Kiedyś myślałam, że ktoś chorujący na stwardnienie rozsiane ma stałą biegunkę...
Przepraszam chorujących i życzę wam dużo siły w walce z chorobą.
Gdy byłam mała, wraz ze starszym bratem dużo czasu spędzaliśmy u babci. Była tam też dwójka kuzynów i jedna jedyna dziewczyna, która bardzo chciała się z nimi bawić – ja. Niestety pewnego dnia chłopcy wyraźnie nie chcieli mojego towarzystwa i zaproponowali układ. Wpuszczą mnie do pokoju, w którym siedzą, jeśli zgodzę się na coś. Nie bardzo umiem to opisać... Kazali mi wejść do szafy z jednym kuzynem, drugi pilnował, żebym nie wyszła, a brat czatował przy drzwiach. Kazali mi ściągnąć dolną część garderoby. Kuzyn dotykał mnie swoim „sprzętem”, a ja nie wiedziałam, co się dzieje. Miałam 5-6 lat, on 8-9.
Była też druga podobna sytuacja, gdy wydawał mi te same polecenia, tylko że położył się na mnie. O tej nikt nie wiedział.
Kiedyś myślałam, że mi się to przyśniło. Albo poniosła mnie wyobraźnia? Nie. Brat kilka razy użył tego jako szantażu. A co, jeśli rodzice się dowiedzą? No przecież nie mogą.
Długo po tym bałam się, że jestem w ciąży. Nie macie nawet pojęcia, jak martwiłam się, że urodzę dziecko, a przez to wszyscy się dowiedzą.
Bardzo długo też nie potrafiłam znieść jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Koleżanki witające mnie uściskiem? Ugh. Chłopak ma mnie złapać za rękę? A, broń Boże, dotknąć gdzieś indziej? Ugh! Tak sobie myślę, może to wynikało i czasami wynika z tego?
PS Chłopak mnie naprawił, w sumie to wciąż naprawia :)
Od prawie dziesięciu lat mieszkam w Niemczech. Pracuję jako tłumacz w Berlinie, w niewielkiej, niemal rodzinnej firmie. Historia będzie o mojej koleżance z pracy, nazwijmy ją Juliette. Juliette to młoda, piękna Francuzka, która mieszka w Niemczech od pięciu lat. Również jest tłumaczem. Niecałe dwa lata temu została zgwałcona przez muzułmanina. Przez jakiś czas chodziła na terapię, jednak niewiele jej to pomogło, zwłaszcza że często była zaczepiana na ulicy przez wiadomo kogo.
Od jakiegoś czasu Juliette nie wychodzi z domu bez nikabu. Nie przeszła na Islam, po prostu kilka razy dano jej do zrozumienia, że padła ofiarą molestowania, bo nie była zakryta. Wygląda to tak, że przed wyjściem z domu ubiera nikab, który ściąga gdy dotrze do pracy, potem ubiera go znowu. Od kiedy tak robi, nikt nie zaczepia jej w biały dzień, a po zmroku stara się nie wychodzić. Przestała również uczęszczać na siłownię i basen, w obawie przed zdekonspirowaniem. Z porannego biegania zrezygnowała już dawno. Ćwiczy tylko w domu.
W pracy mamy niepisaną zasadę, że nie rozmawiamy o sprawach związanych z uchodźcami, dopóki nie mamy pewności, że Juliette tego nie usłyszy. Wróciła do jako takiej formy, nie chcemy tego zaprzepaścić. Milczymy, mimo że wszystkie młode pracownice również mają do czynienia z molestowaniem. Nawet na ulicy w biały dzień nie można być bezpiecznym.
Pamiętam, jak kiedyś w podstawówce w moje urodziny była wycieczka. W chwili gdy mieliśmy przerwę na zjedzenie czegoś, zapytałem wychowawczynię, czy mogę poczęstować wszystkich cukierkami. I standardowo – pani mówi, aby wszyscy śpiewali mi „Sto lat”, ja jak zwykle nie wiem co robić. W końcu nadchodzi ta chwila, aby poczęstować dzieci (wiadomo, opiekunowie najpierw), a potem jak już wszyscy ustawili się w kolejce, to ja zacząłem od końca...
Po tym, jak już wszyscy dostali cukierki, pani powiedziała, że widać, że jestem bardzo dobrze wychowany, bo zacząłem od dziewczynek, które były na końcu w kolejce...
Nikt nie wie, że zacząłem od końca tylko dlatego, że pierwszy był Patryk. Bardzo go nie lubiłem i chciałem, by dłużej czekał...
Jak chodziłem do gimnazjum, to otwierałem drzwi od toalety, krzyczałem „PRZYPAŁ!”, odchodziłem kawałek i patrzyłem, jak wystraszone półmózgie Sebiksy uciekają z kibla, w którym przed chwilą palili jednego papierosa na dziesięciu. Robiłem tak przez całe trzy lata i nigdy się nie skapnęli, że to ja, ani nie wpadli na pomysł, żeby wystawić kogoś na czatach. Działało za każdym, kurna, razem! :D
Znacie te drobne, urocze różnice w związku, które po latach nazywane są „motywem”?
Jestem z moim mężem od 12 lat i mamy troje dzieci. On zarabia, a ja siedzę w domu, co zostało podjęte jako decyzja 9 lat temu, ponieważ Średni jest przewlekle chory i wymaga stałej opieki. Nie ciągniemy z MOPS-ów. Mąż zarabia, a ja dorabiam pierdołami. Trzy lata temu sprzedaliśmy mieszkanie po mojej babci i kupiliśmy mały domek na przedmieściach. Dwa lata temu kupiliśmy też działkę oddaloną o 60 km od miejsca zamieszkania, taką całoroczną z domem (domeczkiem o powierzchni 35 m² na dole i 20 m² na górze) ogrzewanym kominkiem, kuchnią węglową, wędzarnią i ogrodem. Jednak coś zaczyna się psuć. Mąż ma taką specyfikę pracy, że albo jest nieobecny przez 2-3 tygodnie, albo jest cały czas. Chciał mieć psy, więc mamy psa rasowego kundelka do pół łydki oraz pitbulla. Tłumaczyłam, że o psy trzeba dbać, szkolić, lecz skoro mało jest go w domu, to w praktyce psy będą należeć do mnie, a czy na to jest gotowy? Tak, jest. Psy są z nami od roku, ale mają go w d****, a na moje komendy reagują. „No ale czemu tak? Pewnie nastawiłaś je przeciwko mnie” – tłumaczenie, że to ja je szkolę i daję im smaczki lub chwalę za prawidłową reakcję na komendę, a także mówiłam mu, że tak może być, zostało tylko skwitowane „no to szambo wy*ebało”.
Kiedyś potrafiłam robić z nim wszystko, współpracowaliśmy bardzo dobrze, ale od dwóch lat... Tłumaczę coś Średniemu, wkracza Mąż, by opowiedzieć mi o czymś i przerywa nam w połowie zdania. Mówię: „Kotek, nie teraz, omawiamy ważną rzecz”. Wtedy odchodzi obrażony. Może poświęcam mu zbyt mało uwagi, kiedy jest obecny, ale czasami rzeczy zasłyszane na YouTubie są mniej ważne niż wytłumaczenie 6-latkowi, dlaczego nie wolno dusić młodszego brata.
Myślałam o przepracowaniu, o depresji, o ADHD. Umówiłam go do psychologa i psychiatry obok miejsca, gdzie i tak musi się „meldować” co dzień. Był zachwycony, ale nie poszedł. Coraz częściej reaguje agresywnie na moje „proszę, nie krzycz na cały dom, że wróciłeś, jeśli jest trzecia rano”. Na jego prośbę od roku chodzę na terapię, ale od tego czasu jest tylko coraz gorzej.
Zaczęłam wymagać. Wymagać nierzucania opakowań po hummusie na podłogę, tylko wyrzucania ich do śmieci. Przeciwstawiam się stwierdzeniu, że skoro nie pracuję, to nie mam prawa głosu. Terapia to nie tania przyjemność, więc zredukowałam wizyty do dwóch razy w miesiącu, ale mąż powiedział, że nie da mi więcej pieniędzy na terapię. Mam wrażenie, że dwa lata temu wsadził sobie głowę w tyłek i nie chce jej stamtąd wyjąć, bo tam jest ciepło.
Wiem, że zmienił środowisko. Wiem, że jego nowi koledzy są z tych „babę to trzeba krótko trzymać”. Ale na litość... on ma swój rozum, gdzie go zgubił? Nie wiem, co zjebałam. Nie wiem, czy wymagałam za dużo, czy za mało. Przez chwilę doprowadził do tego, że uwierzyłam w to, że mam urojenia. Jest coraz gorzej, a ja tracę siły.
Jestem starym dziadem 40+. I wstyd się przyznać, ale podobają mi się młodzi chłopcy. Absolutnie nie dzieci, ale tacy dojrzali nastolatkowie. Tacy co to wiem, co oni wyprawiają ze swoimi narządami w zaciszu domowym. Oglądam na różnych legalnych stronach ich poczynania solo i w duetach, triach i kwartetach. Ważne, żeby nie byli owłosieni jak małpy, byli szczupli. Obrzydzają mnie inne gejowskie filmy. Gejem nie jestem. Kobiety działają na mnie bardzo podniecająco. I zawsze są zadowolone ze zbliżeń.
Czy mam „problem”, czy to w miarę normalne?
Jeżeli przychodzę do restauracji i płacę kilkadziesiąt złotych za danie, to oczekuję, że danie rozwali mi podniebienie. Nie płacę za ozdobny talerz z pięknie ułożonymi, przeciętnymi w smaku daniami. W każdej chwili mogę wejść do restauracji, gdzie mają stół szwedzki, wystawę produktów lub do każdej cukierni. Nie płacę za wygląd potrawy. To mogę mieć za darmo, bo nikt nie każe mi kupić, gdy już ją oglądam. Chcę, aby smak mnie rozbroił. Za to płacę, a nie za wygląd pomieszczenia. Najdobitniej skrytykował to Joe Bastianich, krytyk kulinarny i restaurator słowami „Food is not art, but the craft”(tłumaczenie: „Jedzenie to nie sztuka, tylko rzemiosło”). Tymczasem paradoksalnie najbardziej opłaca się stołować w najtańszych barach, bo tam masz zwykłą domową kuchnię za najmniejsze pieniądze. 80% restauracji postawiło sobie za cel, aby mieć wymyślną nazwę potrawy, aby błyszczało w karcie menu. Ich priorytetem jest, aby świetnie wyglądało. Strasznie mnie to irytuje, bo to błędne myślenie. Wchodząc do restauracji, nie zamierzam płacić za piękny wygląd sali, przyjazny uśmiech kelnera, który i tak nie ma pojęcia, czy jagnięcina pasuje do mięty, baranina do słodkiego sosu, a czekolada do jeżyn. W dzisiejszych czasach tanio, łatwo i szybko można przyrządzić w domu smaczne jedzenie. Skoro ktoś się pofatygował do restauracji, to z samej definicji wiadome jest, że przepłaca, jednak skoro już płaci, to chce, aby danie było zniewalające, że sam takiego w domu nie zrobię i w innej restauracji takiego dania nie dostanę, bo takie połączenie smaków tylko u nas. Tak właśnie powinno być! Po wyjściu z restauracji powinieneś czuć, że sam nie byłbyś w stanie tego przyrządzić, że ten smak miażdży i że tu koniecznie wrócisz. Restauracje powinny ze sobą konkurować, dbając o klienta, a ten płacić wysoką cenę za posiłek. Nie zamierzam wbijać więcej do restauracji i bulić siano za byle co. No do jasnej cholery, litości! W restauracjach w większości dania są zrobione od czapy. Takie, bo tak. Byle było nowatorsko – egzotycznie. Mus figowy, puree kokosowe. Co tam, że lipnie smakuje, nikt nawet nie wziął sobie na cel, aby zorientować się, co do siebie pasuje, jakie składniki łączyć. Liczy się tylko zarobek.
Tego chyba jeszcze nie było.
Mam pewne "hobby", o którym nikt nie wie. Otóż prowadzę coś w stylu "kartotek" osób z Anonimowych. Mam tam wypisane wszystko, co wiem o danej osobie - od płci, przez wiek i zawód/szkołę, do ulubionego jedzenia, fobii czy preferencji seksualnych. Niektóre "kartoteki" mają tylko po kilka faktów, inne (zwłaszcza te najbardziej znanych użytkowników) zajmują ponad stronę. Zdziwilibyście się, ile wiem o niektórych z Was. Rodzina, zwierzęta, hobby - zabrzmi to trochę strasznie, ale przede mną nic się nie ukryje. Czasem lubię też zbierać dane i robić wykresy, ile % ludzi lubi daną rzecz/film/czynność/cokolwiek. Mój zbiór liczy sobie już ponad 500 osób (co zajmuje mi 4 zeszyty) i ta liczba nadal rośnie.
Uprzedzając pytania- nie, nie siedzę dniami i nocami na Anonimowych. W wolnych chwilach przeglądam Główną, gdzie wyłapuję informacje. Myślałam też o stworzeniu swego rodzaju spisu treści - nick, zeszyt i strona, na której można go/ją znaleźć, ale zajmę się za to, kiedy będę mieć czas.
Nie wiem, po co to robię. Sprawia mi to pewnego rodzaju przyjemność. Myślałam też, żeby traktować to jak swego rodzaju "pomagacz", ale trudno byłoby wyszukiwać te wszystkie informacje spośród pierdyliarda nicków.
Morału nie będzie, bo według moich "badań" 98,3 % użytkowników (i to tylko tych zapisanych przeze mnie) ich nie lubi.
Czy to już choroba?
Zacznijmy od tego, że mój tata jest typem człowieka, który zawsze ma czas.
Kilka lat temu wyjeżdżałam na obóz wakacyjny do Bułgarii. O godzinie 7:00 był zaplanowany wyjazd z Katowic. O godzinie 6:55 staliśmy jeszcze przy kasie kupując buty, bo tacie nie podobały się te, które mam na sobie. Na autokar nie zdążyłam. Musieliśmy jechać do kolejnego miasta, z którego odjeżdżała wycieczka. Tym razem się udało.
Siedziałam sobie już spokojnie w autokarze, powoli ruszaliśmy... kiedy przez okno ujrzałam swojego ojca biegnącego za autokarem z wielkim słojem ogórków kiszonych. Już zdążyłam schować się pod fotel, gdy nagle pojazd się zatrzymał i usłyszałam z głośników swoje nazwisko, by zejść do wyjścia i odebrać od taty ogórki. Zostałam zapamiętana do końca obozu.
PS Ogórki przydały się na kaca.
Dodaj anonimowe wyznanie