Opiszę wam, jak straciłam rękę, jednak aby zachować anonimowość, nie będę wchodzić w szczegóły. Jestem pewna, że dużo takich historii nie było, a nie chcę zostać rozpoznana.
Otóż około dziesięciu lat temu mieszkałam na przedmieściu, o ile można je tak nazwać. Kobieta, która mnie urodziła zaciążyła w dość wczesnym wieku, a tata harował, by nas utrzymać. Jakoś tak w lato ta kobieta rąbała drewno, aby rozpalić ogień na kąpiel. Wystarczy chyba powiedzieć, że nigdy nie sprawowała się dobrze w roli matki - wyzywanie, przeklinanie, poniżanie, bicie. Tego dnia gdy bawiłam się zawołała mnie i kazała położyć rękę na pniaku, ja jako ufne dziecko myślące, że "mamusia" chce się ze mną pobawić choć raz, zrobiłam to. I tak straciłam rękę... Swoje życie zawdzięczam chyba tylko sąsiadowi, który był weterynarzem i tego dnia pracował na dworze i coś go tknęło, żeby spojrzeć co się dzieje. Nie wiem co było do końca dalej, sama ledwo pamiętam i nigdy nie chciałam pytać. Wiem tylko, że ją zamknęli w zakładzie psychiatrycznym.
Jakieś półtora roku temu, może więcej, wyszła, nie wiem czemu i jak to możliwe. Mój tata po paru spotkaniach zaczyna jej wybaczać, ja na nich nie byłam, nie mogłam, wiem tylko to, że nawet w zakładzie przez ostatnie dwa lata ją odwiedzał. Widać, że ją kocha i będzie potrafił jej wybaczyć, ja jej nienawidzę. Kocham mojego tatę, ale będzie musiał wybierać: albo ja, albo ona. Jakieś osoby, które pomagały/pomagają jej ponownie zacząć życie namawiały mnie na spotkanie, że ona się zmieniła i jest już zdrowa. Nie wierzę w to i jeśli dalej tak będzie, zamierzam uciec od niej jak najdalej stąd.
Znacie to uczucie, gdy ktoś wykorzystuje waszą naiwność do granic przyzwoitości? tak? Ja tak, i to bardzo. Piszę tę historię z przystanku, na którym się ukryłam przed deszczem po ucieknięciu z hotelu. A co w nim robiłam? Zacznijmy od początku.
Pan czarujący i miły. Nie od razu trafił w me serce, po wcześniejszych niemiłych przygodach z przedstawicielami płci męskiej nie ufałam zbytnio. Ale niestety udało mu się. Nazwijcie mnie głupią, naiwną dziewczynką, ale po prostu zbaraniałam.
Umówiliśmy się, że przyjedzie po mnie do domu i razem pojedziemy gdzieś. I tak też zrobiliśmy, popijałam wino, trafiliśmy do hotelu. On nie pił, gdyż był kierowcą. W pokoju oczywiście doszło do pewnych czynności, oczywiście chodziło tylko o zaspokojenie jego potrzeb i przyjemność. Po AKCIE, bo tylko tak można to nazwać, zostawił mnie w pokoju i wyszedł tłumacząc się, że zapomniał ładowarki z auta. A ja głupia uwierzyłam... Po 20 minutach jego nieobecności chyba trochę otrzeźwiałam, ubrałam się, sprawdziłam parking, nie ma go. I co robić? Nie mam kluczy do pokoju, nie mam jak dostać się do swojego domu. Po krótkiej chwili uznałam, że wychodzę, ale okazało się, że drzwi wyjściowe są zamknięte. Musiałam dzwonić do recepcjonisty i prosić go o otwarcie drzwi (na szczęście okazało się, że dupek opłacił z góry pokój). I tak uciekłam, pożegnałam się z panem recepcjonistą i uciekłam. Najpierw biegłam przez ulewę, a gdy już w końcu zmokłam, znalazłam jakieś zadaszenie i dzwoniłam do kogokolwiek z samochodem, kto mógłby mnie odebrać (nie było PKS-ów, autobusów, autokarów do mojego miasta w nocy, a za taksówkę zapłaciłabym krocie). W końcu odebrał mój ukochany brat i zgodził się po mnie przyjechać.
Nie oceniajcie mnie zbyt srogo, spanikowałam, a wcześniej oczy zasłoniły mi piękne słowa. Każdy popełnia błędy, a przynajmniej ja popełniam ich bardzo dużo.
Pod koniec pierwszej klasy szkoły podstawowej rodzice wysłali mnie na obóz harcerski w celu usamodzielniania się. Spaliśmy w niewielkim schronisku młodzieżowym, jak to często na tego typu wyjazdach bywa, w pokojach wieloosobowych. Sytuacja miała miejsce ostatniego dnia obozu, przy ognisku pożegnalnym. Jako że mieliśmy wyjeżdżać do domu bardzo wcześnie rano, wszystkie drużynowe dopilnowały, żeby każde dziecko było już spakowane. Podczas naszych zabaw i śpiewów przy ognisku, kierowniczka wycieczki postanowiła przejść się po pokojach i sprawdzić, czy aby na pewno nikt nie zostawił jakichś rzeczy w szafkach czy pod łóżkiem. Następnie wróciła do nas, niosąc reklamówkę, i kazała się po nią zgłosić właścicielowi, nie szczędząc przy tym wyzwisk w jego kierunku (jak głupim trzeba być, żeby nie potrafić się spakować; czy nie potrafimy nawet zajrzeć pod łóżko i sprawdzić, czy nic tam nie zostało; czy ona wszystko musi za nas robić; że to przez nas, małych gówniarzy, ona dostałaby później opierdziel od rodziców, jak ich pociecha wróciłaby bez części swoich rzeczy itp.). Myślę, że nietrudno się domyślić, że nikt nie zgłosił się po reklamówkę. Drużynowa postanowiła więc wywalić całą jej zawartość na ziemię, a okazała się nią w większości brudna bielizna. Opiekunka raz jeszcze zapytała, czy zgłosi się właściciel, a po chwili ciszy wpadła na genialny pomysł. Stwierdziła, że te brudne majtki potraktuje jako nagrodę dla najgrzeczniejszych dzieci podczas obozu. Następnie wywoływała nazwiskami i z dumą rozdawała bieliznę na oczach wszystkich, w sposób, który porównywalny jest z wręczaniem Oscarów. Sama odebrałam wtedy bodajże trzy pary majtek. Po powrocie do pokoju wcisnęłam je gdzieś do torby i zapomniałam o sytuacji. Dopiero w domu, gdy mama brała moje rzeczy do prania, zwróciła uwagę, że chyba przez pomyłkę podpierdzieliłam komuś bieliznę, więc opowiedziałam jej o wszystkim. Ku mojemu zdziwieniu, ta ucieszyła się, że nowe gatki będą na mnie pasować, więc się wypierze i będą jak znalazł. I tak oto przez jakiś czas chodziłam w tych majtach, które były „nagrodą” za bycie grzecznym dzieckiem na obozie (i nie, nie pochodzę z rodziny, której nie byłoby stać na zakup kilku par nowych).
Nie wiem, co o tym myśleć. Ale jak musiała się czuć 7-letnia dziewczynka, której brudna bielizna była rozdawana na oczach przynajmniej kilkudziesięciu dzieci, i jak wytłumaczyła rodzicom, czemu wróciła do domu bez niej?
Gdy byłam w 2 klasie podstawówki, w połowie lekcji nasza wychowawczyni wyszła na chwilę z klasy.
Wszyscy wrzeszczą, bo wiadomo, trzeba z tej cudownej chwili z korzystać. Po chwili zaczynamy do siebie "strzelać", układając z dłoni coś na kształt pistoletu. Bitwa trwa, gdy pewien kolega wpada na pomysł, że gdy nauczycielka wejdzie do sali, wszyscy wstaną i zaczną do niej strzelać. Wszyscy zachwyceni, oczywiście się zgodziliśmy.
Czekamy... I nagle nasza pani wchodzi do klasy. Więc zgodnie z planem zrywam się z krzesła i wymierzam "pistolecik" w jej stronę, wydając z siebie dźwięki mające przypominać odgłos wystrzałów. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że w klasie panuje głęboka cisza, a wychowawczyni dziwnie się na mnie patrzy.
W ten sposób dostałam pierwszą uwagę w swoim życiu.
Czy ta historia ma happy end, każdy musi ocenić samemu.
Mam o cztery lata starszego brata Eryka, dla którego od dziecka byłam malutką księżniczką. Kiedy nie wiedziałam co robić, pierwszą osobą, do której się odzywałam był Eryś. Pierwsze upojenie alkoholowe? Telefon do brata, żeby po mnie przyjechał. Dowiedziałam się, że mój chłopak mnie zdradza z koleżanką? Przyjście do brata i wylanie setek łez (no i złamanie nosa byłemu "na pamiątkę, żeby więcej na mnie nawet nie spojrzał"). Kłótnia z rodzicami o pierwszy samodzielny wyjazd z przyjaciółmi? Brat bez wahania się za mną wstawia i przypomina, że w porównaniu z nim jestem aniołkiem (a on jeździł jeszcze jako niepełnoletni ze starszymi kumplami). Był najwspanialszym bratem, jakiego mogłabym wymarzyć.
Niestety Eryk miał jedną wadę. Lubił imprezować. Ale równie mocno kochał swój samochód. Nie wiem kiedy zorientowałam się po raz pierwszy, że prowadzi po alkoholu. Prawdopodobnie zbyt późno. Prosiłam, groziłam, znów prosiłam. Wszystko na nic. Nasze relacje się trochę oziębiły, ale dalej byliśmy blisko.
Wszystko zmieniło się jakieś pół roku temu, kiedy Eryk wjechał w drzewo wracając z imprezy. Wiózł ze sobą swoją dziewczynę i trzech kumpli. Nikt nie zginął, kilka złamań, nic wielkiego. Samochód się wyklepało. Kumpel lubował się w blacharce, więc nawet rodzice się nie zorientowali. Nikt nic nie wiedział, bo zwiali zanim ktoś ich zauważył. Jakiś czas później znów wziął auto na imprezę. I wtedy zrobiłam coś, czego sobie nie umiem wybaczyć. Brat zawsze wracał koło trzeciej do domu. Ot, taki nawyk, żeby rodzice się nie czepiali, że śpi do południa i nic nie robi w weekend. Kiedy więc zbliżała się odpowiednią godzina, zadzwoniłam na policję. Brata zatrzymali, miał około promila w wydychanym powietrzu. Nie dowiedział się, że to ja. Nikt się nie dowiedział. Tylko że mnie poczucie winy dobija.
Suma summarum, brat już nie prowadzi, rodzice zabrali mu samochód i dopóki się nie wyprowadzi, ma zakaz wracania po 22. Czy można to nazwać szczęśliwym zakończeniem? Nie mnie oceniać.
Po czym poznać, że firma, w której pracujesz jest bezwartościowa?
W moim przypadku moment otrzeźwienia przyszedł, kiedy szefowa nie wypłaciła nam premii rocznej (obiecanej pół roku temu za zasługi i obrót), bo przegrała batalię w sądzie o to, że sąsiedzi nad nią za głośno chodzą... Ponad 15 tys. w plecy, bo stare babsko lubi utrudniać innym życie.
Zawsze czułam się pusta w środku. Depresja, która była idealnie maskowana. Gdy ktoś mnie poznawał w szkole, a później w pracy, uważał mnie za osobę, która żyje, jakby jutra miało nie być. Tak sobie żyłam, wyszłam za mąż, a depresję dusiłam ile się dało. Po latach starań udało się zajść w ciążę. Szczęście + strach. Czy dam radę? Czy będę dobrą mamą? Czy będę w końcu naprawdę szczęśliwa? Pierwsze badania prenatalne – coś jest nie tak, „Proszę przyjść za dwa tygodnie na kontrolę”. Okazuje się, że dziecko ma wadę, ale lekarz uspokaja, że to nic takiego, że po porodzie kilka operacji i dziecko będzie całkowicie zdrowe. Częste kontrole u ginekologa. Czułam ruchy maleństwa, byłam coraz bardziej szczęśliwa nadchodzącym porodem. Do tego dnia, kiedy przestałam je czuć. Szpital, USG i odbijające się słowa „Przykro mi, brak akcji serca, musi pani urodzić”. Urodziłam martwe dziecko, widziałam je, pożegnałam i pochowałam. Wróciła całkowita pustka. Nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć, jak ja nie mogę zrozumieć, czemu nikt mnie nie przygotował, bo podobno przy tej wadzie dziecko często umiera przed porodem. Dlaczego to nie mogło się stać dużo wcześniej, dlaczego nie mogłam usunąć, kiedy tylko się dowiedziałam o tej wadzie? Nikt kto nie przeżył czegoś takiego nie zrozumie, jak to jest. Chcę umrzeć, chcę być razem z córką, na którą czekałam tyle czasu. Nie mam już siły udawać ,że wszystko jest w porządku.
Chodzę na siłownię nie po to, by stracić, a właśnie by nieco przybrać na masie. Jestem szczupła, ale moje piersi zawsze wydawały mi się być w porządku, skromna miseczka C. Jednak po ostatniej wizycie na siłowni poczułam się mocno niedowartościowana.
Otóż, by unikać zaczepek ze strony obcych ludzi czy niepotrzebnie wchodzić z nimi w rozmowy, udaję czasem głuchoniemą. Dlatego też gdy ostatnio jakiś Sebastian próbował zagadać, uśmiechnęłam się i zamigałam, że nic nie słyszę. Odburknął coś i odszedł. Całą sytuację widziały dwie panie, o mocno rubensowskich kształtach. Ćwiczyły zaraz obok mnie, ale uznając, że i tak ich nie słyszę, głośno i bez skrępowania zaczęły mnie obgadywać.
- Zobacz, Helgo, to ma być kobieta? Zero kształtów, facet pewnie nie miałby ją za co chwycić, cha, cha cha. Cycki jak jajka sadzone.
- Dotknij taką, a zaraz się przewróci. Wywłoka jedna. Przychodzi tu po co niby?
- Jak to po co? Taką chudą dupą pomacha i myśli, że jakiś się na nią spojrzy. Wiadomo, że takie polują na facetów gdzie mogą.
- Masz rację, Karyno, dziwka.
Cóż, nie zareagowałam, nie zrzuciłam maski głuchoniemej, nie zrezygnowałam też z ćwiczeń obok pań. Ale współczuję paniom po prostu braku tematów do rozmowy, skoro cycki obcej im dziewczyny wywołują kilkunastominutową dyskusję.
Spotykałam się ostatnio z pewnym facetem. Odbyło się kilka spotkań, po czym doszłam do wniosku, że źle mi się z nim rozmawia i nic na siłę, bo to nie ma sensu, tak samo jak nie ma sensu odwlekanie nieuniknionego. Tak więc spotkałam się z nim dzisiaj, wytłumaczyłam, jak to wygląda z mojej strony, CO WAŻNE nie całowaliśmy się ani nie chodziłam zauroczona, tyle co się z nim spotkałam, bo całkiem miły, nic więcej.
Co usłyszałam, jak wytłumaczyłam mu wszystko? Niekończący się monolog o tym, jak było cudownie i jak to możliwe, skoro patrzyłam tak na niego i to jak mówiłam (nigdy nie składam pustych obietnic), nawet mi powiedział, że pragnie zawalczyć o to, bo tyle to dla niego znaczyło i tyle trwało! Tak, trwało całe PIĘĆ spotkań. Usłyszałam: „Każdego dnia wstaję i zasypiam z myślą o naszych wspaniałych wspomnieniach”, „Byłaś taka szczęśliwa i rozpromieniona u mego boku!”. I wszystko brzmiało mniej więcej tak. Czy jest w tym prawda? Po prostu dobrze się bawiłam, ale gościu zapatrzony w siebie, kompletnie mnie nie słuchający. Dowód? Bagatelizował wszystko, co mówiłam.
Generalnie jego reakcja na to wszystko była taka, jak faceta po 8 latach związku, z którym dziewczyna chce zerwać. Serio. Nie wyolbrzymiam.
Chłopcy, nie popadajcie w aż takie skrajności i nie szukajcie dziury w całym, jak nie spodobacie się dziewczynie po kilku spotkaniach.
Zawsze jak widzę mężczyznę (np. nauczyciel w szkole, ktoś z rodziny lub znajomy), patrzę na jego krocze i zastanawiam się jak wygląda jego członek.
Dodaj anonimowe wyznanie