Zdawałam egzamin na kat. A2. Czekałam na swoją kolej, żeby iść na plac i mimowolnie słyszałam jak rozmawia dwóch facetów czekających na swoje pociechy. Gadka szmatka i zaczęli rozmawiać o swoich przeżyciach:
- Ja kiedyś jechałem rowerem po pijaku i mnie złapali. Miałem zakaz prowadzenia roweru, ale autem mogłem jeździć. Bez sensu. A raz jak w ciężarówce spałem nawalony, to mi wzięli prawko i miałem zatrzymane na 2 lata. Ale nie miałem dużo jakoś 0,54. Musiałem potem znów zdawać.
- No i za którym zdałeś?
- Za drugim.
- A to nie jest tak źle.
- No za pierwszym razem byłem trzeźwy. Za drugim już po przepiciu, to poszło łatwo.
- A to cie nie wyczuli?
- No co ty. Zjadłem tyle czosnku, że koleś w tym aucie nawet nie oddychał.
Komentarz zbędny :)
Jestem w takim momencie swojego życia, że zaczynam zdawać sobie sprawę z wielu rzeczy.
Jeśli miałabym ocenić, jakie miałam dzieciństwo, to nazwałabym je normalnym, szczęśliwym.
Oczywiście wiem, jak wiele błędów nieświadomie popełnili moi rodzice, ale kiedyś takie zachowania były powszechne i nikomu nawet nie przyszło do głowy, że to może dziecku zaszkodzić. Z rodzicami zawsze miałam świetny kontakt, bardzo trudno było mi wyprowadzić się z domu, bo byłam z nimi mocno zżyta. Jednak odkąd urodziła się moja córka, nasze relacje wbrew pozorom uległy ochłodzeniu.
Moi rodzice są tak skupieni na wnuczce, że czasem sprawiają wrażenie, jakby zapomnieli, że mają swoje dzieci. To, że niestety w obecnych czasach wiele wymaga się od matek i jesteśmy poddawane ciągłej krytyce jest bardzo znanym zjawiskiem, ale ja stale doświadczam tego od najbliższych. To ja źle gotuję, karmię, wychowuję itp. itd. A dziecko ma też ojca.
Oboje pracujemy, ale zarówno moi rodzice, jak i teściowa uważają, że to do mnie należy zdecydowana większość obowiązków. Na szczęście mam bardzo fajnego męża, który chce i potrafi zająć się dzieckiem. Dlatego w oczach rodziny jest bohaterem, jeśli przygotuje coś do jedzenia dla dziecka,albo zabierze na plac zabaw.
Z moimi rodzicami mam słaby kontakt, bo ich po prostu nie interesuje już za bardzo, co u mnie słychać. Jak się sama rozgadam, to mnie nie słuchają.
Zostałam wychowana w takim domu, gdzie temat relacji czy miłości był tematem tabu i moja mama interesowała się tylko tym, żebym się nie puszczała i nie zadawała z byle kim.
Z tego też powodu nie chciałam jej się zwierzać, jeśli ktoś złamał mi serce, bo zawsze słyszałam „poszłaś do łóżka przed ślubem i teraz płaczesz, bo ktoś nie uszanował twoich uczuć, nie ma co się temu komuś dziwić”. Teraz mam rodzinę, więc jest tak jak powinno być, więc po co o cokolwiek pytać i po co się czymkolwiek interesować.
To mi tylko dało lekcję, jakich błędów nie popełniać przy swojej córce.
Życzcie mi powodzenia.
Mam bardzo dobrych rodziców. Nie mam wątpliwości, że kochają po równo całą naszą trójkę - mnie, moją siostrę i dużo młodszego od nas brata. Kochają, wspierają, troszczą się o nas i o nasze problemy i poszli by za nami w ogień. Ale z jedną rzeczą, którą robili mnie i mojej siostrze nie mogę się pogodzić do tej pory.
Ja i moja siostra naszym zdaniem byłyśmy dla naszych rodziców prawie idealnymi dziećmi - w szkole same piątki i szóstki, wygrywane konkursy, wszyscy nauczyciele nas chwalili i gratulowali naszym rodzicom. Ale wiadomo, jak to dzieci czasem pyskowałyśmy i robiłyśmy histerie, więc trzeba było nas postawić do pionu. Problem tylko jak.
Nie wściekam się o klapsy i stanie w kącie. Tych rzeczy nawet nie pamiętam. Trochę wściekam się o szarpanie nas za włosy, bo to po prostu bolesne i upokarzające. Jednak najbardziej wściekam się o inną karę - wyprowadzanie nas za furtkę.
Kiedy któraś z nas takimi dziecięcymi pyskówkami i wrzaskami wystarczająco zdenerwowała rodziców, oni, wściekli, kazali się nam ubierać do wyjścia, wyciągali nas z domu i przez podwórko do furtki. Potem otwierali furtkę i wypychali nas na zewnątrz, na chodnik, krzycząc, że jak nie umiemy się zachować, to wynocha z domu, mamy iść i nie wracać. Ja i moja siostra rozhisteryzowane i płaczące chciałyśmy wejść z powrotem, no bo jak sobie poradzimy same na ulicy, ale rodzice dalej nas wypychali. Kiedy uznawali, że już dość nas nastraszyli, to mówili, że mamy wracać i się porządnie zachowywać.
Taka sytuacja zdarzyła się co prawda tylko kilka razy. Ostatni raz z moją siostrą w trzeciej klasie podstawówki, po tym jak wykłócała się z rodzicami, że nie chce by monitor komputera był ustawiony daleko od niej, bo w szkole monitory stoją bliżej dzieci. Ale moim zdaniem nasi rodzice z tą karą po prostu przesadzili. Już wolałabym klapsy niż upokorzenie i paniczny strach, że wylądujemy na ulicy.
Minęło wiele lat, mamy młodszego brata, który teraz jest w podstawówce i ma lekką chorobę umysłową. On nie jest w ten sposób karany, prawie w ogóle nie jest karany i mimo to wyrasta na dobre dziecko. Kilka klapsów dostał jak był młodszy. Obecnie rodzice są dla niego wyrozumiali, cierpliwi, tłumaczą mu spokojnie, jak ma się zachowywać, nie oczekują też od niego dobrych ocen, aby na trójkach zdawał. Czemu nie mogli robić tak z nami?
Kiedy trochę czasu temu przypomniałyśmy rodzicom o tym wyprowadzaniu za furtkę najpierw stwierdzili, że to w życiu się nie wydarzyło. Potem powiedzieli, że widocznie na to zasłużyłyśmy. Zasługiwałyśmy na straszenie wyrzuceniem z domu w podstawówce? Mówią też, że ogólnie zasługiwałyśmy na obrywanie od nich i szkoda, że mocniej nie obrywałyśmy, to może byłybyśmy grzeczniejsze. Kocham ich bardzo, ale o to mam żal. Gdyby chociaż za to przeprosili. Ale oni uważają, że zachowali się jak najbardziej prawidłowo.
Przy umywalce upadło mi mydło na podłogę (tak, mydło na podłodze, bardzo śmieszne). Kiedy się po nie schylałem, pieprznąłem głową w umywalkę, a kiedy wstawałem, pieprznąłem się głową w otwarte drzwiczki od szafki nad umywalką. Mało się nie posrałem z bólu, w przeciwieństwie do mojej dziewczyny, która mało się nie posikała ze śmiechu.
Nie wiem, czy to będzie bardziej wyznanie czy wyżalenie się, czy co. Ogólnie jestem facetem po czterdziestce. Mieszkam sam. Żony nigdy nie miałem. Dziewczyny zresztą też nie. Chciałem mieć, ale jakoś nigdy z żadną nie wyszło. No trudno, takie życie. Ktoś na tym świecie chyba musi być samotny. Padło na mnie, pech. Przez te wszystkie lata straciłem nadzieję na jakąkolwiek relację, nie mówiąc już o założeniu rodziny. Smutne, ale można się do tego przyzwyczaić. Niedawno powziąłem postanowienie o całkowitym zaprzestaniu szukania drugiej połówki. Nie będę przecież udawał 40-letniego pana „młodego”. Modlitw o dobrą żonę też zaniechałem. W moim wieku nie ma już sensu. Jak na ironię losu, zacząłem odnosić wrażenie, że chyba interesuje się mną koleżanka z pracy. Pracujemy ze sobą dobrych 10 lat i do tej pory byłem dla niej niewidzialny. Cześć-cześć, i tyle. Wcześniej pracowaliśmy na różnych piętrach i nasze kontakty nie były jakieś szczególnie częste, jednak ostatnio robili roszady w biurowcu, skutkiem czego ona zmuszona była przenieść się do mego pokoju i nawet nie próbowała ukrywać niezadowolenia, że wyleciała ze swego dotychczasowej siedziby.
Teraz jesteśmy we dwoje od około trzech miesięcy. Siłą rzeczy zaczęliśmy rozmawiać ze sobą, dowcipkować, śmiać się. Ogólnie jest fajnie, choć ja, w przeciwieństwie do niej, unikam wchodzenia na prywatne tematy. Nie bardzo mam się czym chwalić prywatnie, ale mniejsza o to.
Któregoś razu ta kobieta poprosiła mnie o pomoc na komputerze. Ustąpiła mi miejsca na swoim fotelu, a ja zasiadłem i zacząłem coś tam klikać. Problem był banalny i NIE WIERZĘ, że ona nie mogła sobie z nim poradzić. Kiedy ja klikałem, ona w tym czasie pochyliła się nisko i wpatrzyła w monitor. Pochyliła tak nisko i tak blisko mnie, że niemal położyła mi brodę na ramieniu i dosłownie dotknęła policzkiem policzka. Po wszystkim, gdy uporałem się z problemem, który w moich oczach nie był żadnym problemem, zostałem w ramach podziękowań zaproszony na kawę na mieście. Rozumiecie? Nie ja ją zaprosiłem, tylko ona mnie. Dziwne. Nawet nie dała mi szansy na zastanowienie się.
Teraz, kiedy piszę to wyznanie, zastanawiam się „o co kaman”. Przecież podbijałem do niej 10 lat wcześniej. Wtedy nawet na mnie nie spojrzała. A szkoda, bo była młoda i piękna. Dziś jest 10 lat starsza. Ma 36 lat i została sama. Czyżby wzięła mnie na celownik, bo nikt inny się nie trafił? Nikt lepszy? Z braku laku dobry kit? Albo na bezrybiu i rak ryba? Dziękuję, postoję. Nie zamierzam z nią wchodzić w bliższe relacje. Najpierw oddawała się wszystkim naokoło, a kiedy wszyscy ją mieli, a potem uciekli, to spojrzała na jedynego, który został i z którym jeszcze nie spała. Przepraszam bardzo, ale mnie to nie interesuje. Nie jestem towarem drugiej kategorii. Nie chcę być kimś na zastępstwo. Poza tym powziąłem już postanowienie. Koniec, kropka.
Można powiedzieć, że obecnie czuję się spełniony, zarabiam całkiem niezłe pieniądze itd. Ale nie w tym rzecz. Ok. 9 lat temu, jak jeszcze byłem na studiach, pracowałem w ogrodach. Wstawało się o 4:30, żeby najpierw tramwajem, później autobusem i w końcu ok. 1 km na piechotę dotrzeć na tzw. "bazę", żeby tam zacząć pracę o godz. 7:00. Różnorodność była ogromna; od plewienia, wykopów, obsadzania rabat kwiatowych, drzewek, po rozwożenie grysów, kory, murowanie murków oporowych, schodków, zakładania oczek wodnych, prace brukarskie itp. Naprawdę czasem były ciężkie dni, po których budziłem się na pętli tramwajowej, bo przespałem swój przystanek. Ale nie do tego zmierzam.
Jednego razu musieliśmy założyć klientowi system drenażowy w ogrodzie, co wiąże się z całodniowymi wykopami, błotem, wodą i niezłą harówką...
Od jakiegoś czasu odkładałem sobie pieniądze na dobre perfumy, bo uwierzcie lub nie, lubiłem po pracy porządnie się wykąpać, dobrze ubrać i wypachnić ;) Nie było to łatwe, bo studiowałem zaocznie, a że moi rodzice nie należą do zbyt zamożnych, to nie mogli wspierać mnie finansowo. Musiałem więc na wszystko zarobić sam - studia, mieszkanie, wyżywienie, przyjemności. Do czego zmierzam. Właśnie tamtego dnia (nie wiedząc jeszcze o planie prac jakie mam wykonać) miałem już odłożoną odpowiednią sumę pieniędzy na moje wymarzone perfumy i zaplanowałem zakup.
Po powrocie od klienta na "bazę" zdałem sobie sprawę z tego jak wyglądam. Byłem cały mokry. Ale to cały. Do tego od butów po pas oblepiony byłem gliną, która z każdym krokiem rozsmarowywała się po spodniach... Wyglądałem po prostu jak bezdomny, który na dodatek miał pecha i wpadł w jakieś bagno. A w portfelu całkiem niezła sumka i plan zakupu perfum... Oczywiście znalazłem je w dobrej cenie w drogerii w galerii handlowej. Postanowiłem więc zrobić eksperyment. Wsiadłem najpierw w autobus, potem w tramwaj i ochoczo zmierzałem do sklepu z perfumami. Po drodze ludzie oglądali się za mną jak za przybyszem z obcej planety :D Nawet było to przyjemne. Czułem się jak nie lada atrakcja... No i w końcu dojechałem do galerii handlowej i idę po mój zakup. Wchodzę do środka i tu zaczyna się magia.. Ochroniarz momentalnie włączył tryb awaryjny i podążał za mną z lekkim niepokojem po całym sklepie. Panie ekspedientki lekko zniesmaczone obcinały mnie z obrzydzeniem itp. A ja dumnie z głową do góry testowałem kolejne próbki drogich perfum, mimo tego, że wiedziałem czego chcę. W końcu jedna z dziewczyn odważyła się i podeszła do mnie oferując pomoc:
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- Dzień dobry, szukam perfum dla siebie, czy mogłaby pani mi doradzić?
- Oczywiście, mamy tutaj bardzo ładne perfumy w promocji za 30 zł...
- (z uśmiechem odpowiedziałem) Proszę pani, ja dzisiaj spełniam swoje marzenia, poproszę Armani Code...
Mina kasjerki bezcenna :D
Przeczytałam na Facebooku, że na podstawie anonimowych wyznań ma powstać serial i w związku z tym organizowane są castingi na aktorów.
No i oczywiście ja - młode dziewczę spragnione sławy, fortuny i uznania koleżanek, które zieleniałyby z zazdrości na mój widok - zabrałam się za pisanie CV.
Rzecz jasna rozpisałam się na temat tego, jaka to ja utalentowana, jak długo już czytuję anonimowe, dlaczego właśnie ja itd.
Skończyłam po dwóch godzinach. Zadowolona udałam się do mojej kochanej babuni, aby oceniła moje wypociny.
No i jak się pewnie domyślacie, babcia uświadomiła mnie jaki mamy dzień i jak nieprawdopodobnie brzmi to ogłoszenie w sprawie naboru aktorów.
Tak, 1 kwietnia...
Proszę, niech ktoś mi powie, że nie tylko ja się nabrałam...
Do gimnazjum, w którym się uczyłem, chodził pewien chłopak.
Był muzułmaninem. Dobry chłopak, kobiety szanuje, bo go rodzice nauczyli, że ich religia nie jest najważniejsza na świecie, nie modli się np. w szkole czy na ulicy.
Chłopak ten jednak nosił zawsze w plecaku Koran. Interesował się swoją religią, próbował ją interpretować w sposób przyjazny dla świata (w sensie nie mordowania wszystkich).
Pewnego razu jeden z chłopaków, który go nie lubił (czyt. najbardziej mu ubliżał z powodu jego wyznania) dowiedział się o tym, że nosi świętą księgę, więc po lekcjach mu ją ukradł i spuścił w toalecie. Chłopak się załamał. Na następny dzień zgłosił to do wychowawczyni, która stwierdziła, że to jego wina, bo nie powinien propagować swojej religii i na siłę jej wciskać. Szczęka mu opadła. Następnym razem poszedł z tą sprawą razem z rodzicami, ale nie do wychowawczyni, tylko do dyrektora. Ten powiedział dokładnie to samo.
Tydzień później z każdej sali szkolnej znikają krzyże. Po sprawdzeniu kamer okazało się, że to ten chłopak wszystkie zabrał i wyrzucił.
Dostał naganę dyrektora i został wyrzucony ze szkoły.
Kurtyna.
Jestem idealnym przykładem tego, jak działa polski wymiar sprawiedliwości.
Przed 3 klasą gimnazjum przeprowadziłem się z rodzicami do innego miasta. Już wtedy wyglądałem na trochę starszego niż w rzeczywistości. Przy odrobinie zarostu na twarzy mógłbym śmiało kupić piwo w sklepie i nikt by mnie nie zapytał o dowód. Wtedy 85 kg przy 190 cm wzrostu.
W nowej szkole konkretnie zakumplowałem się z dziewczyną z nowej klasy - Agatą. Była jakoś połowa marca, sezon grypowy. Rozchorowała się. No cóż, zdarza się. Powiedziałem, że mogę jej podrzucić w piątek po szkole zeszyty z tygodnia. Podała mi adres, bo nie byłem tam nigdy u niej. Do tej pory spotykaliśmy się na mieście.
Blok zrobił na mnie słabe pierwsze wrażenie. Był cholernie zaniedbany. Byłem już piętro niżej, gdy z mieszkania obok było słychać, jakby tam kogoś mordowali. Awantura to chyba zbyt delikatne określenie. Facet młócił żonę aż miło. Pomimo zamkniętych drzwi było wszystko doskonale słychać. Wtedy, nauczony jeszcze przez rodziców i dziadków, by w miarę możliwości pomagać innym, postanowiłem interweniować. Zadzwoniłem wcześniej na policję, a sam, przed ich przyjazdem, wpadłem do tego mieszkania.
Gość na wejściu dostał sierpowego w ryj.
Kobieta cała twarz we krwi, ledwo kontaktująca. Facet napierdolony jak bela. W drugim pokoju płaczące dziecko. I gimnazjalista stojący nad pijakiem-zwyrodnialcem, pilnujący, by jegomościowi nie przyszły do głowy jakieś głupie pomysły. Taki widok zastali policjanci.
Myślicie, że to koniec? Że wymiar sprawiedliwości w jakiś sposób tej rodzinie pomógł? To się mylicie, i to grubo.
Sąd, fakt, zainteresował się sprawą. Ale nie z tej strony, z której powinien. Zainteresował się mną. Dostałem poprawczak do ukończenia 18 roku życia za przekroczenie zasad obrony koniecznej i grzywnę za zniszczenie mienia, w tym przypadku drzwi. Bo złamałem pijakowi nos. Facet nie dostał nawet zawiasów za pobicie żony. W świetle prawa wyglądało to tak, jakbym po prostu wparował do czyjegoś spokojnego mieszkania, wpierdolił właścicielowi i czekał na policję. Nie liczył się fakt, że kobieta wyglądała jak siedem nieszczęść. Nie liczył się fakt, że dziecko płakało w drugim pokoju.
Liczyło się to, że broniąc kobiety, złamałem jej mężowi nos.
Od momentu, gdy wyszedłem z poprawczaka, mam przyklejoną łatkę chuja jakich mało. Bo nie pomogę, gdy ktoś potrzebuje pomocy. Gorzej. Gdyby na moich oczach kogoś zarzynali jak świnię, to nie dość, że nie kiwnął bym palcem, by mu pomóc, nawet dzwoniąc na policję, to jeszcze bym obrócił się na pięcie i udawał, że nie widzę.
To ten chory system stworzył człowieka takiego, jakim jestem. Więc gdy zajdzie potrzeba, niech nie marudzi, że ten sam człowiek nawet by nie pierdnął, żeby coś zrobić. Bo gdy chciał pomóc, to spotkała go za to kara.
Wydarzenie miało miejsce parę lat temu, gdy byłam stażystką w pewnej instytucji kultury, więc mogłam ubierać się dosyć swobodnie, czyli czarne ubrania od dołu do góry, w tym glany, płócienna torebka. Co więcej, bardzo długie, czarne włosy dopełniały obrazu "młodej gniewnej", a jeszcze tego feralnego dnia wiatr dął niemiłosiernie, miotając moimi włosami na wszystkie strony, więc wyglądałam jak "pogująca" metalówa na koncercie rockowym.
Szłam sobie chodnikiem, na ulicy, na "śpiącym policjancie", jak zwykle stado gołębi wystawiało kupry i opalało je na słońcu, ptasi chillout pełną gębą. Ich spokoju nie zmącił nawet nadjeżdżający samochód. Auto stanęło, czekało na reakcję miejskiego drobiu, ale jedyne, czego się doczekało to gołębiego spojrzenia wyrażającego "Czego, blaszany dupku śmierdzący, się czepiasz?". Kierowca niecierpliwie zatrąbił, spłoszył towarzystwo, które przestraszone donośnym dźwiękiem niezdarnie wzbiło się w powietrze.
No właśnie...
Jeden gołąb za bardzo odleciał na chodnik. Konkretnie to na mnie. Z całym impetem uderzył w mój splot słoneczny, odbił się, zmienił trajektorię lotu i zaplątał się w moje włosy.
Gołąb spanikowany. Ja spanikowana. Miotamy się tak razem, próbowałam nieszczęśnika uwolnić, ale cholernik bił mnie skrzydłami, drapał pazurami, do tego jeszcze dziobał. Damskie MMA - jedna ciągnie za włosy i drapie, druga piszczy i "sprzedaje liście".
Kątem oka dostrzegłam babcię z siatami, która wracała z zakupów z Lidla nielegalnie wydeptanym szlakiem. Widziałam, że szybciutko zaczęła do mnie dreptać, co powitałam z niemałą ulgą. Jednak moja wybawicielka spod znaku moherowego berecika, zamiast mi pomóc, to zaczęła lać mnie tymi zakupami, wyzywać od "dziwek szatana, które biednego gołąbka na czarną mszę porywają!", więc nie tylko siłowałam się z ptakiem, lecz jeszcze musiałam się osłaniać przed ciosami krewkiej staruszki. Kiedy w końcu gołąb odleciał z puklem moich włosów, straciwszy resztkę cierpliwości, wyrwałam reklamówki tej szantrapie i cisnęłam nimi o ziemię. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale odkrzyknęłam na odchodnym: "Skoro ja nie zjem obiadu, to pani tym bardziej!". Odwróciłam się na pięcie, żegnana stekiem kolejnych wyzwisk.
Każdy z Was zapewne doświadczył w swoim życiu takiego dnia, podczas którego już od rana nic nie wychodzi. Ta historia była początkiem serii niefortunnych zdarzeń, może Wam poprawi humor, mnie ona bawi do tej pory :D
Dodaj anonimowe wyznanie