#Twv3N
Miała takich zaściankowych, niewykształconych rodziców, którzy na nic jej nie pozwalali i mieli zawsze podejście "nie znam się, to się wypowiem". Moi rodzice czasem wracali zażenowani ich poziomem na wywiadówkach.
Ta koleżanka bardzo lubiła spędzać czas przed komputerem - wiadomo, nie miała znajomych, nigdzie nie wychodziła i bała się ludzi, więc bardzo dużo grała w różne gierki. W którymś momencie odkryła gry mmo rpg. Wydaje mi się, że chyba dzięki temu czuła się w jakiś sposób lepiej i spędzała przy grach jeszcze więcej czasu.
Jej rodzice nie znali się na komputerach - dla nich to były tylko takie zwykłe gry i denerwowali się, że ona nie chce ich zapauzować. Kompletnie nie rozumieli, że ona gra przez internet z prawdziwymi osobami i wmawiali jej, że te postacie na ekranie to nie są prawdziwi ludzie.
W klasie zachowywała się jeszcze dziwniej, chodziła smutna i wiele osób coraz bardziej się nad nią znęcało. Któregoś dnia pod wpływem szyderstw dostała jakiegoś ataku paniki i trafiła do pedagoga z załamaniem nerwowym. Wiadomo, klasa w śmiech i ogólnie ubaw.
W następnych dniach nie przyszła do szkoły. Nauczycielka powiadomiła nas, że dziewczyna popełniła samobójstwo, a potem okazało się, że jej rodzice byli skłonni wysłać ją do psychiatry, bo przeszkadzało im, że ich córka cały czas gada do komputera (rozmawiała z ludźmi na słuchawkach) i ją tym nastraszyli.
Po tylu latach czuję frustrację na tych ludzi - zarówno jej rodziców, jak i na klasę, która też się przysłużyła i widzę, jakie to było słabe.
Była "dziwna", bo chodziła przygnębiona? W wyznaniu nie mogę doszukać się niczego o tym, że ktoś próbował do niej zagadać i jej pomóc.
Jestem autorką wyznania i mogę dopisać parę słów rozwinięcia. Ta koleżanka bardzo rzadko sama do nas podchodziła. Nie była chamska, ale czasami była nieco burkliwa, mrukliwa i łatwo się gniewała o wszystko, a gdy już zdarzyło się jej otworzyć to jej żarty należały były wyjątkowo nieśmieszne. Często też zapytana o coś zwyczajnie patrzyła na swoje buty i stała jak słup soli. Musiałabym przytaczać konkretne sytuacje, ale ogółem albo sprawiała wrażenie "autystycznej", albo nadmiernie reagującej. Trzymała się z jedną kumpelką z innej klasy. Z takich co bardziej kolorowych sytuacji pamiętam jak rozwiązywała za pomocą wahadełka sprawdzian (bujała nad kartką, żeby zobaczyć, która z odpowiedzi A, B, C będzie prawidłowa)... Nauczycielka kazała jej to schować, a ta w płacz, nie wiadomo dlaczego. Jednocześnie zawstydzona przed klasą (wiadomo, chichoty, wszyscy zamiast w kartkę patrzą się na koleżankę) a z drugiej strony bojowo nastawiona cichym głosem się kłóci, że może sobie rozwiązywać to jak chce. Dla dzieciaków obok scena wyglądała komicznie. Trudno nam było nawiązać z nią taki spontaniczny, radosny kontakt, bo albo milczała, albo wybuchała, albo mówiła coś dziwnego. Jeden z niewielu moich dialogów z nią, gdy mieliśmy zastępstwo i nowa pani, która nas pilnowała pozwoliła nam robić co chcemy: "A ty co myślisz o <tutaj-jakieś-dziwne-słowo-XYZ>?", "O czym?", "Nie o czym, tylko kim, no XYZ", "To jakiś nick?", "No tak!", "Nie znam, skąd mam znać?", "No z WoW'a!", "Co?", "No z WoW'a, taka gra!", "Aha, nie znam", "Nie grasz w WoW'a?", "No nie", <chwila milczenia po czym koleżanka się odwraca i odchodzi bez słowa> Po latach wiem, że była taka przez swoje problemy (chyba), ale w gimnazjum dzieciaki zwykle nie potrafią spojrzeć na nic obiektywnie - mieliśmy wtedy 13 czy 14 lat. Przyznam się szczerze, że zwyczajnie nic nie zrobiłam. Nie byłam w żadnej grupie - nie męczyłam jej, ani też nie pomogłam. Miałam swoje koleżanki i nie miałam pojęcia, jak to się skończy...
Wiele rzeczy dowiedzieliśmy się właśnie ten przez tą drugą koleżankę z równoległej klasy. Po samobójstwie na ich lekcję wychowawczą przyszła pedagożka. U nas w szkole na lekcji wychowawczej braliśmy krzesła i ustawialiśmy je z tyłu pomieszczenia w kółko i tak siedzieliśmy z nauczycielką. U nich też tak było i przy wszystkich podagożka zaczęła wypytywać tamtą dziewczynę o różne sprawy (w sumie dziwna sytuacja, powinna ją wziąć do swojego gabinetu) i tak porozchodziły się informacje. Dzisiaj mam już 29 lat i szczerze to nie wiem, czy dało się jej pomóc, nawet, gdybym chciała. Była dziwnie wychowywana i nie bardzo miała skąd uczyć się nowych zachowań - po lekcjach musiała wracać bezwarunkowo do domu i ze znajomymi mogła się widzieć tylko we własnym domu (dobrze, że chociaż tyle), a jak już szła do szkoły, to było jak było. Wiedziałam tylko jedno - jak się nie umie pomóc, to przynajmniej można nie pogarszać sytuacji. Tak się nie robi. Tyle anonimowego w tym, że mam nadzieję, że ktoś z mojej szkoły dzisiaj to czyta.
"Dlaczego jej nie pomogłaś?"- pytanie przewija się wiele razy, jednak jak zwykle- o wiele łatwiej powiedzieć, niż stanąć przed tłumem i bronić kogoś prześladowanego, mając z tyłu głowy myśl, że przez to sam możesz się narazić na takie traktowanie. Dochodzi też oczywiście tzw "rozproszenie odpowiedzialności". Życie to nie film, do tego trzeba naprawdę mocnego charakteru i zdecydowania, którego widać zabrakło, jednak rodzi się pytanie- czy winić za to autorkę wyznania? Bardziej zastanawia mnie postawa grona pedagogicznego.
Ciekawe wyznanie pobudzające myślenie i empatie, ale anonimowe wyrocznie i tak doczepią się do autorki 😅
A Ty coś zrobiłaś w tym kierunku żeby jej pomóc? Jeśli się z niej wyśmiewali wstawiłas się choć raz za nią? Porozmawiałas z nią o jej problemach? Jeśli nie to do siebie też powinnaś czuć frustrację, że w żaden sposób nie zareagowałas, a jeśli się mylę i próbowałaś coś z tym robić to zwracam honor.
Nie każdy jest bohaterem. W takiej sytuacji powinni reagować dorośli, zwłaszcza wychowawca i pedagog, i to ich można ewentualnie winić, a nie obarczać odpowiedzialnością dziecko, które akurat chodziło do tej samej klasy.
Kurkazbiurka ale wtedy nie powinna mieć pretensji do klasy. O wyrzutach do siebie nic nie wspomina na końcu
Myślicie że jedno dziecko jest w stanie zmienić poglądy całej klasy? Spójrzcie na to realnie, jeśli autorka by do nie zagadała to najprawdopodobniej obie by były wyśmiewane.
Autorkę w lepszej pozycji stawia to, że owszem - nie pomogła w żaden sposób, ale w przeciwieństwie do klasy nie szykanowała koleżanki;) Była młodą nastolatką, uznała że po prostu odsunie się od sprawy, ale przynajmniej nie dołożyła cegiełki do naśmiewania się z dziewczyny. Dzieciaki w takim wieku potrafią być okrutne i podążać za tłumem, ona się w pewnym sensie temu sprzeciwiła. Poza tym gdyby wiedziała, że sprawa tak się zakończy to na pewno by zareagowała. Według twojego toku rozumowania, w życiu musielibyśmy zagadywać każdą nieśmiałą i nieco dziwną dziewczynę, żeby nie mieć do siebie wyrzutów sumienia w razie czego?
Dlaczego jej nie pomogleś?
Po pierwsze wyznanie napisała ona, a nie on.
Po drugie, bo do tego jest potrzebna odwaga, a niewielu ją posiada. Odwaga, aby narażając się na śmiech, szyderstwa, może nawet pastwienie się klasy, pójść i pomóc drugiemu w potrzebie.
Jezu. Jak bardzo głęboko pod kamieniem trzeba żyć, żeby nie rozumieć jak działa rozmowa przez neta? Przecież to nawet nie jest jakaś nowość dostępna od niedawna. To dokładnie to samo co połączenie telefoniczne... tylko przez inny rodzaj sieci. Ciężko mi zawsze jak czytam coś takiego i uświadamiam sobie, że takie osoby rodzą i "wychowują" dzieci. Po protu przykre.
Masz żal do klasy, że się do tego przysłużyła, to rozumiem że ty się z niej nigdy nie śmiałas, a wręcz jej pomogłas?
A ty kim byłaś w tym zestawieniu jedną z dręczących czy odsuniętą od sprawy
Ogromne zaniedbanie ze strony rodziców. A środowisko rówieśnicze mogło pomóc, a nie kopać leżącego🧐.
Brzmi jak zerżnięte z Sali Samobójców