#5H06M
Raz po kolejnej z rzędu nieodespanej nocnej zmianie grałem na pogrzebie. Byłem tak zmęczony, że zamiast „Anielskiego orszaku” zagrałem marsz weselny Mendelssohna, zorientowałem się w trakcie grania...
Na szczęście rodzina zmarłego była bardzo wierząca i uznała to za zamierzone, że niby radość z pójścia do nieba.
Dla mnie wstyd do końca życia.
Gorzej by było, jakbyś na ślubie zagrał marsz żałobny…
Też by pasowało.
Marsz Mendelssohna i marsz Chopina to najczęściej grane kawałki na świecie.
Na pogrzebie mojej mamy ksiądz sam poprosił organistę o zagranie radosnej kolędy, bo odeszła w Boże Narodzenie. Jak lubię śpiewać, tak w tym momencie mi nawet słowo przez gardło nie przeszło. Miałam ochotę kogoś udusić.
A "Anielski orszak" to też w gruncie rzeczy radosna pieśń o pójściu do nieba, więc dobrze wyszło. Jak dla mnie to nawet zbyt boleśnie wesoła jak na taką okoliczność.
Obydwa utwory są w tonacji durowej i oba będą odebrane jako pogodne, ale nie chce mi się wierzyć, że można być aż tak nieprzytomnym, by zagrać zamiast zaśpiewać.
Bo jedno to kompozycja muzyczna bez tekstu, a drugie to pieśń.
Jakoś nie chce się w to wierzyć bo przecież na pogrzebie jest nie tylko najbliższa rodzina. A ktoś kto nie jest w głębokiej żałobie na pewno by zauważył że coś jest nie tak. Jak raz na pogrzebie ksiądz był niedysponowany to nawet w kilku gazetach o tym napisali.