Historia z okresu dzieciństwa. Przełom XX i XXI wieku. Wraz z bratem i kuzynką byliśmy u jakiejś ciotki na wsi i ona miała tam żółwia, który chodził sobie po ogrodzie w takiej specjalnej klatce. My jako dzieci oczywiście zaczęliśmy się bawić z tym żółwiem i on nam uciekł jakoś, zaginął nam w trawie i nie mogliśmy go znaleźć. Zamiast się przyznać, to nie powiedzieliśmy nic i udaliśmy, że nic się nie wydarzyło. Sprawa wyszła na jaw, gdy jakoś trochę później mieliśmy już jechać do domu, a okazało się, że żółwia nie ma. Koniec końców ten żółw przeszedł naprawdę spory kawałek, bo jeśli mnie pamięć nie myli ze 150-200 metrów i znaleźli go przy siatce na końcu ogrodu.
Dodaj anonimowe wyznanie
Gdyby poszedł dalej i wpadł pod samochód to by ci się to śniło do końca życia.
ogród był tak zamknięty ,że nie było szans żeby wyszedł.
Lepszym sposobem było by przywiązanie mu jakiegoś sznurka do nogi.
Szybki był, że wam uciekł.
Żółwie, to nie ślimaki. Nie biegają niczym koty, ale bez przesady.
Miałem kiedyś żółwia i raz spędziliśmy pół dnia na poszukiwaniach go na podwórku.
Ich kolor na ogół też nie pomaga w poszukiwaniach.
Właśnie o to żółwiom chodzi, żeby drapieżnik nie mógł ich znaleźć.