#Eg4DR

Czy prywatność to aż tak dużo?
Mieszkam z siostrą, szwagrem i ich dzieckiem (chociaż z zachowania to bardziej dziecko szatana), ponieważ moja mama zmarła 1,5 roku temu. Siostra mnie szpieguje. Przeszukuje pokój, plecak, torby, gdy nie ma mnie w domu. Gdy raz nie zablokowałam laptopa z włączonym Facebookiem, przeczytała niemal wszystkie wiadomości, więc telefon i laptopa chronię jak mogę. Sprawdza gdzie i z kim chodzę. Jeśli jej koleżanka spotka mnie gdzieś na mieście, od razu jej melduje.
Ponadto jej dziecko jest koszmarnie złośliwe. Włazi do pokoju, gdy się uczę, bo ona chce ze mną siedzieć. Mnie to dekoncentruje, a wywalenie jej kończy się wrzaskiem uniemożliwiającym dalszą naukę. Wchodzi też, gdy się kąpię lub siedzę na kiblu – pod pretekstem półgodzinnego mycia zębów. Robi to złośliwie, bo specjalnie przedłuża.
Szwagier natomiast uwielbia kilkugodzinne kąpiele. Codziennie. I ma gdzieś, że jest 23.00, chce mi się siku, następnego dnia idę do szkoły i też chcę się umyć, wziąć 15-minutowy prysznic. On tak nie może.

Wszelkie próby porozumienia spełzły na niczym. Odliczam miesiące do 18. Jeszcze 10. Trzymajcie za mnie kciuki, anonimowi! :)

#mlNHX

Jak poznałem sąsiada z piętra...

Był upalny letni wieczór, ja już po prysznicu, leżę na łóżku, oglądam jakieś bzdety w telewizji. Nagle jakiś wierutny rumor na klatce schodowej, ale taki, jakby kogoś żywcem przypiekali i obdzierali ze skóry jednocześnie, łamiąc mu przy okazji kości. Nie patrząc na okoliczności, zerwałem się z łóżka i wyleciałem na klatkę schodową, nie wiedząc, czy kogoś trzeba ratować, czy co tam się dzieje. W tym samym momencie otworzyły się drzwi z mieszkania obok i również jak rażony piorunem wyleciał z nich młody chłopak. Wrzask na klatce okazał się być... naprutą i naćpaną Karyną z piętra niżej, która właśnie wróciła do domu (naprawdę nie wiem, skąd wątłe dziewczę i dlaczego wydobyło z siebie taki ryk, który wyrwał mieszkańców z ich domostw). No cóż, Karyna jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła w czeluściach swojej przestrzeni i chyba ktoś ją przejął, bo się uciszyła (nie, nie umarła, widywałem ją później. Co najwyżej zaliczyła zgon w przedpokoju). A na klatce zostałem ja i mój sąsiad, Przemek, jak się okazało. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że obaj wyglądaliśmy nieco śmiesznie: ja w samych kolorowych bokserkach, a on w czarnych spodenkach i jednej skarpetce. Popatrzyliśmy na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem. Okazało się, że Karyna swoim wrzaskiem zerwała mnie z łóżka, a sąsiada z łazienki, gdzie miał zamiar wziąć prysznic i był w połowie rozbierania się. Jak już obaj ogarnęliśmy sytuację, każdy poszedł do siebie. Za jakieś pół godziny pukanie do drzwi, otwieram, a tam Przemek, z czteropakiem piwa i słowami, że skoro mieszkamy obok siebie, to może poznajmy się jak sąsiedzi, po ludzku. Spoko z niego ziomek. A z historii śmiejemy się nadal. Karyna nie dostarcza już takich wrażeń osiedlowych, więc może to była i dla niej stosowna lekcja.

#HI99A

Jacy ludzie są potwornie nieodpowiedzialni!

Byłam ostatnio w odwiedzinach u koleżanki (godzina 18) z mężem i moim 5-latkiem. Ogólnie żadna popijawa ani nic, tylko zwykła herbata u dawno niewidzianych znajomych. Siedzimy sobie, rozmawiamy i synek zaczynał się już nudzić. Dałam mu zabawki z torby, próbowałam absorbować rozmową, ale pomogło tylko na chwilę. Z mężem chcieliśmy się już zwijać, ale nagle facet koleżanki wypalił „a niech sobie mały pochodzi po domu i pozwiedza”. Z reguły nie pozwalamy mu samemu sobie łazić po obcych domach, ale mieli małe mieszkanko, więc stwierdziłam, że OK, będę do niego podchodzić i może zyskam jeszcze 15 minut. Mały zadowolony poszedł szukać kota znajomych, a my dopiliśmy herbatę (minęło 5 minut) i idziemy po dziecko. Mały siedział w kuchni i obserwował kota, który ułożył się na blacie, jednak nie to wywołało u mnie emocje, tylko fakt, że na parapecie w kuchni (na wyciągnięcie ręki dziecka) leżały narkotyki. I nie mam na myśli zioła (choć to też by było okropne), ale jakieś białe proszki. Okazało się, że partner koleżanki regularnie ćpa i podczas naszej wizyty kilkakrotnie był w kuchni, aby sobie coś wciągnąć. Przy dziecku i obcych dla niego ludziach! To bym jeszcze zniosła, ale fakt, że sam zaproponował, aby dziecko sobie pochodziło po mieszkaniu, zakrawa wg mnie na skrajną nieodpowiedzialność. Nie chcę nawet myśleć co by się stało, gdyby nasz syn zobaczył jakieś fajne woreczki i biały proszek ułożony na parapecie w schludne kreski.

Zrobiłam awanturę, ale nie zadzwoniłam po policję, choć żałuję. Wiem, że z koleżanką kontaktu już nie będę miała, a ta sytuacja dała mi nauczkę jak żadna inna. Nigdy, przenigdy nie pozwalać dziecku chodzić samemu po pustym domu. Dodatkowo jak sobie pomyślę, jak koleżanka z dumą mówiła, że starają się o dziecko, to aż mi się unosi. Co więcej, jego nie znam, ale ona pochodzi z dobrego domu. Normalni rodzice, żadna patologia, pieniądze też miała, sama pracuje w banku, więc w życiu nie spodziewałabym się, że będzie tolerować narkomana i narkotyki pod swoim dachem.

#0LZ3w

Od dziecka miałam łeb do przedmiotów ścisłych. Całą szkołę gimnazjalną czy średnią miałam 6 z matmy, a nauczycielki mnie wręcz kochały. Aż do połowy drugiej technikum, gdzie nawróciła mi depresja i nie radziłam sobie nawet z najprostszymi zadaniami. Przyniosłam papiery do szkoły, najpierw higienistka, później psycholog szkolny, wychowawca, dyrekcja i nauczyciele. Jakie było moje zdziwienie, że jedyną nauczycielką, która wręcz wmawiała mi, że udaję czy wymyślam, bo jestem leniwa, okazała się moja kochana pani od matmy. Dosłownie zaczęła mnie szmacić, popychać, wyśmiewać, mówiła mi, że jestem stuknięta, że kiedykolwiek pomyślałam, że pójdę na rozszerzoną matmę. Miałam nauczanie domowe i zaczęłam się leczyć. Poszłam na matury – jakie było zdziwienie pani matematyczki, jak zdałam podstawę na 98%, a zaawansowane na 96%... Miałam dać jej kwiaty, ale za to podeszłam do niej i rzuciłam je, naplułam na podłogę przed nią i powiedziałam jej, że jest zwykłą szują.

Panią matematyczkę zwolnili niecałe pół roku po moim skończeniu szkoły i ma zakaz pracy z nieletnimi do końca życia, bo okazało się, że nie byłam jedyną osobą, którą ta pani tak traktowała, a i jeszcze się wyszło na jaw, że popijała w szkole.

#AHpkO

Właśnie wypiłem 6 (szóstą) butelkę pepsi.
6 butelek x 5,80 zł = 34,80 zł dziennie.
Miesięcznie +/- 1000 zł.
6 butelek x 2,25 l = 13,5 l dziennie.
247,5 g cukru w jednej butelce, w 6 aż 1485 g.

Jestem coloholikiem, pierwsze co robię rano to sięgam po łyk pepsi, chowam butelki pod łóżkiem, w szafie pod ubraniami, w plecaku, w bagażniku auta. Rodzina wie o moim problemie, myślą, że trzeci tydzień nie piję tego świństwa.
Mimo że jestem nią napojony, wlewam w siebie dalej, aż brzuch zaczyna pękać. Podczas wysiłku fizycznego strasznie się pocę, latem będzie katorga. Nie umiem sobie pomóc, psycholog równie bezskutecznie się starał. Nic nie dają filmy, gdzie pokazują wrzody żołądka, wypadające zęby, cukrzycę itp.

S.O.S. – uzależniony od pepsi 26-latek.

#k9dn4

W ramach studiów razem z moją grupą byłam na platformie wiertniczej na Morzu Północnym. Zwiedzaliśmy akurat konstrukcję na zewnątrz. Sama nie wiem, jak to się stało, ale zapatrzyłam się na morze, a moja grupa wróciła do środka beze mnie. W tym czasie morze wezbrało i zaczął się robić sztorm. Ponieważ stałam na schodach bardzo nisko, zobaczyłam jak woda podmywa stopnie. Byłam ubrana w dżinsy i trampki, więc zdałam sobie sprawę, że za chwilę będę miała mokre buty (albo całe ubranie, a przecież nie miałam nic na zmianę). Zerwał się wiatr, fale jedna po drugiej uderzały w platformę. Bałam się, że woda zaleje mnie, a ja utonę, bo kiepsko pływam w basenie, a co dopiero w morzu, które ma zaledwie kilka stopni Celsjusza. Zebrałam się w sobie i przyspieszyłam kroku, mijając kolejne stopnie, a gdy woda wdzierała się na schody, łapałam się drabinek podciągając się do góry, dzięki czemu trampki pozostawały nadal suche. Z bijącym sercem, walcząc o życie niczym Rambo, wpadłam do środka platformy. Mojej grupy nigdzie nie było, za to przywitali mnie pracownicy. Jeden z nich, wysoki blondyn w zielonym golfie i spodniach roboczych, zapytał mnie po norwesku, czy wszystko OK. Opowiedziałam mu o tym, co zaszło. Spojrzałam na mojego rozmówcę i siłą woli, bez słów, nakazałam mu zdjęcie spodni. Blondyn uczynił to bez wahania, pokazując spore przyrodzenie mnie i swoim współpracownikom.

"No to jesteśmy w domu" - pomyślałam. Dosłownie i w przenośni. Ten trik z rozkazem zdjęcia spodni stosuję zawsze w absurdalnych sytuacjach - jeśli rozmówca spodnie zdejmie, to znaczy, że to tylko sen.
Co wzbudziło moje podejrzenia? Faktycznie mieszkam w Norwegii, ale ciężko mi było uwierzyć, że z moimi wynikami z matury przyjęto mnie na poważne studia ;)

#eLwmN

Mam 19 lat i 2-letniego synka Antosia. Oczywiście, jak to w młodzieńczej miłości bywa, ojciec odszedł tak szybko jak się pojawił, ale to już dłuższa historia. Antoś jest dla mnie wszystkim, każdy kto go zobaczy od razu się w nim zakochuje. Ojciec Antosia go nie odwiedza, wiec wychowuję swojego synka sama, jest on ze mną bardzo związany i bywa bardzo zazdrosny, nawet o moje koleżanki, które od czasu do czasu wpadną do mnie na kawę. Antoś robi wszystko, żeby zwrócić moją uwagę. Dosłownie wszystko: przychodzi do mnie, kiedy rozmawiam i zaczyna mnie wszędzie całować, żebym tylko zajęła się nim, a nie moimi znajomymi. No ale do sedna.
Ostatnio przyszedł do mnie chłopak, który od bardzo dawna mi się podoba, wiem, że ja jemu też. Zaprosiłam go do siebie, zrobiłam obiad, odpaliłam film, a Antoś bawił się obok nas. W pewnym momencie Adam (bo tak miał na imię chłopak) pocałował mnie w policzek. Antoś to zauważył. Rzucił swoje zabawki, wstał i zrobił bardzo gniewną minę, widziałam, że się spina, tak jakby robił kupkę. No i zrobił. Zdjął swojego pampersa z piękna zawartością i rzucił brudną pieluchą w Adama.
Zamurowało mnie, nie wiedziałam co zrobić, już chciałam wycierać ubrania Adama, gdy ten nagle zaczął się śmiać, tak zaczął się śmiać, że nawet Antoś mu zawtórował. Ja zdezorientowana nie wiem co zrobić, pytam Adama, czy nie jest zły i tak dalej, bo jednak nieczęsto ktoś dostaje brudną pieluchą od 2-latka. Adam nic nie odpowiedział, wziął Antosia na rączki i powiedział "spokojnie, maluchu, nie zabiorę ci twojej mamuśki, ale możemy się nią podzielić" i dał mu buziaka w policzek.

I tak dziś jesteśmy razem. Antoś zaczął traktować Adama jak ojca, a ja jestem najszczęśliwszą osobą na całym świecie :)

#2Qm5U

Bardzo lubię dzieci i wakacje w większości spędzam na pracy w roli wychowawcy kolonijnego. Kilka lat temu byłam z dzieciakami nad morzem, trafiła mi się naprawdę sympatyczna i prawie bezproblemowa grupa. No właśnie, prawie. Był w niej jeden chłopczyk, który był, łagodnie mówiąc, średnio kumaty, co za tym idzie bardzo łatwo wychodził w konflikty z moimi innymi podopiecznymi. Dodatkowo zmagał się on z chorobą lokomocyjną. Przed którąś z wycieczek powiedziałam mojej grupie, że każdy, kto choruje na taką przypadłość, powinien wziąć sobie odpowiedni lek (dzieciaki już duże, ostatnia klasa podstawówki/pierwsza gimnazjum). Przed samym wyjazdem podeszłam do niego i upewniłam się, czy na pewno wziął lek. „Tak, psze pani”, więc OK, wsiadamy i jedziemy. Nie ujechaliśmy 15 km i chłopiec mówi, że mu niedobrze. Zapytałam, czy na pewno zażył lek. On, że nie, bo kazałam wziąć, a nie zażyć, więc spakował go do plecaka...

Ślęczenie przy nim i wywalanie woreczków z jego wymiocinami raz na zawsze nauczyło mnie jaśniej formułować polecenia :)

#5XlMJ

Jak miałem tak ze 12 lat, to wiele razy zdarzyło się, że moje g...o nie chciało spłynąć i zostawało w kiblu. Wtedy brałem je w ręce przez waciki mamy, wywalałem do kosza przy kiblu i psikałem perfumami, a potem jakby nigdy nic myłem ręce i wychodziłem z łazienki. W ekstremalnych przypadkach mówiłem, że trzeba już wynieść śmieci i brałem worek z łazienki i sam go wywalałem.

Kuźwa, co ja miałem w głowie...
Dodaj anonimowe wyznanie