Nie jestem rasistką, nie popieram rasizmu, rasizm jest obrzydliwy, ale muszę powiedzieć o czymś, co niesamowicie mnie irytuje. Dlaczego większość ludzi myśli, że rasizm odnosi się tylko do czarnych ludzi? W sensie, jeśli biały pobije czarnego, to zaraz cały świat się o tym dowie i będzie jesień średniowiecza, ale jeśli to czarny zrobi coś białemu to nagle cisza i „ojoj, przecież nic się nie stało”. Wkurza mnie, że rasizm niby jest „przywilejem” tylko czarnoskórych ludzi. Nie! „Biały rasizm” też istnieje! Czarni ludzie też są rasistami!
Jeśli kogoś uraziłam tym wpisem, to przepraszam, nie miałam takiego zamiaru, ale coraz częściej widzę zjawisko pod tytułem „czarnoskóry dobry, a biały zły”. To idzie w złą stronę. Po prostu szanujmy się wzajemnie.
Mój mąż od zawsze lubił straszyć mnie dla zabawy. Jak to on określił, „prześlicznie wtedy wyglądam”. Przez jego skradanie się do mnie po jakimś czasie nabrałam odruchu wzdrygania się, jak tylko podszedł za cicho.
I tu historia właściwa...
Pewnego dnia, robiąc sobie rano śniadanie, usłyszałam bardzo malutkie, drobne, szybkie kroczki. Odwróciłam się w stronę hałasu i odruchowo krzyknęłam przerażona.
Okazało się, że był to mój mąż, który dostał nagłych rewolucji żołądka. Tak się przestraszył mojego krzyku, że zesrał się w gacie...
Od tamtej pory mnie nie straszy. :-)
Jako mały dzieciak jadłem czereśnie i przez przypadek połknąłem pestkę. Pamiętam, że bardzo się wystraszyłem, a że mój tato od zawsze był żartownisiem, to rzucił (nie wiem, skąd brał te teksty), że mi z dupska drzewo wyrośnie.
Kilka dni minęło w konkretnym przejęciu, a kilka miesięcy na obserwacji, czy przypadkiem z tyłu jakaś gałąź mi nie wyrasta… Na szczęście nie wyrosła.
Podczas oglądania testu po nieudanym egzaminie dowiedziałam się od profesora, że lepiej dla społeczeństwa byłoby mnie zabić, niż pozwolić mi być inżynierem. Dodam, że egzaminy z innych przedmiotów zdałam.
To będzie dziwaczne i obrzydliwe.
Czasem kładę się na podłodze w łazience, kładę sobie specjalny ręcznik i się obsikuję.
Sikam na siebie, na swoją twarz i na nogi.
Potem biorę długi, gorący prysznic.
Nie wiem, czy mam dziwny fetysz i w sumie sam nie wiem, dlaczego to robię.
Nie wiem, czy jest to w jakimś stopniu seksualne, czy po prostu jestem głupi.
Nigdy tego nikomu nie powiedziałem i chyba nigdy nie powiem.
Zawsze śmiałam się z żartu, że najgorsze połączenie chorób to biegunka i alzheimer, bo biegniesz, ale nie wiesz dokąd... Cierpię od paru lat na chorobę, w której jest delikatny problem z pamięcią, przez co zapominam, że mam problem również z laktozą, więc średnio co 2-3 dni ze smakiem wcinam jogurt lub piję wielką kawkę z mlekiem. Na szczęście jeszcze nie jest tak źle i wiem, gdzie biegnę, ale z żartu już się nie śmieję, bo boję się, że mnie kiedyś gorzej pokarze...
Anonimowo, tak? No niech będzie.
Uwielbiam filmy z serii „I spit on your grave”. Jeśli nie znacie, wygooglujcie tytuł, nie chcę tu streszczać filmu.
Podniecam się tym, co robią tam głównym bohaterkom, a potem satysfakcję mi sprawia oglądanie, jak się mszczą.
Najgorsze jest to, że tu nie chodzi o skłonności sado czy masochistyczne. „Najgorsze”, bo w takim razie zupełnie nie wiem, co to może być. Nie chciałabym nikomu tak sprawiać bólu ani nie chciałabym być na miejscu ofiar (oprócz fantazji erotycznych i snów). Dodatkowo muszę mieć bufor w postaci ekranu, bo gdy słyszę o takich rzeczach w prawdziwym życiu, w ogóle nie czuję podniecenia, tylko wściekłość, że ktoś może komuś robić taką krzywdę. Ale uwielbiam być świadkiem, oglądać filmy i czytać opowiadania o takich rzeczach.
Nienawidzę tego w sobie, nie wiem, jak przestać. Za każdym razem potem czuję wstręt do siebie i wyrzuty sumienia. Aż do następnego razu, gdy wyszukuję filmy czy opowiadania o takiej tematyce.
Nikt nie wie i nikt się nigdy nie dowie.
Ostatnio coraz więcej podróżuję, śpię w hostelach i przemieszczam się pociągami. I mam dość. Wychodzi z toalety w hostelu przystojny chłopak, który śpi ze mną w pokoju i wokół siebie utrzymuje porządek, ale kibel po nim to ja musiałam myć. W akademiku (zatrzymałam się tam na trzy noce) kibel był tak ob*rany, że aż muchy nad nim latały. Nie wspominając już o zakrwawionych podpaskach wrzuconych do kosza. I o kibelku w pociągu, na którym leżało po prostu g*wno.
Dworcowe os*rane toalety, które są dla naszego wspólnego użytku, podpaski niezawinięte w papier i ślady fekaliów na porcelance nie robią na nikim wrażenia. To nie jest miłe, jak muszę po kimś to sprzątać, aby następna osoba nie pomyślała, że to ja.
Rozumiem, że ktoś tam zawsze sprząta, bo to jego praca, ale czy nie warto zostawić po sobie porządku? Czy szczotka gryzie? Co z tymi ludźmi jest nie tak?
Postanowiłam ostatnio wyjść na spacer. Niby nic dziwnego, co nie? Otóż nie, bo moja starsza siostra pojechała rowerem za mną, a jak ją potem pytałam po co, to zrobiła to, bo stwierdziła, że to podejrzane, bo ja nigdy nie chodzę sama na spacery i myślała, że chcę sobie coś zrobić. W mojej rodzinie jest kilka przypadków choroby psychicznej, ale nie myślałam, że moja siostra się obawia, że ja mam takie problemy. Z jednej strony czuję się osaczona, bo to, że czegoś zazwyczaj nie robię, nie oznacza, że ona może mnie stalkować, a z drugiej trochę mi jej żal, że tak się martwi...
Mam 33 lata. Ostatnio zmarł ojciec mojego przyjaciela i czuję się, jakbym stracił swojego ojca. Z moim najlepszym przyjacielem Krzyśkiem mieliśmy od zawsze zajawkę na metal, ponieważ jego ojciec był metalowcem, który grał na perkusji i miał w piwnicy w zasadzie swoiste studio nagraniowe dla swojej ekipy, ale grali bardziej dla siebie. Uczestniczyliśmy w ich graniu za młodu i od razu chcieliśmy też na czymś grać. I tutaj był największy problem. Pochodzę z rodziny alkoholików, gdzie pieniądze były wydawane na wódę i szlugi. Nie było przemocy domowej, ale jak się domyślacie, zawsze była nerwówa w domu. Nie wiadomo, czy wchodząc po szkole do domu, znowu nie zastaniesz leżących upitych rodziców na podłodze w kałuży czegoś. Więc wiadomo, że instrumentu nie dostanę mimo podejmowanych prób rozmów. Odpowiadali, że a po co mi to, tylko będę rzępolił oraz że na tym nie da się zarobić. Pod górkę od samego początku. Krzysiek poprosił ojca czy pożyczy nam gitary i będziemy sobie grać u niego w piwnicy. Zasadniczo nie nadawałem się na gitarzystę przez zbyt krótkie palce, bo wiadomo, że nie zaczynaliśmy od Dżemu, tylko od razu Metallica albo Megadeth. Więc ojciec Krzyśka widząc, jak się męczę, zaproponował mi perkusję. Zaczął uczyć grania na perkusji, nauczył czytać nuty i w ogóle wszystkiego. Mogłem przyjść, kiedy chciałem i miałem dostęp do sprzętu, by grać. Tak narodziła się moja pasja. W ich piwnicy spędziłem więcej czasu, będąc w szkole średniej, niż w domu. Bardzo często rozmawiałem sam na sam z ojcem przyjaciela o wszystkim. Interesował się mną i dawał rady, nawet życiowe i przyjacielskie.
W pewnym momencie u mnie w domu się uspokoiło, bo ojciec zmarł. Zero jakichkolwiek uczuć względem niego. Matka zaczęła terapię i wyszła z uzależnienia. Zacząłem w końcu jakieś normalne życie, ale psychika mimo wszystko zniszczona. Poszedłem do pracy, wynająłem jak najszybciej jakieś mieszkanie i ojciec Krzyśka sprezentował mi elektryczną perkusję, która w zasadzie była dość nowym urządzeniem w tamtych czasach. Mogłem grać u siebie, nie tracąc czasu na dojazdy i powroty. Dalej był moim mentorem życiowym. Życie sobie dalej leciało, aż do pół roku przed śmiercią, gdzie pierwszy raz w życiu usłyszałem, że jest ze mnie dumny, że wyszedłem na ludzi i zawsze we mnie wierzył. Oczywiście podziękowałem na zasadzie „dzięki”, bo nie wiedziałem, co z tym zrobić. Po powrocie do domu uderzyło mnie to i po prostu się popłakałem. Najwidoczniej potrzebowałem tych słów i dodało mi to skrzydeł, by żyć jeszcze mocniej.
I nagle zmarł. Zawał serca. Moja opoka spokoju i zrozumienia zniknęła. Nigdy mu za nic nie podziękowałem tak naprawdę i to mnie najbardziej teraz boli. Dzięki niemu nie skończyłem na ławce z browarem albo więzieniu, tylko nadał mi kierunek w życiu.
Teraz marsz do kogoś, przytulcie i podziękujcie, bo może nie być okazji.
Dodaj anonimowe wyznanie