Nie wyrabiam.
Zajmuję się dzieckiem całodobowo.
Prowadzę dom całodobowo.
Pracuję w międzyczasie, najczęściej kiedy dziecko i mąż śpią.
Zarabiam już więcej niż mąż, który normalnie wychodzi na minimum 8h do firmy, przy czym moją pracę on traktuje jak jakąś nieważną dodatkową rozrywkę, ja mogę sobie popracować kiedy wszystko w domu jest ogarnięte, oni nakarmieni, wyprane i wyprasowane itd.
Chodzę przemęczona, nie myślę, zaczynam zawalać jakieś drobne rzeczy, z którymi nie potrafię sobie poradzić sama, potrzebuję pomocy męża, który nigdy nie ma czasu.
Mąż przychodzi z pracy zmęczony na gotowy obiad, po obiedzie drzemka, po drzemce kawa i telewizor, oczywiście małym zajmuję się ja żeby mógł odpocząć. Idzie spać wcześniej niż synek. Ja na siebie każdego grosza żałuję, chodzę w porwanych butach, ale dla nich jest wszystko.
Ja wiem, że teraz to "madkom" się w du*** poprzewracało, ale nie wszystkim. Mam wiecznie mnóstwo pracy i powoli już przestaję dawać radę. Fizyczne przemęczenie bierze górę nad moimi chęciami.
Nie żalę się, że mąż zły, chyba musiałam z siebie to wyrzucić i przeczytać, zobaczyć jak to wygląda z punktu widzenia odbiorcy. Trzymajcie za mnie kciuki.
To był poniedziałkowy poranek, około godziny szóstej. Byłem tak niewyspany, że wręcz nieprzytomny. Jechałem pociągiem. Jako że na stacji, na której wsiadałem, nie istnieje już kasa, wsiadłem z przodu pociągu, by kupić bilet. Następnie postanowiłem przemierzyć pociąg, w celu znalezienia wolnego miejsca.
Między przedziałami w pociągach regio są ciężkie, suwane drzwi, często z okienkiem. Idąc, musiałem otwierać drzwi i zamykać je za sobą. Powtórzyłem tę czynność kilka razy – mój mózg zdążył się w pewnym stopniu zaprogramować, dlatego kolejne drzwi, które były otwarte, okazały się dla mnie problemem. Zamiast po prostu przejść zamknąłem je, zderzyłem się z nimi (otrzeźwiałem), otworzyłem i dopiero poszedłem dalej. Reakcja obserwujących to pasażerów była bezcenna...
Mam 33 lata, dobrze zarabiam, nawet bardzo dobrze, wybudowałem dom, jeżdżę trzyletnim autem, stać mnie na motor, quada, drona za kilkanaście tysięcy i kilka innych drogich hobby.
Problemem jest, że ww. rzeczy są jedynymi, które przyciągają do mnie kobiety. Dla płci pięknej jestem nudny i nieatrakcyjny. Mogę im imponować jedynie pieniędzmi i zdaję sobie z tego sprawę. Poczucie, że kobieta jest ze mną dla wygodnego życia i idzie ze mną do łóżka, bo musi, mając przy tym zamknięte oczy i prawdopodobnie wyobrażając sobie w tym czasie, że robi to z jakimś swoim byłym, jest przytłaczająca psychicznie. Niestety nic z tym nie zrobię i z dwojga złego wolę w tę stronę niż bycie samotnym.
Oglądałam w TV program w którym kobieta radziła, żeby czasami przed swoim mężczyzną udawać słabą i prosić go o pomoc, aby mógł się wykazać. Podobno męska natura potrzebuje czegoś takiego, żeby facet czuł się dowartościowany.
Akurat kupiłam nowy lakier do paznokci. Zrobiłam bezradną minę i powiedziałam “Kochanie, nie mogę go odkręcić, mógłbyś mi pomóc?”. Wziął ten lakier i zaczął się nad nim prężyć, raz, drugi, aż w końcu oświadczył że jest zapieczony i nie da się odkręcić. Problem w tym, że usiłował odkręcać w złą stronę.
Będę musiała mu wymyślić coś łatwiejszego.
Uważam, że powinno się wprowadzić ustawowy zakaz trzymania psów w mieszkaniach. Jestem wychowany na wsi. Od zawsze obcowałem ze zwierzętami. Potrafię się o nie zatroszczyć. Teraz mieszkam w mieście, w bloku. I nie mogę na patrzeć na to, co ludzie wyczyniają z psami.
Trzymają duże zwierzęta na małym metrażu, często z dużą ilością innych domowników.
Nie reagują na szczekanie pupila. Często zostawiane są one na całe dnie same w mieszkaniach. A zwierzak zawodzi i szczeka (ale co tam, przecież właściciel tego nie słyszy, więc mu nie żal).
Ludzie pozwalają psu sikać na klatce schodowej, często po psie nie sprzątają.
Nagminne jest wyprowadzanie zwierza na tereny zielone, place zabaw. I oczywiście NIKT po swoim psie nie sprząta.
Kilkakrotnie zwracałem kulturalnie uwagę, ale po pewnym czasie zrobiono ze mnie na osiedlu ćwoka, co się czepia i „nie lubi piesków”.
A ja po prostu nie mogę znieść tego, że ktoś dla własnego podłechtanego ego tak uprzykrza życie psu i sąsiadom.
Mieszkam na przedmieściach dużego miasta. Rok temu po wielkiej wichurze zostały uszkodzone linie elektryczne i nie było prądu w całej okolicy. Gdy szedłem na przystanek autobusowy, wszędzie widziałem ludzi. Przed każdym domem minimum 1-2 osoby, ludzie rozmawiali ze sobą przez płoty, dzieci biegały z piłką po ulicy, ktoś rozpalał grilla.
Następnego dnia, gdy prąd wrócił, idąc na przystanek nie widziałem ani jednej osoby.
Chciałbym, żeby częściej były takie awarie. Może ludzie by sobie przypomnieli, że życie to nie tylko telewizory i komputery.
Nie należę do osób najbardziej rozgarniętych. Raczej do tych najbardziej nierozgarniętych. Wróciłam któregoś dnia po szkole, tato robił mini remont. Jest stolarzem, więc mama go czasem prosi o różne duperelki. Ale jak na Polaka przystało co to za remont bez dobrego piwa. Był już lekko podchmielony, a chciał wreszcie skończyć całą robotę. Nagle słyszę "Oszzzz kuurde! Farba się skończyła!"
Dodam, ze farba droga, by długo trzymała, zakupiona w specjalnym sklepie. I co teraz? Dawaj córcia jedź po farbę! No dobrze. "Kij z tym, że nie do końca masz prawo jazdy. Jakby co za mandat zapłacę!". Lekkie ryzyko, ale sklep wkrótce zamykają, to autobusem nie zdążę. Pal licho, jadę! Tatuś w potrzebie!
Siadam z lekkim stresem, ale i dumą, do auta. Odpalam i jechane. Jak profesjonalista! Kręcę "kółkiem", śpiewam, cieszę się jak głupia. Piękną kopertą parkuję, zamykam autko i idę do sklepu.
Kupiłam farbę i jeszcze dodatkowo kilka desek, gwoździ, by sobie dodatkową półkę w pokoju zrobić. Płacę i wychodzę ze sklepu. Wracam sobie z tym wszystkim, ale tak jakoś mi ciężko. Wchodzę do domciu, wciąż tak samo z siebie dumna, wręczam tacie farbę.
Minęła może godzina, gdy tata do mnie mówi "Córcia daj no kluczyki, bo wiertarkę w bagażniku zostawiłem". Podałam mu kluczyk, spytał "Gdzie zaparkowałaś?".
To jest ten moment! Wyobraźcie sobie moją minę i oczy gdy powiedziałam "Ja pierdzielę! Ożeż kuźwa!". Tak! Auto zostało na parkingu przed sklepem, gdyż wróciłam do domu autobusem. Tak, tak! Zapomniałam, że przyjechałam samochodem i wróciłam autobusem. Chyba z przyzwyczajenia.
Wyprzedzając pytania: Nie, nie było dla mnie nic dziwnego w trakcie trwania tej sytuacji. Ani to, że było mi ciężko, ani to, że miałam w rękach kluczyki, ani to, że w sklepie spędziłam może 5 minut. Niestety, takie umysłowe roztargnienie jest możliwe... Tak, ja też współczuję swojemu przyszłemu mężowi :P
Jestem osobą mieszkającą w Polsce. Mam 16 lat i zwracam się o pomoc w Internecie, ponieważ nie mam z kim porozmawiać. Od 2 klasy byłam traktowana jako "gorsza" dziewczyna w klasie. Był tam taki chłopak, który był dość biedny i był okrutnie dręczony, nie tylko przez innych uczniów, ale także przez nauczycieli szkolnych. Nie wiem dlaczego. Postanowiłam stanąć w jego obronie i go bronić, ale później zaczęli mnie z tego powodu dręczyć. Było mi trudno sobie z tym poradzić, a bałam się o tym mówić rodzicom. Torturowali mnie, nękali, straszyli i bili.
W 4 klasie to już był koniec, ale nie rozumiem, jak dziecko w 3 klasie mogło się pociąć przez tę bandę łobuzów. W 5 klasie już byłam gdzie indziej, w innej szkole, gdzie pragnęłam, by było inaczej i było łatwiej. Na początku kilka osób mi dokuczało, ale poznałam dziewczynę, okropną dziewczynę, z którą zrobiłam wiele złych rzeczy. Nauczyła mnie trochę, jak się bronić przed takimi sytuacjami. Zła strona w sobie zaczęła się ujawniać i zaczynałam palić, a później pić i na końcu palić marihuanę. Tak było do 8 klasy. Każdego dnia była walka, wstając z łóżka, myśląc "może lepiej byłoby wejść pod pędzący samochód". Strasznie lubiłam spędzać czas sama, na opuszczonych ruinach i torach. Miałam kilka prób samobójczych z powodu złego zachowania mojego kuratora, które zaczęło się po tym, jak zaczęłam kraść.
Później było liceum, fajna klasa i przyjaciele, ale nadal odczuwałam pustkę wewnętrzną i nienawiść do siebie. Każdego dnia musiałam walczyć z myślami o samobójstwie, zastanawiając się, czy nie powinnam podążyć za swoimi myślami i wejść pod jadący samochód. Lubiłam spędzać czas sama na opuszczonych torach i ruinach bloków, ale niestety miałam jeszcze kilka prób samobójczych.
Ostatnio moja sytuacja się pogorszyła, siedzę teraz przy oknie z liną, żyletką i tabletkami w pokoju. Bardzo proszę, jeśli ktoś mógłby się ze mną skontaktować i pomóc, byłabym bardzo wdzięczna. Nie daję już rady i nie chcę kończyć życia z powodu mojej mamy, babci i chłopaka... Proszę, bardzo proszę o pomoc.
Jakiś czas temu czułem się osłabiony, w związku z tym udałem się do lekarza. Ów lekarz zlecił badania krwi oraz moczu. W dniu w którym miałem mieć pobieraną krew, zabrałem ze sobą poranną urynkę w specjalistycznym pojemniczku. Niewiele myśląc, włożyłem ją do luźnej kieszeni płaszcza i udałem się do przychodni.
Na miejscu zająłem swoją kolejkę. Okazało się, że jest sporo ludzi, więc wysiedziałem grzecznie z pół godziny na swoją kolej. W pewnym momencie (na kilka osób przed moim planowanym wejściem) spojrzałem w dół i spostrzegłem obfitą kałużę jakiejś substancji. Okazało się, że owa tajemnicza substancja to właśnie zawartość mojego pojemniczka. Nie wiedząc jak zareagować spanikowałem, ustawiłem sobie budzik i udawałem że odbieram telefon. Po czym szybkim i pewnym krokiem udałem się do wyjścia, mówiąc do telefonu, że "zaraz tam będę" (przecież nikt do mnie nie dzwonił).
Podejrzewam, że jednak osoby czekające za mną w kolejce skojarzyły moją nagłą ewakuację z kałużą uryny na podłodze. W życiu nie czułem się tak zawstydzony i zakłopotany.
Jestem dość wrażliwa na otoczenie w którym przebywam, mam na myśli wnętrza itp.
W domu moich rodziców nic do siebie nie pasowało, każdy mebel był z innej parafii, mama gromadziła absolutnie wszystko "bo się przyda", miejsca na to nie było i mnóstwo rzeczy leżało na półkach, blatach, szafy się nie domykały. Raz udało mi się wywalczyć odmalowanie salonu, zrobiłam to sama, do tego przestawiłam meble żeby pomieszczenie było bardziej funkcjonalne, podzieliłam je na strefy. Goście pytali się kiedy zdążyliśmy zrobić remont, tak bardzo zmienił się pokój.
Ale to było raz, każda próba wyrzucenia/schowania czegokolwiek kończyła się wyrzutem że najchętniej bym matkę wyrzuciła. Nie mogłam tam wytrzymać. Nie mogłam się skupić. Nieodmalowana od 15 lat kuchnia mnie brzydziła (bo bez sensu machnąć ściany białą farbą jeśli "niedługo" będzie remont kuchni, słyszę to od 10 lat, nie, nie planują remontu). Sporo rzeczy można w domu zrobić bez wielkich funduszy, więc brak pieniędzy to żadne wytłumaczenie.
Szybko się usamodzielniłam, do liceum poszłam do szkoły z internatem (miałam stypendium i pracowałam), a ostatni raz nocowałam u rodziców kiedy miałam jakieś 18 lat.
Mając 22 lata kupiłam swoje mieszkanie (planowałam to od kiedy miałam 13 lat) i wreszcie czuję spokój. Pierwszy raz jestem u siebie. Mały remont, powoli dokupuję meble. Nie jestem jakąś niesamowitą estetką czy perfekcjonistką, gdzieniegdzie ściany wyszły krzywe, w łazience delikatnie odłupała się płytka... No nie jest to instagramowe wnętrze ale jest schludne. Codziennie wieczorem staram się powierzchownie posprzątać wszystkie pokoje, na bieżąco wyrzucam butelki po szamponach więc łazienka wreszcie nie jest nimi zawalona. Dokumenty trzymam w segregatorach na półce. Sprane ubrania wyrzucam i nie trzymam miliona worków "na szmaty".
Smutno mi trochę że całe życie musiałam podporządkować temu żeby móc mieszkać jak człowiek, ale nie szło inaczej. Nie miałam swojego miejsca na świecie i czułam się bez tego okropnie, wręcz nie mogłam funkcjonować, obsesyjnie myślałam tylko o tym że chciałabym być u siebie.
Teraz czuję spokój jakiego nie czułam nigdy, ale nic nie wróci mi lat straconych na oszczędzaniu i pracy kiedy rówieśnicy nawiązywali kontakty i zwiedzali świat.
Dodaj anonimowe wyznanie