Mój dziadek (70 lat) jest chory, na tyle, że mama musi go karmić.
Dziś po skończonym posiłku mama mówi do niego:
- No to pojadłeś, popiłeś... Teraz się możesz położyć.
A dziadek na to:
- Jeszcze bym poruchał.
:D
Miałem dziewczynę. Ponad rok najlepszego czasu mojego życia. Jedni powiedzą, że to krótko, ale nie dla mnie. Choć mieszkaliśmy od siebie daleko, dużo czasu spędzaliśmy razem. Można powiedzieć, że zrobiliśmy przez ten czas tyle, co inne pary w lata. Nigdy nie pokłóciliśmy się na poważnie, jakieś sprzeczności wyjaśnialiśmy w kilka minut. Była moim spełnieniem. Wszystko co robiłem, robiłem z myślą o niej. To dzięki niej poznałem, co to prawdziwa miłość.
Niestety jej nie było łatwo. Żałoba, zbliżająca się matura, ewentualna wyprowadzka, praca i wiele więcej. Próbowałem z całych sił być dla niej wsparciem, chciałem pomóc. Ona nie chciała pomocy, nie takiej, jaką dawałem. Okazało się, że sam byłem problemem. Chciałem wszystko za bardzo, za szybko. Zaczęła się dusić w tym związku. Postanowiła zerwać, ale na drugi dzień zadzwoniła i powiedziała, że musi wszystko przemyśleć jeszcze raz.
Tkwimy teraz pomiędzy. Nie wiem co robić, wegetuję z dnia na dzień. Nie mam ochoty do życia. Nie chcę jej stracić. Nie wiedziałem, że to aż tak boli.
Wzięłam się na odwagę i chciałam powiedzieć, iż czuję, jakbym sama ze sobą walczyła. Nie wiem, czy jest jakaś osoba, która by mnie zrozumiała z mojej perspektywy, ale nawet jeśli może ktoś doradzi mi co mam zrobić, aby to skończyć.
Ciężko ubrać w słowa to, co chcę przedstawić, ale postaram się jak najlepiej i jak najprościej.
Od „x" czasu mam wrażenie, że pojawia się część mnie, która ma dosyć życia. Czasem w żartach mówię, że trzeba na coś umrzeć. Jednocześnie zastanawiam się, ile jeszcze muszę żyć. Czuję, że nic już mnie faktycznie nie trzyma i w sumie ciekawe co by było, gdybym faktycznie umarła. Nieraz w głowie robiłam sobie scenariusze, jak by wyglądała moja śmierć.
Z góry mówię, że nie przychodzi mi do głowy cięcie się po żyłach czy skakanie z okna, gdyż boję się to zrobić.
Z drugiej strony jakaś niewielka część mnie pojawia się od czasu do czasu i chce wszystko zmienić na lepsze, ale czuję, że jest zbyt wymagająca albo może chce być zbyt perfekcyjna.
Czuję, jakbym żyła z 2-3 różnych perspektyw.
Trzecia perspektywa wszystko olewa i chciałaby czytać, oglądać – taki tryb leniwca albo może nawet tryb ucieczki.
Zastanawiam się, czy bycie też ambiwertykiem ma na to aż tak duży wpływ albo brak jakichś konkretnych celów, co dalej robić ze swoim życiem.
Jak ktoś pyta się: Co dalej będziesz robić? Jakie masz plany na przyszłość?, pierwsze co mi przychodzi do głowy to chęć spokojnej śmierci i rozsypania mych prochów na łonie natury.
Na początku tak nie miałam, ale wraz z czasem to się tylko zwiększa. Nie do końca widzę siebie w przyszłości w jakimś zawodzie albo w jakimś miejscu wśród żywych.
Prawda jest taka, że posiadam swoje małe, kochane grono przyjaciół z czego jestem dumna. Posiadam podobno piękną figurę, jak i przepiękne naturalne włosy, według opinii różnych ludzi, choć moim zdaniem może wyglądam całkiem nieźle, to wewnątrz jestem jak stara baba. Z poziomem inteligencji też całkiem nieźle wypadam według różnych obserwacji, aczkolwiek zdarza się, iż czuję, że sama siebie okłamuję tym.
Z punktu widzenia obcych ludzi jestem zbyt poważna, ale im bliżej mnie się pozna, to ciężko uwierzyć, że jestem to sama osobą, która jest w stanie ciebie zagadać i śmiać się ,aż dostaje głupawki. Przyznaję, że raczej podchodzę do spraw biznesowo niż przyjacielsko, albo nawet daję pierwszy ruch i obserwuję, następnie wtedy decyduje jaką obrać strategię czy może zluzować. Możliwe, że nieświadomie i świadomie często testuję ludzi, aby siebie po prostu chronić.
Jestem bardzo wdzięczna za to, co posiadam, ale mimo to mam wrażenie, że się po prostu duszę.
Chciałbym serdecznie pozdrowić pewną uroczą blondyneczkę, która szła sobie ulicą z dość sporych rozmiarów siekierą. Miała jakieś 10/11 lat.
Jeśli to czytasz, to bardzo Tobie dziękuję, poprawiłaś mi humor na cały dzień.
Mam nadzieję, że nikt tego dnia nie zginął.
Czytałam tutaj ostatnio wyznanie dziewczyny. Jego fragment odnosił się do myśli samobójczych, i chciałam się tu podzielić swoim doświadczeniem. Ja sama radzę sobie aktualnie z myślami samobójczymi. Nie tnę się ani nic, bo przez mój styl ubierania, którego nie chcę zmieniać, wiem, że moja rodzina bardzo szybko by to zauważyła. Wszystko zaczęło się od ciągłych kłótni z przyjaciółkami. W pewnym momencie trzy z nich naskoczyły na mnie w tej samej chwili. Od tamtego momentu ciężko mi jest pozbyć się codziennego myślenia, że jestem nieważna, że w sumie to lepiej byłoby, gdyby mnie nie było. Nie lubię rozmawiać z ludźmi o swoich problemach, bo boję się, że mnie wyśmieją. Klasyczny przykład overthinkera. Udało mi się znaleźć kilka sposobów, żeby jakoś radzić sobie z chęcią zabicia się i mam nadzieję, że komuś one pomogą.
Po pierwsze, zaczęłam rozmawiać ze sobą. Wiem, brzmi to głupio, ale naprawdę pomaga. Mówię sobie, że nie mogę tego zrobić mojej mamie, tacie, psu, kuzynce itp. Powtarzam też sobie, że przecież tylu rzeczy jeszcze nie przeżyłam, że nie mogę porzucić swoich marzeń o wyjeździe do Kanady, zostaniu farmaceutką, posiadaniu dzieci. To naprawdę pomaga. Druga rzecz, którą zaczęłam niedawno, to stworzyłam konto na Instagramie. Nazwę dałam taką, że mnie nie rozpoznają, nie wpuszczam tam innych ludzi, obserwuję tylko swoje prawdziwe konto. Kiedy coś mi leży na sercu, po prostu piszę to tam.
Jeszcze długa droga przede mną, ale wiem, że się uda, bo musi się udać. A co do was, którzy macie takie problemy, jak ja, mam nadzieję, że też wam się uda. Nie poddawajcie się, bo macie dla kogo żyć.
Czy byliście kiedyś tak nawaleni, że po powrocie do domu ubrania położyliście w łóżku i nakryliście kołdrą, a sami nadzy poszliście spać do szafy?
Nie wiem co sobie wtedy myślałem...
Niedawno skończyłam osiemnaście lat. Często pozuję do zdjęć koleżankom, które lubią to robić. Wszystko to jest publikowane na Facebooku, Instagramie itd. Dziewczyny są zdolne, dzięki czemu wyglądam na zdjęciach dużo lepiej niż w rzeczywistości. Niestety przez to odzywają się do mnie obcy mężczyźni, którzy albo wysyłają mi zdjęcia swojego sprzętu, albo zalewają mnie mało przyzwoitymi propozycjami. Część olewałam, części groziłam wysłaniem screena wiadomości do rodziny, ale z niektórych postanowiłam pożartować. Udawałam wyznawczynię Tłustego Żelka i nawracałam niewiernych, czy mówiłam o swojej kolekcji brudnych paznokci pod poduszką.
Któregoś dnia napisał do mnie mężczyzna starszy ode mnie o jakieś kilkanaście lat. Nie prosił o nagie zdjęcia, nie wysyłał swoich, ale za to interesował się moim życiem. Pytał, czy niczego mi nie brakuje, czy robię to, co lubię, czy mam dobrych przyjaciół. Większość pytań zbywałam, ale ponieważ podejrzewałam, że on zaraz zaproponuje mi sponsoring, postanowiłam go wkręcić jak innych. Opowiadałam o moich pasjach, typu podglądanie grubych ludzi, kiedy jedzą. Utrzymywałam, że to wszystko jest całkowicie na serio i czy nie chce się przyłączyć. Mężczyzna jednak nie odpuszczał. Zadawał mi coraz więcej osobistych pytań, w końcu proponując spotkanie. Że niby chce mi o czymś ważnym powiedzieć i nie może przez internet. Napisałam, żeby zajął się czymś pożytecznym.
Któregoś razu opowiedziałam o tym mojej cioci. Pokazałam jego profil. Ciotka otworzyła szeroko oczy, widać było, że go zna. Musiałam wymusić na niej powiedzenie, kim on jest. Już wcześniej wiedziałam, że moi biologiczni rodzice byli nastolatkami, kiedy się urodziłam, dlatego mnie oddali. Ale nie domyśliłabym się w życiu, że facet, z którego tak się nabijałam, jest moim biologicznym ojcem.
Mam 31 lat. Jestem rozwódką. Postanowiłam jeszcze raz spróbować szczęścia i napisałam anons. Nie mam szczególnych wymagań, ale wierzę, że związek buduje się na szczerości i zaufaniu, a na starość pozostaje jedynie rozmowa, więc fajnie by było jednak kogoś poznać...
Po kilku pierwszych dniach dostałam dziesięć wiadomości. Wbrew moim oczekiwaniom, aż dziewięć było szczerych. Każdy absztyfikant przysłał mi zdjęcie swojego narządu wraz z dokładnymi wymiarami. Dziesiąta wiadomość była kłamstwem. Nie ma takiego kierunku jak Prawo Chandlowe.
Dużo się mówi o agresywnych psach, o atakach etc. I przeważnie jest to wina psa, nie mówię, że nie – czasem faktycznie tak może być, ale drodzy anonimowi, nie zawsze.
Idę sobie dzisiaj w tak piękny dzień na spacer z moim psem. Pies, rasy schroniskowy skradacz serc, mieszanka owczarka niemieckiego ze szkockim, więc mały nie jest. Z zasady idziemy na smyczy i z woreczkami na kupy, bo nikt nie lubi w nie wchodzić. Psina przy nodze, grzecznie maszeruje, co jakiś czas zatrzymując się oddać potrzeby fizjologiczne. Zbliżamy się powoli do zakrętu, zza którego wybiega urocze, na oko 4-letnie dziecko, konkretnie dziewczynka. Rozglądam się w poszukiwaniu opiekuna pociechy 2 bo przecież czujnym trzeba być, tym bardziej że obok droga. Chwilę przede mną nabiera rozpędu i rzuca się na szyję mojego czworonożnego przyjaciela, który na szczęście jako dość milusińskie stworzenie zlizuje kilokalorie z twarzy dziecka (jakiś zaciek z loda czy coś). Cała sytuacja trwa może z 5 sekund, bo psa odsuwam – nie każdy chce być lizany przez obcego psa, a przy okazji, jako wiekowe stworzenie, pies może mieć nie teges humorek.
W tym momencie zjawia się matka dziecka, która reaguje „Ojojoj, pogłaskałaś pieska! Jak pięknie! Ojojoj”. Na co ja delikatnie informuję panią matkę, że ten pies akurat dobrze zareagował na tulasy jej córki, ale gdyby go zabolało (jak taki maluch szarpnie za ucho, to boli, serio), albo gorzej (!), nie trawił dzieci, to mogłoby się skończyć tragedią. Co słyszę od pani matki?
„Moje dziecko ma prawo głaskać kogo jej się żywnie podoba! A jak się psu nie podoba, to do klatki albo uśpić!”.
No krew jasna mnie zalała! W tym momencie ulotniłam się w tempie ekspresowym – żeby przypadkiem krzywda się nie stała.
Drodzy rodzice – uczcie swoje pociechy (i siebie nawzajem) pytać, czy mogą podejść do psa, proszę. Bo wiecie:
1) Nie każdy to lubi. Czasem się boją, coś je boli, są podczas szkolenia itd.
2) Jeśli nie widzicie sensu w pytaniu, może to wam coś uświadomi: Jak wy byście się czuli, gdyby ktoś obcy nagle rzucił się na was z łapami?
Mam dość nietypowy, a może i typowy kompleks w zakresie własnego wyglądu. Nie, nie jestem gruba czy też płaska. Moim problemem jest „mokry sen pielęgniarki”, zwany odznaczającymi się pod skórą żyłami. Stopy, ramiona, klatka piersiowa, nadgarstki, uda, a po dłuższym spacerze, to i na łydkach widać każdą żyłę jak kolorową niteczkę. Dosłownie mogłabym być żywym wzorcem dla studenta medycyny (nawet nim byłam dla brata, który rozrysował żyły na mojej stopie i opisał każdą po kolei na swojej prezentacji). Jednak z czasem nabrałam wrażenia, że robią się bardziej i bardziej widoczne, a ja robię wszystko, by je zakryć. Brzmi to kretyńsko, ale co lato dosłownie nakładam krem typu BB (kremy koloryzujące z filtrem UV) na wszystkie odsłonięte miejsca. Taka moja mała tajemnica.
Dodaj anonimowe wyznanie