Gdy byliśmy na działce, moja córka podbiegła do mnie z do połowy zjedzonym ogórkiem i wyciągając w moją stronę rączki pisnęła: - Mamo, zabiłam karaluchaaa...
Wzięłam ją do łazienki i dokładnie umyłam łapki pod kranem za pomocą mydła antybakteryjnego. Kiedy wróciliśmy na ganek, chwyciłam za porzuconego ogórka i wgryzłam się w niego jak królik. Chrupiąc rozkosznie zagaiłam do mojej pociechy:
- I jak zabiłaś tego karalucha?
Poczekała aż przełknę ostatni kęs i rzekła:
- Zgniotłam go ogórkiem...
Kiedy ostatnio przychodzę do mojej koleżanki, jej telefon dzwoni co najmniej raz na godzinę. Wczoraj sytuacja się powtórzyła. Odebrała telefon, zamieniła dwa słowa, odłożyła telefon i nie rozłączając się, w międzyczasie robiła mi kawę. Potem znów przystawiła telefon do ucha, wyrzuciła z siebie kilka - tak, tak i mhm, mhm, po czym położyła telefon na stole. Z telefonu dobiegał piskliwy głos kobiety, dosłownie zaklęty w słowotok.
- Kto to? - pytam ściszonym głosem
- Moja matka.
Kolejnego dnia jesteśmy w trakcie kawy, oczywiście dzwoni telefon. Tym razem koleżanka odbiera, słyszę krzyki, a telefon ląduje zamknięty w szafce z herbatą. Trochę zdumiona jej zachowaniem pytam:
- Nie chcesz po prostu z nią pogadać?
- Ale to jest monolog, niech gada do herbaty.
Po czym wstała, wyrzuciła z siebie jeszcze kilka - tak, tak, wiem - i się po prostu rozłączyła. Za moment znów dzwoni telefon, ale koleżanka nie odbiera.
- Zawsze tak gadasz z matką? - (nie powiem cała sytuacja wyglądała dość komicznie)
- Od miesiąca codziennie!
- Ale o co jej chodzi? Dlaczego dzwoni tak często? Czy chodzi o twój ślub?
- Tak. Odkryła tatuaż na moim ramieniu i codziennie mi mówi, że nie przyjdzie. Twierdzi, że tatuaż to znak szatana...
Koleżanka ma trzydzieści lat, a przyszły mąż koleżanki jest właścicielem profesjonalnego studia tatuażu.
Wstyd się przyznać, ale kiedy pewnego dnia będąc na spacerze z chłopakiem bardzo wstrzymywałam zwieracze, po prostu doszłam. Dwa razy...
Kiedy byłam w gimnazjum, byłam strasznie zakompleksiona. Wstydziłam się wszystkiego i wszystkich, a bycie w centrum uwagi to był mój największy koszmar.
Mieszkałam wtedy z rodzicami w bloku na parterze. Dzieci sąsiadów z naprzeciwka były ode mnie trochę starsze oraz zdecydowanie bardziej towarzyskie. I tak przez długi czas „nie mogłam” wyjść z domu, bo koledzy sąsiada przesiadywali na klatce schodowej i rozmawiali. Nie zachowywali się w żaden sposób zbyt głośno czy wulgarnie. Ot tak, siedzieli sobie i rozmawiali. Jednak ja nie miałam odwagi, by wyjść z domu, a co dopiero odwrócić się do nich tyłem, żeby zamknąć drzwi.
Kiedy pogoda była ładna, sąsiad wraz z kolegami przesiadywali na ławce. Niestety ta felerna ławka znajdowała się naprzeciwko drzwi wejściowych/wyjściowych. Potrafiło się ich tam uzbierać nawet z 15 osób! I tak kiedyś siedziałam ok. 3 godziny w krzakach, aż towarzystwo się rozejdzie, by wejść do własnego mieszkania, a czasem w akcie desperacji wychodziłam/wchodziłam oknem po drugiej stronie budynku.
Już nie wspomnę o wychodzeniu do szkoły o 6 rano, nawet mając na popołudnie, by tylko być pierwszą i nie czuć na sobie spojrzeń innych ludzi.
Jadąc do rodziny na wakacje, wstydziłam się korzystać z toalety i sikałam do butelek po napojach, które wyrzucałam następnego bądź jeszcze tego samego dnia do kosza na zewnątrz. Oczywiście tak, aby nikt niczego nie widział.
PS Obecnie leczę się psychiatrycznie i jest zdecydowanie lepiej :)
Jechałam wczoraj autobusem na spotkanie z przyjaciółką. Gdy już wysiadłam na przystanku, na którym się z nią umówiłam, zaczepiła mnie starsza pani i poprosiła o pomoc w poniesieniu toreb z (jak sądziłam) zakupami. Twierdziła, że nie może dźwigać i wskazała na drugą stronę ulicy jako kierunek, gdzie miała iść. Pomyślałam – OK, przyjaciółki jeszcze nie ma na przystanku, do umówionej godziny spotkania zostało jeszcze 5 minut, a przez ulicę mogę ponieść tej pani torby, w końcu to tylko chwilka i zrobię coś pożytecznego, zamiast siedzieć na ławce i czekać. Zgodziłam się i to był poważny błąd.
Gdy już przeszłam z panią przez ulicę, niosąc jej (wcale nie tak ciężkie) torby, pani zaczęła mnie zmuszać do niesienia ich dalej. Od ulicy przez bloki, obok biblioteki i szkoły. Coraz dalej od mojego przystanku i coraz bliżej do godziny spotkania z przyjaciółką. Ale nie myślcie, że droga minęła nam na miłej pogawędce lub chociażby w ciszy, o nie. Pani zaczęła opowiadać niestworzone historie (trochę jakby była nienormalna), nachalnie prosiła, żebym powiedziała, gdzie mieszkam, bo ona ma remont i chce się u mnie kąpać (!). Kiedy wykręcałam się, że nie mogę, bo właśnie dziś idę nocować u znajomej, ona spytała, czy może się wykąpać u mojej przyjaciółki! Stwierdziłam, że jeśli pójdę z nią choćby o krok dalej, będzie jeszcze gorzej. Kiedy podprowadzałam ją pod klatkę jej bloku, zapytała jeszcze, czy dam jej pieniądze, udawałam, że nie mam. Kazała mi jeszcze zanieść jej torby na górę pod jej mieszkanie, ale byłam spóźniona na spotkanie 15 minut. Mówiłam, że muszę już wracać, a ona, że pójdzie ze mną i zapyta mojej przyjaciółki o tę kąpiel. Wcisnęłam jej, że idę jeszcze do lekarza, zostawiłam torby na ławce obok klatki i oddaliłam się jak najprędzej.
Przyjaciółka na szczęście zrozumiała powód mojego spóźnienia, bo jak się okazało, miała podobną historię prawdopodobnie z tą samą kobietą. Owa pani mieszka bowiem niedaleko mojej przyjaciółki i jeśli to ta sama osoba, to nie był to pojedynczy epizod. Moja przyjaciółka też została poproszona o niesienie toreb przez starszą panią, niestety w upale i z obtartymi do krwi stopami od butów. Pani odmowy nie uznawała, a że przyjaciółka jest altruistką, to stała się tanią, przepraszam, darmową siłą roboczą. Zaniosła jej te torby aż pod drzwi mieszkania.
To przykre, bo takie sytuacje jednak zniechęcają do pomocy.
Mój były chłopak próbował wzbudzić we mnie poczucie winy, że go zostawiłam. W tym celu wykorzystał szantaż. Na dzieci. Dzieci jego brata... które po prostu bardzo polubiłam, gdy byliśmy razem XD
Nie powodziło nam się w domu. Sześć gęb do wykarmienia. Nasz tata nie miał nogi, więc na rencie, a mama pracowała w kiosku. Żyliśmy skromnie, ale szczęśliwie.
W wakacje od świtu do nocy czas spędzaliśmy na zabawach. Piłka, siatka, chowany, podchody, palant i mogę wymieniać w nieskończoność. Wszyscy byli wysportowani, a ja byłam wysportowana i gruba. Tak po prostu od dziecka byłam małym popylającym po wsi pulpecikiem.
Zdawałam sobie z tego sprawę, ale nie przeszkadzało mi to. Nikt mnie nie wyzywał i nie dokuczał. Nawet jak kłóciliśmy się z rodzeństwem, to nigdy nie wrzucali mi, że jestem gruba. Na wsi wszystkie dzieciaki się znały i było pięknie.
Pierwszy rok szkoły i zderzyłam się z rzeczywistością. Nagle nauczycielki traktowały mnie gorzej od innych dzieci. Dzieciaki mówiły mi, że jestem grubasem z takim wyrzutem, jakbym co najmniej zrobiła coś okropnie złego. Czasami z tego powodu dziewczyny z klasy nie chciały się ze mną bawić, inne dzieci wybierać w zabawach. Było mi przykro, że zostawałam dobierana na końcu, lub musiałam być w parze z panią.
Na szczęście byłam na tyle rozgarnięta, że nie przejmowałam się tym zbytnio. Na przerwach bawiłam się z kolegami ze wsi lub chodziłam do klas moich sióstr czy braci.
Pomimo tego, że na WF-ie wymiatałam i grałam w piłkę lepiej od chłopaków, to co jakiś czas ktoś mi przypominał, że jestem gruba - jakbym była brudna.
Nie rozumiałam dlaczego tak. Serio jadłam to samo co moje rodzeństwo, słodycze tylko na święta. Nie było pieniędzy na jakieś smakołyki czy zachcianki. Ba... nawet nie dojadałam obiadu, bo wolałam pod stołem nakarmić psa.
Więc ja - środkowe dziecko - tak losowo zostałam obdarowana supermocą bycia grubym.
Nauczycielki nie wierzyły mi, kiedy mówiłam, że zdrowo jem i tak dalej. Ścigały moją mamę, żeby mi zorganizowała dietę, ćwiczenia, mniej słodyczy i fast foodów.
Wszyscy myśleli, że jak wracam do domu, to wpierdzielam tonę snickersów.
W końcu mama zabrała mnie do lekarza. Zrobili mi wszystkie badania i okazało się, że...
Jestem zdrowa jak ryba! Zdrowa, wysportowana, dojrzała jak na swój wiek i gruba.
Nikt "obcy" mi nie wierzył, kiedy mówiłam ile jem i ile czasu dziennie spędzam w ruchu. Najwięcej hejtu zawsze dostawałam o dziwo od chłopaków. Tak jakby moja waga była przepustką na wszelkie hejty.
Można powiedzieć, że wyrosłam z tego. W pewnym momencie po prostu stałam się gruba jakby mniej, ale nadal za dużo jak na standardy "normalności".
Tak po prostu się stało, nic nie zmieniałam.
Mimo schudnięcia wyzwiska nadal miały miejsce. No i wiecie co? Gdybym nie była taka ogarnięta od małego, to pewnie skończyłabym z depresją.
Teraz mam ponad 20 lat i mam ogromną tendencję do tycia. Co tu dużo mówić, nadal jestem gruba i mam się dobrze, cieszę się życiem.
Tajemnica jest taka, że ci wyzywający są zawsze gorsi i żałośniejsi od wyzywanych, wiecie?
Byłam w niedzielę w pracy (pracuję w galerii, w niedzielę otwarta jest 10h). Stałam na kasie i w pewnym momencie podeszła rodzinka. Matka, ojciec i dwie nastoletnie córki.
Zaczynam ich kasować, matka ze starszą córką stanęły krok dalej i wywiązał się (mniej więcej) taki dialog:
M - Ja gdybym miała pracować w takim miejscu w niedzielę, to by mnie chyba szlag trafił...
C - Ale mamo, żadna praca nie hańbi, jakbyś musiała utrzymać rodzinę, to byś poszła nawet do takiej pracy.
M - Ale w niedzielę byłabym na chorobowym!!
Szczyt hipokryzji. Przyjść w niedzielę na zakupy i śmiać się człowiekowi w twarz, że pracuje w niedzielę. Serio, ludzie?
Pozdrawiam ptaka snajpera-bombardiera.
Jechałem z mamą na zakupy. Miałem jakieś 7 dyszek na budziku, matula paliła sobie papieroska przy otwartym oknie. W pewnym momencie, słyszę od niej "O kurwa!". Ze strachu aż zjechałem na pobocze, upewnić się, czy coś jej nie jest.
Okazało się, że ptak jej narobił na spodnie. Czarne. Przez otwarte okno. Trafił idealnie do wnętrza samochodu jadącego 7 dych na godzinę, przy czym ładunek wylądował w całości na nodze mojej mamy. Szyba czysta. Drzwi czyste. Miał jebany cela, nie ma co.
Przez 5 minut nie mogłem opanować śmiechu...
Jestem mężczyzną i sikam na siedząco.
Robię tak, ponieważ jest mi wygodniej. Istnieje taki stereotyp, że mężczyźni sikają zawsze na stojąco i jak mężczyzna sika na siedząco, to w jakiś magiczny sposób jest mniej „męski”.
Dodaj anonimowe wyznanie