#y4liP

Działo się to, kiedy miałam około 10 lat. Jako że wychowywałam się na wsi, nieodłącznym wieczornym rutuałem było sprowadzanie koni z pobliskiego pastwiska, na którym się pasły. Nauczyłam się jeździć na oklep (bez siodła) i codziennie dumnie wracałam konno, drąc się wniebogłosy, żeby tata mi nie pomagał i nie prowadził klaczy za uzdę. 

Pewnego wieczoru, przejeżdżając przez drogę prowadzącą do domków letniskowych, z daleka ujrzałam grupę nastoletnich chłopaków, którzy przyjechali na wakacje do mojej miejscowości. Dumna wypięłam "pierś" do przodu, jadąc na mojej kochanej Kasztance, chcąc popisać się moim jeździectwem. Idealnie w momencie mijania owej grupy kasztanowa franca zaczęła na cały głos puszczać salwę bąków. Udałam, że tego nie słyszę, jednak mój tata - satyryczny wirtuoz krzyknął do chłopaków - "Łohohoho jaka zdrowa dziewczyna!". Grupa wybuchnęła śmiechem, ja spaliłam największego buraka w życiu. Cóż było zrobić, popierdując, poczłapałyśmy dalej.
Mayoko Odpowiedz

"popierdując, poczłapałyśmy dalej" :D /// Tatuś widzę żartowniś, hah

anonim3334 Odpowiedz

hahaha , zdrowa jak koń :D

hodorek Odpowiedz

Majestat i żenada w jednym. ?

xxxKaiiiaxxx Odpowiedz

Zazdroszczę ci koni; )

Dodaj anonimowe wyznanie