Mam 20 lat i zamiast walczyć z problemami prostych ludzi, ją walczę z czymś, co inni robią instynktownie.
Nigdy nie byłem w stanie zintegrować się z jakąkolwiek grupą. Wszelkie próby integracji tylko wzmagają poczucie sztuczności i alienacji.
Nie mam i nie miałem nikogo, kogo mógłbym nazwać przyjacielem, o czymś więcej nawet pomarzyć.
Nie rozumiem ludzi; no rozumiem słowa, ale nigdy nie rozumiem, jakie dokładnie miało być przesłanie. Inni w sumie zazwyczaj mnie źle interpretują.
Z drugiej strony pojmuję zagadnienia ścisłe w sposób instynktowny, nigdy nie musząc spędzać dużo czasu na ich naukę.
W momencie gdy wiele osób zazdrości mi dobrych wyników, ja zazdroszczę im ich przyjaźni i chętnie bym się z nimi zamienił; taka ironia losu.
Nigdy nie miałam orgazmu ze swoim chłopakiem. Jesteśmy razem 7 lat, a ja w trakcie seksu nie czuję nic. Nie jest mi źle, nic mnie nie boli (no czasem minimalnie), ale też nie jest mi dobrze, przyjemność to żadna. Nie jest mi z tego powodu przykro, nie da się tęsknić za czymś, czego się nigdy nie znało. Co prawda nie jest moim pierwszym partnerem, ale z poprzednim było tak samo. Najbardziej dziwne jednak jest to, że mieliśmy 3 lata temu przerwę w związku, w trakcie której krótko spotykałam się z innym facetem i z tamtym miałam orgazmy. Mimo to, nadal za nimi nie tęsknię ani odrobinę. Wręcz przeciwnie, nie chciałabym teraz nagle, żeby coś się zmieniło, po tylu latach brak orgazmu jest już moją strefą komfortu, nie chcę robić jakichś dziwnych min, wydawać dziwnych jęków. Z tym, z którym je miałam, niby było to przyjemne, ale nie aż tak, żeby nie móc bez tego żyć, a zawsze po czułam się niezręcznie i niekomfortowo. Przed tym jednym myślałam, że jestem aseksualna, teraz to już sama nie wiem, co ze mnie za dziwadło.
Ot, takie moje dziwactwo, o którym nikt nie wie.
Zadzwoniła do mnie moja dziewczyna i mnie spytała czy w moje urodziny (za 3 tygodnie) chciałbym żebyśmy zrobili sobie trójkącik - ja, ona i jej koleżanka. Pomyślałem, że to jakiś podstęp albo robi sobie ze mnie jaja, a i tak nie miałbym na coś takiego ochoty, więc odpowiedziałem, że nie.
Nie dała za wygraną, namawiała i zachęcała. Przysłała mi zdjęcie swojej koleżanki. Argumentowała, że powinniśmy próbować nowych rzeczy i że to będzie niezwykłe przeżycie. W końcu uznałem, że skoro tak jej zależy to niech będzie i się zgodziłem. Rozłączyła się i po kilku minutach przysłała SMS, że chciała mnie sprawdzić, że nie zaliczyłem testu i koniec z nami. Czuję się teraz jak głupek.
Kłamałem u psychiatry, ze strachu, że nie poradzę sobie z diagnozą.
W gimnazjum będąc pojechałam do Jastarni na kolonię organizowaną przez nauczyciela wf-u. Będąc na plaży poczułam nagle, że muszę "wypuścić kreta z norki". Jako że krzaki były rzadkie, a do wody wypróżniać się nie chciałam postanowiłam załatwić potrzebę w przebieralniach na plaży. Znalazłam jedną na uboczu i ciesząc się, że jest wolna zabrałam się do działania.
Gdy skończyłam i wyszłam okazało się, że w kolejce czeka mój dobry kolega, a tuż za nim nasz opiekun. Zażenowana czekałam tylko gdy kolega po znalezieniu mojego "dzieła" nieudolnie przysypanego piaskiem wybiegnie z krzykiem i wszystko się wyda, a ja nie będę miała życia do końca pobytu. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca i jego wizyta przebiegła bez przygód.
Jednak gdy nasz opiekun wszedł po nim, to za chwilę wybiegł z pianą na ustach, mając całą prawą stopę mocno wysmarowaną moim produktem. Jak się pewnie domyślacie całe piwo spił kolega, który do końca wyjazdu był nazywany "rozrzutnikiem". Do dzisiaj mu się nie przyznałam, pomimo tego że od pół roku jesteśmy zaręczeni.
Mam wspaniałą dziewczynę, w której kochałem się od 1 klasy liceum, ale jesteśmy razem od kilku miesięcy. Dziewczyna wyjechała do pracy na 2 miesiące i przyjechała teraz na weekend po raz pierwszy (został jej jeszcze tydzień pracy).
W piątek przyjechałem do niej na skuterze i zostałem na noc, po czym wróciłem do domu w sobotę, bo ona umówiła się z przyjaciółką na noc. Dziś też do niej wpadłem.
Każda chwila z nią jak z bajki, ale zanim do niej wpadłem i po tym, jak już pojechała, był po prostu cyrk.
Kiedy jechałem, w moim mieście trochę padało. Pomyślałem „Łee, jak to taki deszcz, to spokojnie mogę jechać”. W połowie drogi złapała mnie taka ulewa, że ledwo cokolwiek widziałem. Moje wszystkie ciuchy były przemoczone tak jakbym wpadł do jeziora, a wszystkie ciuchy nowe i dość eleganckie (przecież niedziela, trzeba jakoś wyglądać). Przyjechałem, dostałem jakieś rzeczy jej ojca, a mokre na suszarkę. Kiedy już musiałem ją odwieźć, moje ciuchy nadal były mokre, więc władowałem je do siatki, siatkę do plecaka i w drogę.
Dojechaliśmy na PKP, moja luba wsiadła, a ja czekam na odjazd pociągu. Gdy pociąg ruszył, zacząłem iść w stronę, w którą jechał i chciałem jak najdłużej dotrzymać mu tempa. W pewnym momencie musiałem biec sprintem i... się przewróciłem. Tak, przewróciłem się na prostym jak linijka peronie. Od razu poczułem, że dość mocno się porysowałem. Obejrzałem się wstępnie i zauważyłem, że na kolanie jest dość spora dziura, a przecież nie moje spodnie. „Świeeetnie – pomyślałem – Rozdupcyłem spodnie od teścia! Jestem mistrzem!”. Spojrzałem na prawie wszystkie miejsca, które mnie bolały i stwierdziłem, że pójdę do pobliskiego sklepu chociaż jakieś plastry kupić. Prawe kolano boli tak, że ledwo chodzę, prawy łokieć też dość mocno boli i kilka mniejszych miejsc. Gdy już kupiłem plastry, to poprosiłem ekspedientkę żeby, mi pomogła i zakleiła ten łokieć. Jak podwinąłem rękaw, to ona spojrzała na ranę i mówi, że z tym chyba do szpitala musiałbym pojechać, bo chyba mi mięso wystaje i trzeba będzie szyć. Tak też zrobiłem.
Wpadłem do szpitala. Znalazłem oddział ratunkowy (bo tam mnie kierowali) i po chwili załatwiania papierologii i czekania wszedłem do gabinetu. Lekarz jeszcze kilka pytań zadał i kazał mi pokazać ten łokieć. Ekspedientka miała rację. Lekarz mnie informuje, że to trzeba szyć. No to ja hops na wypasione szpitalne łoże i czekam, aż zacznie. Wiadomo, znieczulenie, te sprawy, szycie, dezynfekcja pozostałych zadrapań i do widzenia. Wsiadłem na skuter i pojechałem do domu.
Podsumowując: przyjechałem do dziewczyny odstawiony i piękny, a wróciłem (jak to moja ujęła) ubrany jak lump i poobijany. Mimo wszystko warto było dać założyć sobie tych kilka szwów w zamian za tak wspaniale spędzony z nią czas :)
Pewien czas temu pracowałam w znanej sieci fast foodów. Dostałam wtedy nowe leki na pewną przewlekłą przypadłość i ewidentnie mi one nie służyły. Często czułam się słabo i miałam zawroty głowy. Był bardzo ruchliwy dzień, zbliżał się koniec mojej zmiany. Byłam zmęczona i zestresowana.
Klientka poprosiła o lody z polewą karmelową. Właśnie poczułam się wyjątkowo źle i słabo, mieszało mi się w głowie. Mój kolega widząc, że coś jest nie tak pomógł mi i nałożył lody, ja tylko miałam dodać polewę. Gdy wracałam z lodem do klientki zauważyłam, że trochę mi się wylało na zewnątrz. Co zrobiłam? Stojąc centralnie przed klientką i patrząc jej w oczy ZLIZAŁAM ten karmel z kubeczka. Dopiero jej twarz pełna obrzydzenia uświadomiła mi, że to chyba nie było dobry pomysł. Przeprosiłam i jakby nigdy nic wróciłam po nową porcję. Na szczęście kolega mnie wtedy zastąpił, a ja ewakuowałam się na zaplecze.
W czasach dawnych, bo gimnazjalnych, dostałam swój pierwszy telefon dotykowy. Nie był mi zbytnio potrzebny plus nadal średnio ogarniam technologię, więc często pożyczałam go tacie do pracy, bo o dziwo Nokia 3310 też potrafi się zepsuć. Nie miałam z tym problemu, bo zawsze gdy wracałam ze szkoły telefon leżał w kuchni podpięty do ładowarki.
Któregoś razu koleżanka pokazała mi, jak pobrać muzykę na swoim telefonie i ustawić jako dzwonek telefonu. Co zrobiłam? Jak tylko wróciłam do domu, ściągnęłam wszystkie dostępne piosenki Dody i ustawiłam BAD GIRLS jako sygnał dzwonka.
Parę dni później tato wziął mój telefon i pojechał do pracy. W trakcie gdy z partnerem z policji zgarniali pijanego awanturnika, by zawieźć go na izbę wytrzeźwień, zadzwoniła moja mama i na cały radiowóz słychać było donośne: „TWE MIEJSCE JEST U MOICH STÓP, JA PANI TWA I TWÓJ BÓG” zanim mój ojciec zdarzył odebrać.
Już więcej nie wziął ode mnie telefonu, a tydzień później sam sprawił sobie własny :)
Z moim chłopakiem jesteśmy razem od 9 miesięcy. Bardzo mi na nim zależy, wydaje mi się że związek ten ma przyszłość. Gdy powiedział mi, że chciałby mnie przedstawić rodzicom, to bardzo się ucieszyłam, ale też przejęłam, gdyż zależało mi aby zrobić jak najlepsze wrażenie.
To było w lecie. Ubrałam prostą, skromną sukienkę, zrobiłam delikatny makijaż. Wizyta przebiegała w miłej atmosferze, widziałam po ich twarzach, że mnie polubili. W pewnym momencie mój chłopak wspomniał, że mam małego kotka i że jest bardzo słodki. Jego mama powiedziała, że uwielbia koty, więc wyjęłam telefon i wyświetliłam jego zdjęcie, a następnie im pokazałam. Wtedy ona przesunęła palcem po ekranie. Wyświetliło się następne zdjęcie. Było na nim przyrodzenie ich syna...
Wyjechałem z Polski jako jeszcze dzieciak (w wieku 11 lat) i do Polski przyjeżdżałem tylko raz, może dwa razy do roku. Bardzo mi się tu podobało, a co więcej, czułem się jak u siebie.
W wieku 25 lat podjąłem decyzję, że wrócę do Polski. Tak też zrobiłem, było to jeszcze przed pandemią. Pochodzę z woj. mazowieckiego, z jednej z podwarszawskich miejscowości i przez pierwsze półtora roku byłem zachwycony. Wszystko zaczęło się zmieniać po wybuchu pandemii, kiedy było ciężko z pracą i życiem, dopiero uświadomiłem sobie jak zakłamany i fałszywy jest ten naród. Fakt, na obczyźnie nie miałem lekko, ale przynajmniej było wiadomo, na czym stoję. W Polsce do tej pory nie wiem, czy mogę komukolwiek zaufać.
Ceny wzrosły do takich poziomów (mamy styczeń 2023), że zrównały się z tymi z poprzedniego miejsca zamieszkania, tylko tam zarabiałem 2200 euro miesięcznie, a tutaj zarabiam 6500 zł na rękę (i wcale nie było łatwo o takie zarobki). Wszystkie powody, dla których wróciłem, zabrał mi również zakłamany i bezczelny rząd. Wiem, że wygrają te wybory, bo elektorat ma IQ niższe niż poziom chodnika. Uciekam stąd i już nigdy nie wrócę.
Znienawidziłem ten kraj i ten naród. Polak Polakowi Polakiem.
Dodaj anonimowe wyznanie