#AxEZ8

Mam 20 lat i nie znam się na zegarku.
To znaczy uczyłam się niejednokrotnie, bo bez takiej umiejętności jest bardzo ciężko.
No ale zawsze ulatywało mi to po pewnym czasie. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego.
Przed maturą to był istny koszmar... Przecież każda minuta tam jest na miarę złota... Przez tydzień regularnie oglądałam bajki objaśniające dzieciom tę tajemną umiejętność...
W tym momencie po długim namyśle umiem odczytać orientacyjnie godzinę, ale znowu nic poza tym...

Nigdy nikomu się do tego nie przyznam.

#FouJK

Wiecie kiedy studia zaczynają wchodzić w krew?
Gdy na farmacji musicie zrobić zielnik i okładacie biedną jemiołę na drzewie parasolką tylko po to, aby ją strącić i mieć do zielnika, a ludzie wokół przy głównym szpitalu w województwie patrzą na was, jakbyście właśnie byli po wizycie u psychiatry xD

#8FdfX

Tak z perspektywy czasu to faktycznie zabawne, ale wtedy rozsadzała mnie furia.

Kilka miesięcy wstecz. Stoję z chłopakiem w kolejce do kasy w osiedlowym markecie. Wypakowując zakupy na taśmę, już od kilkunastu minut wysłuchuję, jaka to ja nie jestem rozrzutna, że niby tyle zarabiam, a nigdy nie mam pieniędzy. Lekko poirytowana stoję twardo z pokerową twarzą. Nagle usłyszałam: „Widzisz, ja to sobie kupiłem jordy za osiem stów, a ty kolejny miesiąc w tych najkach zwykłych. Zrobiłabyś coś z tymi włosami u fryzjera. Nie stać cię?”. Wtedy coś we mnie pękło... „Taaaak? Może ja też chętnie kupiłabym sobie Jordany nawet za 1000 zł, może bym przewaliła pół wypłaty w centrum handlowym, niestety od dwóch miesięcy to ja kupuję jedzenie, to ja płacę za wynajem i to ja kupuję żwirek dla twojego pieprzonego pchlarza!” – jak nigdy wydarłam się, aż płaczące dziecko w wózku się uciszyło i razem z matką i resztą sklepu wpatrywało się we mnie. Zwracając się już do kasjerki, powiedziałam: „Ten pan zapłaci za te zakupy” i odwróciłam się z zamiarem odejścia, na co mój oburzony chłopak odpowiedział z wielkim żalem, że nie ma już pieniędzy... Stanęłam. Zacisnęłam pięść. Nie, nie podniosłam jej. Uśmiechnęłam się i powiedziałam tylko: „W takim razie dzisiaj na obiad będziesz wpieprzał smażone jordany”.
Nikt nie klaskał, ale uśmiech kasjerki na każdych zakupach i tak daje mi satysfakcję.

PS Dupka już nie ma w moim mieszkaniu, na jego miejsce przyszła przyjaciółka. Też lubi buty, ale przynajmniej lojalnie płaci w połowie za rachunki :)

#GqEpw

W wieku 9 lat przeszłam białaczkę limfoblastyczną. Teraz mam 23 i ciągle to we mnie siedzi.

Odebrałam dzisiaj wyniki badań. Są złe, ale od dłuższego czasu takie są. Od czasów pandemii każdy mnie zbywa. Niejeden lekarz, u którego byłam, odsyłał mnie z kwitkiem, bo wyniki niewiele odbiegają od norm. Ale odbiegają. Mam 23 lata i diagnozują mnie pod kątem miażdżycy, cukrzycy, dny moczanowej i stanu przedzawałowego. Mam 23 lata, a kartoteki w placówkach medycznych grubsze od niejednych ludzi w podeszłym wieku. A ja chcę po prostu życia normalnego człowieka. Bez strachu. Teraz ciągle się boję. Każde pobieranie krwi do badań to ogromny stres, co znów wykryją. I jak będzie się żyło z tym czymś. Myślę o sobie jak o wadliwym egzemplarzu. Porównuję do zepsutego produktu na taśmie produkcyjnej, którego nikt nie zauważył i trafił taki na półkę sklepową.

Jednocześnie mam bardzo poukładane życie. Praca, studia, oszczędności, własne auto, inżynier przed nazwiskiem. Po co to? Spełniam swoją wizję idealnego, ułożonego życia. Między tym wszystkim jest cały kalendarz zapełniony wizytami u kolejnych specjalistów, po których często moczę poduszkę z bezsilności. Czasem chciałabym się do kogoś przytulić i wypłakać, ale nie mam do kogo i nie wiem, czy kiedykolwiek będę miała. Jest mi tak cholernie przykro, że świat usiłuje się mnie pozbyć. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Jestem z tym wszystkim sama. Na razie. Jutro zapisuję się do psychologa. Mam dosyć mojego życia, które jest idealne dla innych, ale paskudne dla mnie. A skoro nie mogę podzielić się tym z bliskimi, to chciałam chociaż wygadać się tutaj.

#0JMTr

Będąc z koleżanką na zakupach, wstąpiłyśmy do drogerii. Ona kupiła jedną rzecz, ja nic. Byłyśmy już przy kasie, a sprzedawczyni zapytała ją o grosika. Ja oczywiście też sprawdzam. Dumna mówię: „Ja mam grosika”. Sprzedawczyni nie reaguje. Powtarzam, że ja mam grosika, a sprzedawczyni nagle wypala: „Proszę się nie chwalić” ;D

#00Eqs

Kiedyś podałem w szkole karteczkę do dziewczyny, która mi się podobała. Napisałem jej tam, że jest fajna i że bym się chciał zaprzyjaźnić i podpisałem się swoim imieniem i nazwiskiem. Po chwili się odwróciła i spytała mnie pełna uśmiechu i rumieńców „ej, nie wiesz kto to jest ten Tomek Kozieł?”.

#q8HLj

Babcia, gdy umierała, powiedziała całej rodzinie, że gdzieś na posesji jest zakopany spadek (szli hitlerowcy i rodzina nie chciała stracić majątku). Babcia oczy zamknęła, każdy zachował pozory, ale po miesiącu już się zeszli się, aby kopać – podwórko przekopane, burdel wszędzie. I nagle podejrzenia: ktoś znalazł i cicho siedzi! Rodzina skłócona, a w zimie nawet na Wigilię nie przyszli. Troszkę powalone, ale co tam.

Wzięło mnie na wspomnienia z udziałem babci, poszedłem do jej pokoju (zostawiliśmy pokój w nienaruszonym stanie), usiadłem na jej fotelu i mi tylko łzy napłynęły, bo bardzo tęskniłem. Wziąłem jej książkę, której nie doczytała, wypadła zakładka z książki, napisane tam było „Między płytami”. Domyślałem się o co chodzi, bo babcia miała wielką kolekcję płyt do gramofonu. Szukałem i znalazłem kartkę, otwieram, a tam napisane już bardzo brzydkim pismem i niewyraźnie, widać było, że babcia męczyła się pisząc to, a treść była taka „Skarbu nie ma, domyślam się, że szukają, ale nic nie znajdą”.

#8GjoN

Wracam sobie wieczorem tramwajem z uczelni. Dzień jak co dzień. Na którymś przystanku motorniczy wysiadł ze swojej kabiny i próbował przekrzyknąć rozmawiających ludzi. Gdy mu się to udało, zrozumiałam, że zwracał się do jakieś grupki chłopaków, żeby wysiedli z tramwaju, bo to nie jest palarnia. Nie zwróciłam na to wcześniej uwagi, bo siedziałam praktycznie w samym przodzie. Motorniczy powtarzał grzecznie kilka razy, ale oni nic sobie z tego nie robili.
No i w tym momencie wkracza ON. Wysoki, przypakowany, łysy Sebek. Wstaje ze swojego siedzenia (które było mniej więcej na środku tramwaju) i krzyczy do nich, żeby wypieprzali z tramwaju w podskokach, bo jak nie, to on się tam do nich przejdzie. Łebki dalej nic, cisną tylko bekę. W tym momencie Sebastian, który trzymał wcześniej w ręce czarną reklamówkę, wcisnął ją w dłonie jakiemuś facetowi, mówiąc jedynie coś w stylu  „Trzymaj pan” i udał się na tyły krzycząc, że jak się nie potrafią zachować, to on im pokaże... No i wtedy cała grupka chojraków zwiała gdzie pieprz rośnie, nim Sebek zdążył tam podejść. W tym momencie motorniczy w podziękowaniu skinął mu głową i ruszyliśmy dalej.

Jak to mówią: jeżeli się nie da po dobroci...

#F1irj

Historia o tym, jak zostałam czarną owcą w rodzinie, bo postanowiłam nie organizować hucznego wesela :)

Zaręczyłam się około półtora roku temu i od tamtej pory podczas spotkań rodzinnych bardzo często dopytywano mnie i mojego narzeczonego, kiedy planujemy wyprawić wesele. Początkowo rzeczywiście chcieliśmy zorganizować tego typu imprezę i wydawało się to świetnym pomysłem. Czar prysł, kiedy zaczęliśmy kalkulować koszty.

Oboje posiadamy spore rodziny, więc organizacja nawet skromnego wesela, bez żadnych szczególnych atrakcji, znacznie przekraczała nasz budżet. Planujemy także uzbierać na wkład własny do zakupu mieszkania, co uznajemy za nasz priorytet, więc tym bardziej wyprawienie wesela było kłopotliwe. Po wielu godzinach rozmów doszliśmy do wniosku, że zamiast tradycyjnego wesela, wolimy zorganizować poczęstunek dla najbliższych osób, a część oszczędności przeznaczyć na nasze wymarzone wakacje, jako że uwielbiamy podróżować. Wydawało nam się to o wiele bardziej sensowne, niż wydanie kroci na jednodniową imprezę. I o ile rodzina mojego lubego zrozumiała nasze podejście, tak w mojej rozpętało się piekło.

Najpierw moi rodzice stwierdzili, że przeze mnie będzie im wstyd przed całą rodziną, bo co to za małżeństwo, co nie chce wesela wyprawić (!). Rodzicielka wypomniała mi, że ciocia Małgorzata od dawna mówiła swoim bliskim o moim weselu i dopytywała się, kiedy będzie miało miejsce. Dodam, że tę ciocię widziałam kilka razy w życiu, gdy byłam dzieckiem. Później moja kuzynka, z którą do tamtej pory miałam dość dobry kontakt, zarzuciła mi, że ja na jej weselu bawiłam się do samego rana, więc to niesprawiedliwe, że szkoda mi pieniędzy na własną imprezę. Jedynie moi wujkowie wspierają mnie w tej decyzji i twierdzą, że to nasz dzień i powinniśmy go spędzić tak, jak najbardziej nam to odpowiada.

Na początku było mi przykro, że moja rodzina nie rozumie, że w obecnych czasach koszty życia są naprawdę wysokie i ciężko jest cokolwiek odłożyć, więc nie każdego stać na huczne wesele. Później jednak doszłam do wniosku, że dobrze, że się tak stało – to tylko uświadomiło mi jeszcze bardziej, że podjęłam z narzeczonym słuszną decyzję. Po co mam wydawać wszystkie oszczędności na osoby, którym nie zależy na moim szczęściu, tylko na imprezie z darmowym alkoholem?
Dodaj anonimowe wyznanie