#9oSkt

Gdy zaczynałem moją przygodę z wojskiem, to miałem dowódcę o bardzo ekscentrycznym poczuciu humoru. Kiedyś, podczas treningu, zebrał wszystkich i zapytał, czy któryś z nas ma jakieś artystyczne umiejętności. Cóż, zanim zdecydowałem się na karierę wojskową, byłem kreślarzem projektów architektonicznych. Podniosłem więc rękę do góry, cicho licząc na jakąś małą, niemęczącą robótkę i możliwość wymigania się od treningu.
Dowódca powiedział, że na dziś koniec zajęć, zwolnił wszystkich, a mi... kazał wyhaftować imię każdego żołnierza z naszej drużyny na swoich wojskowych majtkach.

#SPflp

W szkole prześladowała mnie pewna dziewczyna, Aśka. Nie mam pojęcia dlaczego uwzięła się właśnie na mnie, bo nigdy jej nic nie zrobiłam. Życia nie miałam. Wyśmiewała mnie za wszystko – że nie jestem dobra w sporcie, że mam dobre oceny (ona miała nawet lepsze), że noszę okulary, że mam nowe spodnie (!), bo są rzekomo brzydkie. Wszystko było zawsze ze mną nie tak. Kiedyś wylała mi butelkę wody na głowę. Nie wytrzymałam i zgłosiłam to nauczycielce. Ta kazała nam sobie podać ręce i się pogodzić, bo nie wypada, żeby dziewczyny się tak zachowywały. Potem dodała, że nie chce już nic więcej na ten temat słyszeć. Potem nie miałam życia w szkole jeszcze bardziej. Więcej nauczycielom już nic nie zgłaszałam. Rodzice nie chcieli mnie przenieść do innej szkoły, bo ta była blisko i mogłam chodzić piechotą, a szkoda pieniędzy na dojazdy. Moje problemy z Aśką bagatelizowali. Mówili, że muszę się jakoś z nią dogadać i się jej w końcu znudzi, a w ogóle to przecież nic takiego.

Kiedyś Aśka wepchnęła mnie pod nadjeżdżający samochód. Na szczęście kierowca był ogarnięty i zdążył zahamować. Wyskoczył z auta i się na mnie wydarł, że głupia gówniara sobie żarty robi. Aśka się tylko śmiała. Jak jej z niedowierzaniem wykrzyczałam, że chciała mnie zabić, to roześmiała się jeszcze bardziej i stwierdziła, że jestem wariatką i się sama potknęłam, bo jestem po prostu niezdarą. Nikomu o tym nie powiedziałam, bo bałam się, że mi nikt nie uwierzy, że ona posunęła się aż tak daleko. Szkołę jakoś przetrwałam. W samotności. Nikt nie chciał się ze mną zadawać, bo bali się Aśki i jej grupki przyjaciół. Z tej grupy wszyscy byli dla mnie niemili i mnie traktowali jak gówno, ale nikt mnie nie prześladował tak jak Aśka.

Dziś jestem już dorosła. Ledwo sobie radzę. Boję się komukolwiek zaufać. Wszystkie znajomości mam powierzchowne. Moja samoocena nie istnieje. Rodzice mówią, że nie wiedzą czemu jestem „taka” i pytają, co ze mną nie tak. To nie pomaga. Chodzę do psychologa, ale mam wrażenie, że to mało daje. Tymczasem Aśka ma udane życie. Męża, dwoje zdrowych dzieci, piękny dom, dobrą pracę. Na FB często chwali się wyjazdami zagranicznymi. Ostatnio ją przypadkiem spotkałam. Jakby mnie sparaliżowało. A ona? Była niezwykle miła, aż widać było, że fałszywie. Chwaliła się swoimi dziećmi i pytała, czy pamiętam, jak my się w szkole „przekomarzałyśmy”, bo to było takie zabawne! No ale to stare dzieje i dzieciaki przecież już tak mają...
Wróciłam do domu i ryczałam całe popołudnie. Dlaczego nie umiem poradzić sobie z czymś, co było tak dawno temu? Dlaczego nie umiem normalnie żyć? Dlaczego pozwoliłam, żeby ona wygrała? Dlaczego nadal jestem taka beznadziejna i bezradna jak w szkole? Co ze mną jest nie tak? Nie wiem.

#p0nbV

Nie daję już rady!
Nie szukam pomocy, bo takiej nie znajdę, boli mnie, bo widzę to całe zło tego świata.
Nie widziałem, ale teraz już widzę. Za młodu byłem wesołkiem – co ma być, to będzie, świat jest wspaniały, a ludzie dobrzy. I oczywiście zostałem zniszczony przez ten świat.
Boję się, że jak rodzice mi poumierają, to zdechnę z głodu. Mam 35+ lat, jestem osobą niepełnosprawną – dziecięce porażenie mózgowe, niedorozwój spastyczny kończyn górnych i dolnych.
Boli mnie to, co widzę, to całe skurwysyństwo tego świata! Boli mnie, że państwo, które każe rodzić dzieci takie jak ja, po porodzie o nas zapomina.
Kiedyś czeka mnie ulica, bo za co się utrzymam?

#Jena6

Na wstępie powiem, że mam 14 lat i w maju czeka mnie egzamin ósmoklasisty.
Zawsze dobrze się uczyłam. Do 4 klasy chodziłam do szkoły z przeciętnym poziomem, a potem moi rodzice, chcąc zapewnić mi możliwości lepszego rozwoju, przenieśli mnie do płatnej szkoły społecznej.
Czy to coś dało? Zdecydowanie tak. Lepsza atmosfera, nauczyciele... Zawsze myślałam, że klasa też. Do czasu.

W poprzedniej szkole nijak się nie wyróżniałam. W nowej szkole na początku jedyne przytyki do moich ocen były tekstami w stylu: „Ty to na pewno masz 6” albo „Co??? Dostałaś 5+?!”. Jednak w wakacje przed 8 klasą zaczęłam się przygotowywać do konkursu kuratoryjnego z matematyki (jakby ktoś nie wiedział, laureat z takiego konkursu daje wolny wstęp do dowolnej szkoły ponadpodstawowej). Wtedy na poważnie zaczęli mnie przezywać. Kujon, nerd, boomer (nie gram w gry komputerowe, lubię czytać książki)... Gdyby to się kończyło na wyzywaniu... Ale nie, znielubiła mnie prawie cała klasa (oprócz dosłownie kilku osób). Większość uwagi, którą mi poświęcali, polegała na pytaniach: „Dasz spisać? I tak to masz... No weź daj”. A ja mam taką żelazną zasadę – nie daję spisywać. Wiem, że większość osób tego nie rozumie i nie lubi takich osób, ale ja uważam, że to jest moja ciężka praca, której nie chcę oddawać. Gdybym tego nie robiła w domu, to też mogłabym zająć się czymś innym. Po prostu nie odpowiada mi to, że oni mają więcej czasu wolnego, bo nie robią prac domowych, a ja się staram.
Na konkursie kuratoryjnym zostałam laureatką. Oprócz tego udało mi się zostać finalistą Olimpiady Matematycznej Juniorów (to też daje wstęp do liceum/technikum). Więc mam jakby dwa wstępy.
Odkąd wiadomo, że nie muszę pisać egzaminu z matematyki, a wynik pozostałych dwóch nie ma znaczenia dla mojej rekrutacji, klasa mnie nienawidzi. Mam na szczęście trzy koleżanki, z którymi się trzymam, ale bycie nielubianą przez 16 osób w klasie to nic fajnego. Każda moja wypowiedź jest komentowana. „Nie popisuj się”, „Daj już spokój”. Nie pomaga fakt, że nauczyciele mnie lubią. Gadam na lekcjach (trochę), używam telefonu, żuję gumę, czasem nawet jem, ale tak, że nie widzą. Staram się udawać zainteresowaną, aktywną, nawet jeżeli nie lubię jakiegoś przedmiotu (nie znoszę historii, WOS-u, EDB). A polonistka mnie wręcz faworyzuje (jestem też finalistką kuratora z polskiego).

Nie chcę tu pisać morału, ale prośbę do wszystkich osób, które nie lubią „kujonów”.
Ja też mam uczucia. Każde nazwanie kujonem, nerdem, boomerem, każde krzywe spojrzenie, to wszystko boli. Bardzo. Czasem nawet wstydzę się się tego, że nauka przychodzi mi łatwo.
Dopóki wasz klasowy „kujon” nie przechwala się swoją wiedzą, dajcie mu spokój, błagam. Poproście o wytłumaczenie, jak nie rozumiecie czegoś, ale nie hejtujcie tych, którzy są od was lepsi.
Szanujcie mądre osoby.

#4g9vh

Jako dzieciak dzieliłam swój pokój z siostrą, starszą o dziewięć lat. Siostra bardzo nie lubiła, gdy przesiadywałam z nią i jej znajomymi, więc wyganiała mnie, kiedy ktoś miał do niej przyjść. Bardzo mnie to bolało, bo w głębi duszy czułam się już taka dorosła, a ona traktowała mnie jak dziecko. Co robiłam ja, ośmioletni brzdąc?

Kiedy siostra szła otworzyć drzwi, ja kryłam się pod łóżkiem. Nie było mnie widać, bo na łóżku leżał koc do samej ziemi. Dzięki temu mogłam wszystko słyszeć :-) Czasami, dla żartu, chwytałam kogoś za nogę.
Ten krzyk był bezcenny :-D

#ujYbO

Mam psa. W momencie pojawienia się kogoś w domu zaczyna szczekać i skakać na niego. Moja ciocia się śmieje, że łapie wszystkich za nogawki, szczególnie uwielbia tak robić listonoszowi, który już chyba się przyzwyczaił.

Pan listonosz najbardziej zaskoczył nas ostatnim razem, kiedy to przyszedł... z nogawkami podwiniętymi pod same uda, po czym zadowolony powiedział do psa:
„No! Już mnie nie złapiesz za nogawkę!” :D

#LKhi8

Kiedy mojej córce zaczęły wypadać mleczne zęby, postanowiłam, że opowiem jej o wróżce, która zbiera mleczaki i w zamian za to pozostawia drobne upominki. Powiedziałam jej też, aby zęba włożyła pod poduszkę, a na pewno rano znajdzie tam niespodziankę.
Znając dobrze moją podejrzliwą córeczkę, wiedziałam, że nie zmruży oka i będzie chciała przyłapać ową wróżkę na gorącym uczynku, postanowiłam więc, że stworzę sobie przebranie magicznej istotki i będzie to moja przykrywka. Nie myliłam się, Ola szybko się „obudziła” i złapała wróżkę.

W sumie najważniejsze w tym wszystkim było to, że mojemu mężowi magiczne przebranie podobało się bardziej niż córce, tak więc wyczarowaliśmy jej braciszka. :)

#bENd8

Napiszę wyznanie o „dobrych facetach” i dlaczego przechodzą mi ciarki. Skłoniło mnie do tego wyznanie faceta 40+, który, jak sam napisał, nigdy nie miał dziewczyny. Opisał tam sytuację, w której kobieta z pracy zaprasza go na kawę, a on (parafrazując):
1. Był zainteresowany, ale 10 lat temu, jak jeszcze była „młoda i ładna”.
2. Oddawała się wszystkim dookoła i jak już każdy ją miał, to spojrzała na tego, z którym jeszcze nie spała, a on nie będzie zapasówką.

Jeżeli ktoś uważa się za dobrego faceta, a tak pisze o kobietach, to mu daleko do bycia „dobrym facetem”. Kobieta, która w ŻADEN sposób Cię nie znała i Ty jej też nie była zainteresowana bliższą relacją, a 10 lat później wyszło, że zaczynacie razem pracować, więc więcej czasu spędza z Tobą i być może chce się poznać, dostaje łatkę: przespała się z każdym (bo jak rozumiem, to wiedza ogólnie dostępna i każdy o tym wie?) i zaproszenie na kawę jest wyrażeniem chęci na kopulację.

Koleś nie ma pojęcia, co działo się w jej życiu przez 10 lat, bo znał ją tylko na cześć, a zakłada, że wie. Jeszcze obiektowe traktowanie: kobieta ma wartość wtedy, kiedy jest dziewicą i jest ładna.

Większość wiecznie samotnych mężczyzn tak właśnie postrzega kobiety, jako obiekt. Nie traktują na równi z innymi, a jakakolwiek pozytywna interakcja włącza światełko „jest mną zainteresowana”. W umysłach takich facetów często kobieta nie jest partnerem do rozmowy, czasami stawiają kobietę na piedestał i niemalże czczą, czasami uważają, że trzeba się kobietami opiekować, ale wtedy traktują kobietę jak nieporadne dziecko.
On jest dobrym facetem, przecież dał jej to, czego ona (według niego) potrzebowała i „poświęcił się”. „Dobry facet” nie będzie traktować kobiety na równi, bo ona ma być tą różą, a on rycerzem.

Może kiedyś zrozumieją, że kobieta to nie odrębny gatunek, a zwykły człowiek. Nie szukamy rycerzy, a partnerów, którzy będą traktować nas na równi, którzy będą z nami rozmawiać. Związek buduje się razem, a nie wsadza ludzi do złotej klatki i „masz być szczęśliwa, bo ci wszystko (co JA uważam za słuszne) zapewniam”.

#RKe9O

Mam firmę zajmującą się auto detailingiem. Taka profesjonalna myjnia samochodowa. Dwa tygodnie temu rodzice polecieli na urlop. Prosili, abym zajął się ich mieszkaniem. OK. Wpadłem na plan. Wziąłem samochód ojca do mojego studia, aby przywrócić mu pierwotny blask. Ojciec tego nigdy nie chciał, bo po co, i tak się ubrudzi. Wziąłem auto bez jego wiedzy. Wraz z moimi pracownikami zrobiliśmy, co mogliśmy. Pełne czyszczenie wnętrza, naprawa uszkodzonej skóry na fotelach, pełna korekta (polerowanie) lakieru, polerowanie szyb. Po korekcie lakieru folia bezbarwna na każdy element, powłoka. Szyby zabezpieczone powłokami ochronnymi, felgi do renowacji, uzupełnienie ubytków lakieru na masce, zderzaku itd. Passat B6 ojca wyglądał lepiej niż z fabryki. W sześć osób pracowaliśmy ciężko, po godzinach, przy tym projekcie. Oczywiście moi pracownicy dostali ode mnie premię za pracę po godzinach.

Odebrałem rodziców z lotniska swoim samochodem. Będąc już w rodzinnym mieście, powiedziałem, że podjedziemy do mnie na chwilę do firmy. Rodzice weszli. Włączyłem wszystkie światła w firmie i ściągnąłem „futerał” z samochodu. Pokazałem ojcu samochód. Był w ciężkim szoku, że jest to jego samochód. Wraz z pracownikami opowiadaliśmy, co było zrobione, ile godzin zajęło. Ojciec po chwili powiedział, że jesteśmy pierd***nięci, że tyle dni czyściliśmy ten samochód, że co to jest, że po cholerę mu takie g... na samochodzie. Zaczął się na mnie wydzierać, dlaczego biorę jego rzeczy bez pozwolenia, że gdyby wiedział, co zamierzam zrobić, to schowałby przede mną klucze. Zrobił mi dziką awanturę o to, że jego samochód był u mnie w studiu...

Poczułem się jak gówno. Na końcu po prostu przepakował walizki do bagażnika i stwierdził, że jestem nieudacznikiem życiowym i powinien dawno temu mnie wydziedziczyć... Wszyscy moi pracownicy byli w ciężkim szoku. Gdybym chciał policzyć za to zlecenie, rachunek wyszedłby ponad 20 tys. Przekroczyłby wartość samochodu. Zrobiło mi się przykro. Pracowników wysłałem do domu, żeby odpoczęli, był to piątek. Sam siadłem w biurze i zacząłem płakać jak małe dziecko. Po prostu nerwy i emocje wzięły górę. Wieczorem dostałem telefon od ojca, że w aucie miał ponad 1000 zł i nie ma tych pieniędzy. Żadnych pieniędzy oczywiście nie było. Zwyzywał mnie od złodziei.

Nie wiem, czy to ja jestem jakiś nienormalny, dziwny, że chciałem dobrze, czy to ojciec jest nienormalny. Cała rodzina dowiedziała się, że go okradłem. Chciałem dobrze, a wyszedłem na złodzieja...
Dodaj anonimowe wyznanie