniom po męczącej pracy w szkole w niezbyt szczęśliwym życiu. Tyle.
Nie oceniam ich jako osoby, tylko to, co jest w wyznaniu napisane, oczywiście.
Jedyne na co zwróciła uwage to ten szantaż "zjedź ciasto, bo ciocia się narobiła". Autorka, nie prosiła ciotkę o ciasto, więc ciotka nie musiała się poświęcać... Jak mnie wnerwia wszelkie wmuszanie jedzenia w kogoś. Aczkolwiek sama po tylu latach, że ciągle ktoś wmusza "a może ziemniaczka","co tak mało, głodna będziesz", "a może dokładeczki", się łapie na tym że chce gościom wmuszać. Ale wtedy biorę głeboki oddech i zamiast tego mówię "dokładki jest, jakby ktoś chciał to mówcie". I nakładam tyle ile proszą, a nie "a jeszcze chochelka, bo to mało".
Tylkopoco, do wszystkiego się można przyczepić w tym wyznaniu. Równocześnie poza burzliwym rozwodem, który nie jest tematem wyznania (i nie wimy czy auyorka była świadkiem burzy), tu wszystko jest normalne dla poprzednich dekad.
Ciotka się narobiła, ale chodzi o to, żeby dziecko nie chodziło słabe i głodne. Teraz wiemy, że ciasto nie koniecznie było najlepszym wyborem, a może nawet wiemy, że dobrze byłoby mądrzej kształtować relację młodego człowieka z jedzeniem. Ale wtedy był dostęp do innej części wiedzy i umiejętności w społeczeństwie niż obecnie.
Dodatkowo autorka wyraźnie miała i nadal ma prawidłową wagę.
PS. Ciężko jest, jak się zrobi coś od serca, a ludzie mają ograniczony apetyt. Więc ponosi się nie tylko koszt wykonania posiłku, ale też koszt utylizacji. A beneficjenci tylko jedzą dokładnie tyle, ile chcą, bez współodpowiedzialności za gosopodarowanie dobrami. Eh.
Te panny też mnie rozbawiły. :D
Ale szkoda jak najbardziej jest. To, że kiedyś wiedza była inna niczego nie zmienia. Niechcący wyrządzona krzywda to wciąż krzywda. Autorka jasno napisała, że w domu panowała niezdrowa relacja z jedzeniem, a w domyśle jest, że dopiero po wyprowadzce to naprawiła. To stare podejście (które zresztą wciąż można spotkać) miało negatywny wpływ na mnóstwo osób i nie każdemu udało się wyjść "na prostą". Autorka zwraca uwagę na ważny problem, bo ludziom bardzo łatwo przychodzi krytykowanie innych za ich wybory żywieniowe i dawanie (często niechcianych) rad, ale już przyjrzenie się źródłom problemów ich przerasta.
A prawidłowa waga nie jest żadnym wyznacznikiem. Zaburzenia odżywiania można mieć z niedowagą, nadwagą czy normalną wagą.
ohlala, jaka szkoda jest u autorki? Nie wiemy tego.
Każde wychowanie ma swoje ograniczenie, bo ograniczone są zasoby (energia, czas, pieniądze, przestrzeń, wiedza, wolność) rodziców/opiekunów. Moim zdaniem warto szacować granice między nieoptymalnym wychowaniem a szkodą, bo niedługo uznamy za szkodę fakt, że rodzice mówiący wyłącznie jednym językoem nie dali dziecku wielojęzycznego wychowania, i pozwolili w ten sposób na zmarnowanie potencjału rozwoju mózgu we wczesnym dzieciństwie.