#UpYbE

Anonimowe jak nigdy. Oprócz mnie nie wie o tym nikt. Teraz dowiecie się wy, bo ciężko dusić to w sobie.
Słowem wstępu, jestem w szczęśliwym związku od ponad dwóch lat.
Ale mam swoją słabość. Masturbuję się i wyobrażam sobie za każdym razem, że robi to mój ojciec... Tak, ojciec.... Że mnie do tego zmusza. I bardzo mnie to podnieca...
Nawet czasami jak z chłopakiem uprawiamy seks i nie mogę się podniecić (mimo że mój ukochany jest cudowny w łóżku), to wyobrażam sobie, że mój ojciec mnie gwałci... Jestem nienormalna.
Pozdrawiam wszystkich anonimowych

#wHWwu

Jest to rodzinna historia, która opowiedziała mi moja babcia, która z kolei usłyszała ją z ust swojej mamy.

Rodzina mojej prababki była liczna i mieszkała we wsi oddalonej o około 2 godziny jazdy samochodem od Oświęcimia. Jak wiadomo, w tamtych czasach trwała II wojna światowa i Polska była okupowana. Zdarzało się Niemcom „odwiedzać” okoliczne wioski i chałupy, by zabierać całe rodziny w wiadome miejsce...
Na szczęście pośród nich znajdował się znajomy Niemiec, który pomagał Polakom jak mógł, donosił jedzenie, ostrzegał przed nagłymi „odwiedzinami”. Chociaż służył wojskom niemieckim, potajemnie był po stronie Polaków.

Pewnego razu wparował do domu mojej prababci (wówczas nastolatki) z informacją, że naziści zbliżają się i za niedługo zapukają do drzwi ich domostwa, ponieważ dowiedzieli się od sąsiadów, że u nich jest dużo dzieci. Nie wiem dokładnie, co się wtedy stało – moja babcia powiedziała tylko, że młoda wówczas prababcia udawała upośledzoną, a jej bracia uciekli do lasu.

Pewnie takich historii jest wiele, ale jest w tym pewien szkopuł. Załóżmy, że ten człowiek nie pobiegł ostrzec rodziny przed niebezpieczeństwem albo że po prostu nie istniał. Moja prababcia z rodziną zostaje wysłana do Auschwitz. Załóżmy, że tam giną. Przez to nie rodzi się później moja babcia, a potem moja mama. Więc nigdy się nie rodzę, nie istnieję albo na moim miejscu jest ktoś inny. Wiadomo, że jest również wiele innych alternatywnych możliwości, ale mimo wszystko czuję wdzięczność i szacunek dla osoby, której nigdy nie widziałam, której imienia nie poznałam i nigdy nie poznam. Wdzięczność za to, że prawdopodobnie dzięki temu człowiekowi po prostu się urodziłam...

#0mCHN

Czekam sobie późnym wieczorem przy ruchliwej ulicy na tramwaj. Po drugiej stronie ulicy woła mnie on. Zlekceważyłem go, ale on nie dał za wygraną i sam podszedł.
Sebek: Za kim jesteś?
Ja: Nie interesuję się piłką nożną. (kłamstwo)
Sebek: A koszykówką?
Ja: (w myślach - skubany dobry jest...) Też nie.
Sebek: Ręczna?
Ja: Nie.
Sebek: Kolarstwo?
Ja: Nie.
Sebek: Skoki?
Ja: Nie.
Sebek: To czym się interesujesz?
Ja: (w myślach - czymś muszę, bo dostanę łomot za kłamstwa) Curlingiem. (w myślach - ciekawe, czy wiesz co to, jełopie jeden)
Sebek: O! Ja też! Ostatnio oglądałem Szwedki! Ale fajnie tymi szczotami szorują!

Tu się lekko podłamałem i myślałem, że poległem. Na szczęście udało się wybrnąć z sytuacji, bo temat zszedł na to jakie z tych Szwedek fajne laski. Koleś powiedział, że zna mnie z osiedla i nie chciał mi nic robić, tylko jego dziewczyna się spóźnia na spotkanie i on z nudów chciał kogoś wytrenować jak sobie radzić, kiedy ktoś cię zaczepi. Zabronił okazywać strachu i udzielił kilku innych cennych rad. Kazał się powoływać na siebie, czyli Łysego (pseudonim zmieniony w ramach ochrony danych osobowych), gdyby ktoś mnie zaczepił. Chciałem jeszcze błysnąć czymś na temat imigrantów w Szwecji i biednych Szwedek, ale na szczęście przyjechał mój kochany tramwajek.

#F4bjG

Jestem wykładowcą na jednej z uczelni. Kilka lat temu otrzymałem maila od jednego ze studentów. Nie wiem w jaki sposób dowiedział się, że jestem gejem, ale najwyraźniej różne plotki zrobiły swoje. Nie jestem jakiś wylewny w tej kwestii. Niemniej jednak zaskoczył mnie ton jego maila, w którym to prosił o spotkanie i rozmowę. Student był bardzo uprzejmy w słowach i nie natarczywy. Oczywiście bałem się co może z tego wyniknąć, jeśli się rozniesie. Zwykle to studentom się wierzy, jeśli wykładowca się do nich dobiera.
I wiecie co? Poszedłem na to spotkanie. A potem kolejne. Bardzo dobrze nam się ze sobą rozmawiało. Kilka razy zdarzyły nam się wspólne wyjazdy. Ten student nie naciskał na nic więcej. Zdarzało nam się sporadycznie przytulić czy dać buziaka, ale bez podtekstów seksualnych.

Po kilku latach wciąż o nim rozmyślam. Wiem, że już skończył studia, więc kontakty byłyby dla nas łatwiejsze. Teraz siedzę nad moją wiadomością do niego, by mu napisać, iż jest najbardziej niezwykłym facetem, jakiego do tej pory spotkałem. Trzymajcie kciuki.

#9fSa0

Zdarzyło mi się być kilka lat temu prześladowaną w szkole. Powód nie jest ważny, w zasadzie jak to w takich przypadkach, zwyczajnie go nie było. Po prostu klasowe gnojki uznały, że się nudzą. Warto dodać, że określenie „gnojki” jest moim prywatnym określeniem, bo tak poza tym to były wrażliwe na świat dziewczątka, czerpiące garściami mądrości z tumblra i chłopcy, których mogłeś co tydzień na mszy spotkać. No a że koleżance na urodziny dali kartkę z tekstami pt. „wypie**alaj” czy „nie chcemy cię tu, ku*wo” to już inna sprawa. W każdym razie jak pod koniec roku przytyki i podśmiechujki zrobiły się jeszcze bardziej agresywne, to zmieniłam szkołę i zdawałoby się, że to koniec pieśni.

Ostatnio to do mnie wróciło, bo zobaczyłam, jak jedno z tych „wrażliwych” dziewczątek wrzuciło na tablicę artykuł o tym, jak może wpłynąć na takiego dzieciaka „bullying” w szkole i że zawsze trzeba reagować, bo to się samobójstwem może nawet skończyć, a to wszystko okraszone smętnym utworem jakiegoś emo-boysbandu. Ta hipokryzja...

#OVckx

Wiem, że to głupie, ale kiedy moja partnerka zaszła w ciążę, bardzo chciałem mieć córkę, natomiast na badaniach prenatalnych okazuje się, że będę mieć syna. Wolałem córkę, bo boję się, że syn będzie niski i będzie przez to szykanowany wśród rówieśników i nabawi się z tego tytułu mnóstwa kompleksów i będzie miał równie ciężkie życie jak jego ojciec. Mam 168 cm, moja partnerka 160 i nikt poza niskimi mężczyznami nie zdaje sobie sprawy, jak ciężkie życie mają niscy mężczyźni.

#eeV03

Pewnego dnia po zajęciach spieszyłam się na przystanek, bo rozbolał mnie brzuch. Pech chciał, że towarzyszył mi kolega z roku. Szliśmy akurat pod wiatr, wpadła mi myśl, że jak puszczę malutkiego bączka, to nikt nie poczuje, a mnie będzie trochę lżej. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Rzecz w tym, że wiatr chwilę później zmienił kierunek, a my zatrzymaliśmy się na światłach. Mały bączek okazał się być trującym jadem, który zaczął się w moment rozchodzić.
Nigdy nie zapomnę obrzydzonej miny kolegi, który na przystanku powiedział do mnie:
„O fuj, tam pod światłami to chyba szambo wywaliło albo coś zdechło”. Mam tylko nadzieję, że się nie domyślił, że to byłam ja.

#4lewJ

Misje i inność kultur.

Kiedyś do Rwandy (bo tam pracowałam) przyleciała na miesiąc wolontariatu dziewczyna z Polski. Młoda (18 lat), pierwszy raz na takim wyjeździe i bardzo fajna dziewczyna, tylko miała jeden mankament jak na tamtejsze warunki – była bardzo delikatna i brzydziła się wielu rzeczy. Musiała bardzo ze sobą walczyć, by wejść do kuchni pełnej karaluchów, na widok szczura w magazynie uciekała z wrzaskiem i żal jej było każdej kozy zabijanej we wsi na posiłek.

Kiedyś poszłyśmy do naszego wioskowego baru na kolację – tak w ramach rozrywki, relaksu i by zjeść co dobrego.
Dziewczyna długi czas biła się z myślami co zamówić, bo najbardziej atrakcyjne były potrawy z mięsa (gdy się przez 3 tygodnie je gotowane banany czy słodkie ziemniaki, to zaczyna się myśleć o schabowym). W końcu zdecydowała się na gulasz z królika. Kelner o coś pytał, ale nie znał angielskiego, a my języka lokalnego i nie bardzo wiedziałyśmy o co chodzi. Powtarzał tylko, że ona coś musi wybrać.
W końcu widząc, że się nie dogadamy, zniknął w kuchni i przyniósł dwa króliki (żywe, milusie, puchate) z pytaniem, którego ona wybiera.
Dziewczyna gdy zobaczyła te maluszki rozpłakała się i zamówiła sałatkę.
Kelner nie mógł zrozumieć o co chodzi i pewnie pomyślał, że gardzimy dobrym jedzonkiem. ;-)
Dodaj anonimowe wyznanie